Setka na horyzoncie

Michał Jaśniewicz , foto: Archiwum Tenisklubu

Michał Jaśniewicz

Na miejsca! Gotowe! Start! Aż trzy polskie tenisistki wraz z początkiem przyszłego roku ruszą do rywalizacji o awans do najlepszej setki rankingu WTA. Katarzyna Piter (rocznik 1991), Magda Linette i Paula Kania (obie 1992). Która wygra ten wyścig? Która dołączy do sióstr Radwańskich (1989 i 1990)? A może wszystkie?

Tekst: Jarosław K. Kowal

No tak, chyba na to wychodzi… – uśmiechnęła się Kania, kiedy przypomnieliśmy jej, że zbliża się do szyldu z napisem Top 100. Przekroczenie linii, która oddziela sto najlepszych tenisistek świata od wszystkich pozostałych, oznacza nie tylko prestiż. To również (a może przede wszystkim?) granica finansowej samodzielności, a po drugie – punkt wyjścia do największych turniejów z wielkoszlemowymi na czele.

Na razie wszystkie trzy – Kasia, Magda i Paula – cieszą się z krótkich wakacji, na które w tym roku zasłużyły jak nigdy wcześniej. Jedna była w Dubaju i u znajomych w Amsterdamie, druga od kilku miesięcy jest w Chorwacji, a trzecia w końcu mogła nacieszyć się rodzinnymi obiadami.

Największy skok zrobiła Piter, bo rok zaczynała jako 376. tenisistka na świecie, a teraz od stu najlepszych dzieli ją tylko kilkanaście nazwisk. Pracowała na to przez kilka miesięcy. W kwietniu był przyzwoity start w turnieju WTA w Katowicach, w maju niezły występ w Pradze, w lipcu finał małego turnieju we Włoszech, w czerwcu niezła gra w Toruniu i Ołomuńcu itd. Jednak anonimowa (dla wielu) przestała być dopiero w październiku, kiedy dwukrotnie przebrnęła przez eliminacje zawodów WTA. W Linzu na ziemię sprowadziła ją dopiero w drugiej rundzie turnieju głównego Dominika Cibulkova, a w Luksemburgu Polka zagrała nawet w ćwierćfinale. Wystarczy napisać, że ograła tam Yaninę Wickmayer, a to mówi samo za siebie.

""
źródło: Jan McIntyre

Liczby nie kłamią: dziewięć zwycięstw z dziesięcioma najwyżej notowanymi tenisistkami, z którymi kiedykolwiek wygrała, odniosła w tym roku.

Nie oglądam się na Magdę i Paulę. Jeśli wcześniej niż ja awansują do pierwszej setki, to znaczy, że dobrze grają. W drugiej setce mam 99 rywalek, które mają taki sam cel – mówi Piter.


Wspólny pokój i trener

Niedawno Kania i Linette uciekały nieco starszej koleżance, a teraz tworzą dwuosobową grupkę pościgową. Może pierwszej setki jeszcze nie mają na wyciągnięcie rakiety (choć są coraz bliżej) i aż tak spektakularnymi zwycięstwami jak nad Wickmayer pochwalić się nie mogą, ale obie ostatnio przeżyły mocne trzęsienie ziemi. I to nie tylko w przenośni!

Obie miały przeciętny początek roku. Jednak później obie polskiego trenera zastąpiły zagranicznym (nie chodzi o tę samą osobę) i obie zgodnie przekonują, że to był punkt zwrotny w ich karierach. Dla Kani wszystko co dobre zaczęło się w Toruniu, gdzie zresztą ograła w finale Piter. Kolejny wielki krok to turniej w Astanie, choć akurat tam odpadła już w pierwszej rundzie. Tyle że w Kazachstanie pogadała z Walerią Sołowiową, koleżanką z kortu. Do tej pory z Rosjanką dzieliły tylko pokój, ale umówiły się, że będą mieć też wspólnego trenera. W końcu tak będzie korzystniej i przede wszystkim taniej dla obu.

Ponieważ Sołowiowa już od kilku miesięcy współpracowała z Francuzem Hubertem Choudury’m, to kandydat był tylko jeden. – Waleria ma podobny ranking do mojego i po prostu szukała drugiej osoby do duetu z trenerem. Co tu dużo mówić, ta okazja trafiła mi się jak ślepej kurze ziarno. Sama nigdy nie byłabym w stanie nawet dotrzeć do takiego trenera, a co dopiero go opłacić – przyznaje Kania.

To miał być strzał w dziesiątkę. Skoro Polka i Rosjanka zatrudniły francuskiego trenera, to – żeby nie było zbyt prosto – treningi odbywają się w… Niemczech. Kania nie ukrywa, że czasami tęskni za domem, ale zaciska zęby i regularnie jeździ do Frankfurtu, gdzie ma doskonałe warunki. Do Sosnowca przyjeżdża, kiedy tylko może. – Przyznaję, trochę jestem córeczką mamusi, ale Frankfurt nie jest aż tak daleko, bym nie mogła wracać na weekend – śmieje się.

""
źródło: Archiwum Tenisklubu

Sygnałem, że współpraca z Choudury’m naprawdę przynosi efekty, okazał się turniej w Tajpej, z pulą nagród 50 tys. dolarów. Najlepsze jest to, że w ogóle nie planowała tam wystąpić. Chciała w tym czasie jechać na większą imprezę do Chin, ale nie dostała wizy na czas. Kiedy ostatecznie dotarła na Tajwan, nawet nie zdążyła przyzwyczaić się do dużej różnicy czasowej, a już musiała wyjść na kort. Chciała więc spisać ten turniej na straty, ale że logiki tu nie ma żadnej, to nie tylko wygrała pierwsze spotkanie, ale też wszystkie kolejne, i to bez straty seta! To był jej największy sukces w karierze, choć Tajpej będzie wspominać także z innego powodu. Właśnie tam przeżyła pierwsze w życiu trzęsienie ziemi. Na szczęście siła wstrząsu nie była zbyt duża.

Na pewno nie większa niż zmiany w jej życiu. – Rozpoczęcie współpracy z nowym trenerem to był dla mnie kopniak. Czasami trzeba zamknąć jedne drzwi, by otworzyć drugie. W Tajpej odniosłam kilka ważnych zwycięstw, które pokazują, że nawet z teoretycznie silniejszymi rywalkami można nie tylko nawiązać wyrównaną walkę, ale wygrywać – przekonuje Kania.

Gdy pytamy o pierwszą setkę, przyznaje, że taki awans mógłby być dla niej jak powiew świeżego powietrza. Do tej pory musiała oglądać każdą złotówkę ze wszystkich stron i odkładać grosz do grosza. Nie tak dawno temu w „Tenisklubie” opisywaliśmy, jak apelowała o pomoc w poszukiwaniu sponsorów, ale do dziś nie znalazł się nikt, kto chciałby jej pomóc. – Co zarobię, wydaje na swoją grę, ale nie narzekam, w końcu robię to, co kocham. A teraz już wszystko powinno iść w dobrym kierunku – taką ma nadzieję Kania.

Risotto z krewetkami
Jednak nie tylko ona w tym roku mogła wziąć głęboki oddech i powiedzieć: „Nareszcie”. Magda Linette przez ponad dwa lata tułała się po trzeciej setce rankingu WTA, aż w 2013 roku zrobiła stumilowy (stumiejscowy?) krok wprzód.

Pomogła jej w tym przeprowadzka z Poznania do Splitu. Najzwyczajniej chciała coś zmienić, gdzieś poza domem poszukać motywacji, i w kwietniu wyjechała na 10 dni do trenera Izo Zunicia. To miała być tylko próba, ale obu stronom spodobało się na tyle, że postanowili nawiązać stałą współpracę.

Z początku wydawało się jednak, że ten rok może być dla Polki podobny do poprzednich. Sukces przyszedł w najmniej oczekiwanym momencie. Po nieudanych eliminacjach Wimbledonu, przeciętnym występie w Toruniu i słabym w Ołomuńcu, Linette pojechała do Azerbejdżanu na turniej WTA. I zaczęła wygrywać mecz za meczem. Najpierw w eliminacjach, potem w turnieju głównym. W ćwierćfinale miała dużo szczęścia, bo rywalka (Tunezyjka Ons Jabeur) przy wysokim prowadzeniu poddała mecz, ale to nie umniejsza sukcesu Polki. Wysoka porażka z Shahar Peer również.

""
źródło: www.commons.wikimedia.org

 

Sama przyznaje, że wiele dobrego zaczęło się właśnie w Chorawcji. Dziś nad ciepłym Adriatykiem czuje się jak ryba w wodzie. Pytana, co tak bardzo podoba jej się tam podoba, wylicza jednym tchem. Po pierwsze: pyszne jedzenie. Za risotto z krewetkami dałaby się pokroić. A do tego przepyszna kawa. Po drugie: pogoda. Nawet zimą można trenować pod gołym niebem. Kolejna sprawa: mili i otwarci ludzie. A w dodatku ceny nie są wygórowane.

Na początku nie było łatwo, bo nigdy tak daleko sama nie wyjeżdżałam, ale teraz mogę powiedzieć, że to była naprawdę pozytywna zmiana. Jestem urzeczona kilkoma rzeczami. Na przykład ludzie tu są pełni pasji i czuję, że praca ze mną sprawia im dużą przyjemność. Mój trener jest pozytywną osobą, dużo uwagi poświęca samemu motywowaniu – opowiada Linette.

Dużą zmianą jest już nawet to, że Magda zaczęła oglądać swoje mecze i analizować błędy, bo wcześniej zdarzało się, sama przyznaje, że miała już dość tenisa. Na swoje ostatnie starty pewnie patrzy z przyjemnością. W końcówce sezonu zagrała w finale turnieju ITF w Nantes (pula nagród 50 tys. dol.), gdzie pokonała m.in. Sofię Arvidsson.

Teraz najlepsza setka jest tuż, tuż, ale obsesyjnie o niej nie myśli. – Ważniejsze niż liczby jest to, żebym mogła grać w turniejach Wielkiego Szlema bez eliminacji. A kwestie finansowe też nie są bez znaczenia – przyznaje Linette.

W tej sprawie zgodne są wszystkie trzy. Wielki Szlem i wielka kasa są już w zasięgu wzroku. W sezonie 2014 nie powinniśmy się nudzić…

 

10 zwycięstw, które wstrząsnęły karierą

Katarzyna Piter
20 Kirsten Flipkens Luksemburg 2013
51 Shuai Zhang Tajpej 2013
63 Yanina Wickmayer Luksemburg 2013
71 Christina McHale Luksemburg 2013
97 Julia Glushko Ningbo 2013
104 Maria-Joao Koehler Katowice 2013
111 Irina-Camelia Begu Linz 2013
119 Anna Schmiedlova Toruń 2013
128 Michaella Krajicek Bath 2011
134 Barbora Zahlavova-Strycova Ołomuniec 2013

Magda Linette
61 Sorana Cirstea Poitiers 2011
76 Olga Puczkowa Strasburg 2013
114 Akgul Amanmuradova Poitiers 2011
115 Eleni Daniilidou Limoges 2012
118 Sofia Arvidsson Nantes 2013
120 Lesia Curenko Zawada 2011
120 Karolina Pliszkova Equeurdreville 2012
121 Monica Puig Nantes 2012
124 Claire Feuerstein Nantes 2013
128 Sandra Zahlavova Trnava 2011

Paula Kania
83 Stephanie Foretz-Gacon Astana 2012
100 Dinah Pfizenmaier Tajpej 2013
103 Timea Babos Roland Garros 2013
149 Dia Ewtimowa Toruń 2012
153 Jekaterina Byczkowa US Open 2013
154 Sandra Zahlavova Zawada 2011
157 An-Sophie Mestach Donieck 2013
158 Chanel Simmonds Roland Garros 2013
159 Zarina Dijas Tajpej 2013
164 Arantxa Rus Tajpej 2013

W kolejnych rubrykach: ówczesny ranking i nazwisko pokonanej rywalki oraz miejsce i data turnieju.