Smutny Amerykanin w Londynie

Krzysztof Domaradzki , foto: AFP

Krzysztof Domaradzki

Wieloletnim wizytom Andy’ego Roddicka w stolicy Anglii towarzyszył niezachwiany optymizm, nawet gdy jego dyspozycja znacznie odbiegała od idealnej. Zawsze kipiał pewnością siebie, jak przystało na Amerykanina, i mierzył w najwyższe cele – jak przystało na jednego z największych specjalistów od gry na trawie. W tym roku Londyn ujrzy innego Roddicka – posępnego, zdruzgotanego, niechybnie zmierzającego do tenisowej mety.

W 2009 roku Roddick dotarł do finału Wimbledonu. Miał się w nim zmierzyć z Rogerem Federerem – upiorem, który trzykrotnie odbierał mu wielkoszlemowe zwycięstwa i upokarzał niemal za każdym razem, kiedy stawali po przeciwnych stronach siatki. Tym razem miało być inaczej. I rzeczywiście – było. Amerykanin przez ponad cztery godziny grał jak natchniony: raz po raz popisywał się wybuchowymi serwisami, doskonale plasowanymi forhendami i minięciami, jakimi zwykle wykańczał go Szwajcar. Nawet bekhend, którym przez całą karierę z trudem przepychał piłki na drugą stronę kortu, nosił w sobie znamiona dzieła sztuki. Każdy, kto oglądał tamten mecz – i nie był fanem Federera – pragnął, aby Roddick w końcu dopiął swego. Zwycięstwo byłoby najwłaściwszą nagrodą za rozegranie najlepszego meczu w życiu.

Dwa nieczysto uderzone forhendy sprawiły, że w piątym secie zwyciężył Federer. 16:14. Roddickowi na pocieszenie został nieszczególnie istotny rekord – w finale wygrał 39 gemów, więcej niż Federer, więcej niż ktokolwiek przedtem i potem.

Gdy Amerykanin ponownie znalazł się w centrum uwagi, żeby odebrać nagrodę dla finalisty i wygłosić kilka podsumowujących słów, współczuł mu cały Londyn i wszyscy, którzy widzieli, co wyczyniał przez większość niedzielnego popołudnia. Roddick – z tradycyjnie naciągniętą na głowę czapką, ale daszkiem skierowanym do tyłu, inaczej niż podczas gry – zdobył się na parę składnych zdań, choć, jak stwierdził po czasie, starał się przede wszystkim, żeby żal nie wycisnął łez z jego oczu. Podziękował za wsparcie publiczności, która tego dnia ewidentnie trzymała jego stronę, pogratulował rywalowi, zaznaczając, że zasłużył na wszystkie trofea, które do tej pory zgromadził, i przeprosił Pete’a Samprasa, który właśnie stracił rekord w liczbie wielkoszlemowych zwycięstw – Federer sięgnął wtedy po piętnasty triumf. Na koniec wyraził nadzieję, że dołączy kiedyś do zasiadających na trybunach wirtuozów – Samprasa, Manolo Santany, Bjoerna Borga – i sięgnie po triumf w Wimbledonie. Zakończył w hollywoodzkim stylu. – I’ll be back – obiecał.

Dziś już niemal na pewno wiemy, że kłamał. Wimbledon 2009 był ostatnim wspaniałym wielkoszlemowym występem w karierze Roddicka.

Stworzony do gry na trawie

A-Rod, jak zwykło się nazywać Amerykanina, sercami rodaków zawładnął błyskawicznie. Głównie dlatego, że sukcesy zaczął odnosić, kiedy kariery Samprasa i Andre Agassiego, tenisowych guru lat 90., znajdowały się w fazie schyłkowej. Ale także dlatego, że był arogancki, niegrzeczny, żywiołowy, a przy tym inteligentny, dowcipny, skory do rozmów z dziennikarzami i kibicami. Serca fanek zdobył urodą – atletyczną sylwetką, szczerym uśmiechem, bystrym spojrzeniem. Względy fanów zaskarbił sobie walecznością i bezkompromisowością. Na występy chłopaka z Nebraski od samego początku przychodziły tłumy – sympatycy tenisa wiedzieli, że obecność na pojedynkach młodego Jankesa daje spore prawdopodobieństwo, iż będą świadkami ustanawiania rekordu w prędkości podania.

Prawidłowego posługiwania się największym orężem nauczył go Brad Gilbert, były trener Agassiego. Nowy szkoleniowiec – specjalista od tenisowego pragmatyzmu – zakodował w głowie Roddicka, że nie zawsze musi wywiercić podaniem dziurę w korcie, żeby zdobyć punkt. Za to zawsze musi szukać rozwiązań odpowiednich do sytuacji. Zaczął pracę z Roddickiem w czerwcu 2003 roku. Miesiąc później Amerykanin chętniej meldował się przy siatce, częściej korzystał ze slajsowanego bekhendu, a gdy serwował, coraz rzadziej pojawiały się obawy, iż wraz z piłką na drugą stronę kortu pofrunie jego ramię.

Z Gilbertem Roddick dowiedział się, że jest stworzony do gry na trawie. Na niej jego podanie stawało się jeszcze groźniejsze, a niedostatki bekhendowe łatwiej mógł ukryć pod osłoną uderzenia slajsowanego, które z czasem stało się podstawowym elementem repertuaru Amerykanina. A-Rod władał mocą, która dotychczas zarezerwowana była dla zawodników wyraźnie wyrastających ponad 188 centymetrów, ale poruszał się zdecydowanie szybciej i zwinniej od wszystkich wielkoludów. Dzięki temu doskonale radził sobie z niskim odbiciem piłki na trawie, choć jego specyficzny sposób przemieszczania się po korcie – sprawiający wrażenie fajtłapowatego – często stawał się obiektem drwin. Był pierwszym bezwzględnym bombardierem, który po serwisie zostawał na końcowej linii, zamiast bez opamiętania pędzić w kierunku siatki.

W 2003 roku Roddick wyrósł w trakcie Wimbledonu na głównego faworyta do wygranej. Przemawiał za nim triumf na korach Queen’s Clubu, odniesiony na nieco ponad tydzień przed rozpoczęciem wielkoszlemowych zmagań, doskonała postawa we wstępnej fazie turnieju i błyskawiczna porażka Lleytona Hewitta – Australijczyk, obrońca tytułu, pożegnał się z imprezą już po pierwszym pojedynku. Na drodze stanął mu jednak Federer – starszy o rok Szwajcar, o którym wówczas mawiano, że może nigdy nie wygrać turnieju wielkoszlemowego, ponieważ ma zbyt miałką psychikę. Smutek, jaki po półfinałowej porażce zagościł na twarzy Amerykanina, miał się pojawiać jeszcze wielokrotnie. Właściwie całkowicie wyzbył się go tylko raz – kilka miesięcy później, kiedy na kortach Flushing Meadows rozbił Juana Carlosa Ferrero i sięgnął po jedyny wielkoszlemowy triumf w karierze.

Wiecznie drugi

Dzisiaj chętnie porównuje się do Roddicka Andy’ego Murraya. Nie dziwne, łączy ich znacznie więcej niż imię, język ojczysty, trudny charakter i praktyka pod czujnym okiem Brada Gilberta. Obydwaj notorycznie odnotowują klęski w wielkoszlemowych finałach. Murray dwukrotnie był o krok od tytułu w Australian Open, raz poległ na ostatniej prostej US Open. Roddick pierwszy wielkoszlemowy finał wygrał, ale w czterech następnych przegrywał. Amerykanin, w odróżnieniu od Szkota, za każdym razem obrywał od tego samego zawodnika.

Roddick zawsze najmilej będzie wspominał zmagania na kortach Queen’s Clubu. Drugą co do ważności londyńską imprezę wygrywał czterokrotnie, czyli tyle samo, ile najwięksi gracze w historii turnieju. Było to możliwe tylko dzięki temu, że inaczej wimbledońskie przedbiegi organizował Federer, który do dziś preferuje trawiaste przetarcie w niemieckim Halle. Amerykanin wygrywał wtedy, gdy nie było Szwajcara – niezłomnego herosa, który nie tylko nie dawał się rywalom, ale i kontuzjom.

Ze Szwajcarem w finale Wimbledonu Roddick mierzył się trzykrotnie. W 2004 roku poległ dość pechowo. Zwyciężył w pierwszym secie, w drugim wyszedł ze stanu 0:4, żeby przegrać na chwilę przed tiebreakiem, w trzecim miał przewagę przełamania, ale deszcz wybił go z rytmu. W efekcie tytuł wpadł w ręce bardziej opanowanego Bazylejczyka. Rok później zmierzyli się ponownie. Tym razem wyraźnie lepszy był Federer, który bezwzględnie zdominował cały turniej – podobnie jak US Open 2006, w którym ponownie w decydującym starciu uporał się z Roddickiem. Ostatni raz mierzyli się w 2009 roku. Do trzech razy sztuka, mówili przed meczem zwolennicy Amerykanina. Nic z tego. Federer z kanibalistycznym zacięciem wyszarpał zwycięstwo po czterech godzinach i siedemnastu minutach zażartej walki.

Dopóki nie nastąpiła eksplozja talentu pewnego umięśnionego młodzieńca z Majorki, dopóty Roddick był drugą siłą męskiego tenisa. Pierwszą mógł być tylko przez chwilę – na przełomie 2003 i 2004 roku. Potem na drodze do chwały permanentnie wyrastał mu Federer, który aż 21 razy był od niego lepszy. Roddick w oficjalnych pojedynkach zaledwie trzykrotnie wygrywał ze Szwajcarem. Gdy w 2003 roku pokonał go po raz pierwszy, nabrał tak wiele pewności siebie, że kilka tygodni później zwyciężył w US Open. Po ostatnim triumfie – marcowym w Miami – uwierzył, że myśli o zakończeniu przygody z tenisem warto odłożyć na później.

Moc wyparowała

W Roddicku przez lata wzbierała irytacja. Próbował wszystkich metod, aby ograć Federera, ale im dłużej skupiał się na pokonaniu Szwajcara, tym częściej obrywał od innych. W 2006 roku Amerykanin spadł na szóste miejsce w rankingu, a lada dzień do czołówki mieli dołączyć Novak Djoković i wspomniany Murray. Po drodze na głównego oponenta Federera wyrósł niezmordowany Rafael Nadal. Szybko się jednak okazało, że to nie rywale będą największym zmartwieniem A-Roda.

Od 2005 roku perfekcyjnie funkcjonujące ciało Amerykanina zaczęło wysyłać pierwsze sprzeczne sygnały. Już na początku jego przygody z zawodowym tenisem obawiano się, że z czasem dopadną go problemy z barkiem i ramieniem – częściami maszynerii, która wystrzeliwała najpotężniejsze serwisy w cyklu – ale nikt nie przypuszczał, że przypałętają się do niego kłopoty innej natury. Jako pierwsze zaczęły wysiadać kolana i plecy. Ramię i bark dołączyły do nich później.

Największa zdrowotna przykrość spotkała Amerykanina w 2010 roku. Miesiącami uskarżał się na niezrozumiały odpływ energii. Lekarze długo nie potrafili wyjaśnić, dlaczego z potężnego Amerykanina wyparowuje moc. Dopiero latem badania krwi dały odpowiedź – przyczyną problemów Roddicka była mononukleoza. Choroba wirusowa wyzuła z Amerykanina siły, co w połączeniu z coraz regularniej dokuczającym ramieniem trwale wpłynęło na jakość jego gry.

Nawet skuteczne wyleczenie wszystkich urazów nie przywróciło A-Rodowi dawnej witalności. Wystarczy wspomnieć, że w jedynym pojedynku, jaki rozegrał podczas tegorocznego Rolanda Garrosa, najpotężniejsze podanie posłał z prędkością 217 km/h. Dawniej niemal w każdym gemie serwował szybciej.

Koniec jest bliski

W drugiej połowie 2011 roku Roddick po raz pierwszy usłyszał pytanie, przed którym drżą wszyscy sportowcy. Zadali je chińscy dziennikarze, którzy w naturalny sposób nawiązali do tego, że Amerykanin po raz pierwszy od dekady znalazł się poza czołową „dwudziestką” rankingu. Roddick, obruszony przypuszczeniem, że może chcieć wkrótce zakończyć karierę, nie raczył odpowiedzieć.

29-letniemu tenisiście kilka miesięcy zajęło uświadomienie sobie nieuchronnego. Najpierw musiał oswoić się z drastycznym obniżeniem lotów, a następnie z tym, że starszy o rok Federer wciąż wycina zdecydowaną większość tenisistów – od Wimbledonu 2004 Szwajcar nie opuścił ani jednego wielkoszlemowego ćwierćfinału. Pierwszy raz o zakończeniu kariery wspomniał Roddick w lutym. Stwierdził wówczas, że w ciągu kilku sezonów rozstanie się z zawodowym tenisem. Przed paroma dniami zdradził więcej. Oznajmił, iż nie wyklucza tego, że nadchodzący Wimbledon może być jego ostatnim.

A-Rod, zgodnie z oczekiwaniami, błyskawicznie zakończył tegoroczne zmagania w Paryżu i od początku czerwca przebywa w Londynie. Pobyt w stolicy Anglii uczcił odwiedzeniem kortów, na których przeżywał tyle pięknych, a przy tym bolesnych chwil. Sentymentalna podróż skłoniła go do kilku refleksji. – To jedno z moich najtrudniejszych, a zarazem najlepszych wspomnień – przyznał w rozmowie z Malcolmem Folleyem z „Daily Mail”, nawiązując do finału z 2009 roku. Z rozżaleniem zerkał na tablicę, na której znajdują się nazwiska wszystkich zwycięzców Wimbledonu. Andy’ego Roddicka na niej nie ma.

Amerykanin w końcu wyrobił sobie świadomość tego, że walczy przede wszystkim z upływającym czasem. Wie, że tej walki wygrać nie może. On i Larry Stefanki, jego obecny trener, robią, co w ich mocy, aby organizm Roddicka nie rozsypał się w decydującym momencie. – My tylko staramy się delikatnie przeciwstawić naturze – wyjaśnia A-Rod.

Na razie nie wychodzi im to najlepiej. Roddick przegrał sześć ostatnich spotkań. (Żeby było zabawniej, ostatnim zawodnikiem, którego pokonał, jest Federer). W swoim pierwszym pojedynku na kortach Queen’s Clubu przegrał z Edouardem Rogerem-Vasselinem, drugo-, a może nawet trzeciorzędnym tenisistą francuskim, zatem nie zdążył nawet powąchać trawy w bojowych warunkach. Tak szybkie odpadnięcie skłoniło go do tego, by wystartować w turnieju w Eastbourne – dzięki otrzymanej od organizatorów dzikiej karcie w pierwszej rundzie zmierzy się z Samem Querreyem. Nigdy w tym turnieju nie grał, ponieważ ostatni tydzień przed Wimbledonem poświęcał na doszlifowywanie formy, korygowanie niuansów i regenerację, żeby funkcjonować na najwyższych obrotach w trakcie dwóch tygodni londyńskich zmagań. W tym roku tak długa przygoda z Wimbledonem raczej mu nie grozi.

Roddick jest jednak przezorny, więc robi wszystko, aby zaprezentować się w Londynie przyzwoicie, nie odpaść zaraz po starcie turnieju, nacieszyć kibiców swoją niespotykaną techniką serwisową i specyficznym poruszaniem się po korcie przez przynajmniej kilka godzin. I choć jego twarz, co widzieliśmy wyraźnie w trakcie zmagań na kortach Queen’s Clubu, nie wyraża już entuzjazmu, to z ust wciąż potrafi wydobyć słowa nadziei. – Nie wiem, czy moje ciało wytrzyma 35 tygodni zmagań w roku, ale z dwoma z pewnością sobie poradzi – zapewnia.