Srebro, które można przemienić w złoto
Takiego sezonu w historii polskiego tenisa jeszcze nie było – zawodnicy całą chmarą wystrzelili na poziom dostępny dotychczas jedynie w meandrach wyobraźni. Rozbudzili zarazem nadzieję, że za rok może być jeszcze piękniej. O wiele piękniej.
O najbardziej spektakularne sukcesy pokusiła się Agnieszka Radwańska, która, jak przystało na nową aspirantkę do miana królowej polskiego sportu (rozpoczynająca zimowe zmagania Justyna Kowalczyk musi mieć się na baczności), po czterech latach dryfowania na zapleczu największych wbiła się do grona tenisistek bezapelacyjnie znakomitych. Fenomenalny triumf w Miami poprawiła finałem Wimbledonu, wyrównując wynik Jadwigi Jędrzejowskiej, która przez ponad 70 lat tkwiła w masowej świadomości Polaków jako najwybitniejsza nadwiślańska tenisistka w dziejach. A gdy wydawało się, że śródsezonowa euforia minęła, Radwańska stoczyła przegraną, acz epicką bitwę z Marią Szarapową, po czym resztkami sił dociągnęła do półfinału turnieju Masters. W wirze tych rewelacyjnych osiągnięć niemal niezauważenie przewinął się wyczyn być może równie imponujący: krakowianka definitywnie dojrzała, uniezależniła się od ojcowskich fanaberii, wyrosła na poważną, a zarazem jedną z najbarwniejszych postaci w cyklu WTA.
Największą sensację sprawiła jednak nie krakowianka, lecz łodzianin. Jerzy Janowicz, subtelny olbrzym o niepokornej duszy, przerośniętym ego i wystrzałowym talencie, przez cały sezon wskakiwał na kolejne szczeble kariery, by na sam koniec dać susa, jakiego w polskim tenisie nie widziano od trzech dekad. Polski dryblas jednorazowym manewrem, jakim było wywalczenie awansu do finału turnieju w paryskiej hali Bercy (po drodze pokonał m.in. Andy’ego Murraya i Janko Tipsarevicia, nie sprostał dopiero niezniszczalnemu – rozegrał w tym sezonie 91 meczów! – Davidovi Ferrerowi), urósł do rozmiarów niewyobrażalnych. Eksperci już wyliczają, ile punktów musi dołożyć, by dochrapać się miejsca w czołowej dziesiątce rankingu. Przez Janowicza zamiast w idyllicznym nastroju wyczekiwać następnego sezonu, zabawiamy się w zniecierpliwionych wieszczów, prorokując, kiedy bohater z Paryża zdecyduje się na kolejny wywrotowy manewr.
Zanim ziemia zatrzęsła się po atomowych podaniach łódzkiego wojownika, najwięcej radości dawały długo oczekiwane akceleracje Urszuli Radwańskiej. Młodsza z sióstr – choć, zdaniem wielu, nie mniej utalentowana od Agnieszki – na dobre wyzbyła się zdrowotnych zwątpień, co momentalnie przełożyło się na jej wyniki. Sezon zainaugurowała jako zawodniczka spoza czołowej setki zestawienia, ale od kwietniowych zmagań w Brukseli, w trakcie których stłamsiła samą Marion Bartoli, zaczęła kwitnąć w niezwykłym tempie: zwyciężyła w małym turnieju w Nottingham, w debiutanckim finale na szczeblu WTA uległa w 's-Hertogenbosch Nadii Pietrowej, zaliczyła półfinały w Taszkiencie i Kantonie. Ostatecznie wylądowała na 31. miejscu w rankingu, zasadzając się na pozycji, z której wypada już myśleć o przypuszczeniu szturmu na czołówkę; szczególnie że wiele atutów krakowianka wciąż przed światem zataja. (Najlepiej, by zaczęła je ujawniać podczas wielkoszlemowych kampanii).
Miniony sezon wyjątkowy jest także dlatego, że przyniósł kilka sensacji o formacie w rodzimym tenisie niemal niespotykanym. Jedynie w przemilczanym przez Polaków Australian Open nikt z biało-czerwonych nie walczył o wielkoszlemowe laury. W Paryżu o triumf w mikście biła się Klaudia Jans-Ignacik. W Londynie wyzwanie Serenie Williams rzuciła Radwańska. W Nowym Jorku pocieszenia po deblowym niepowodzeniu w finale miksta szukał Marcin Matkowski. Dawniej polskie sensacje urastały najwyżej do rozmiaru jednorazowych wygranych z zawodnikami z zaplecza światowej czołówki albo do tygodniowych przygód w pomniejszych turniejach. Dziś z biało-czerwonych sensacji kapie krew wielkoszlemowych skalpów.
Przy natłoku wspaniałości potknięcia przeszły niemal niezauważenie. Na całej linii zawiedli eksportowi debliści, którzy wiosną narobili niemałego apetytu – po wygraniu prestiżowego turnieju w Barcelonie, a następnie jeszcze znamienitszego w Madrycie stroili nawet na faworytów Rolanda Garrosa – a jesienią dopełnili obrazu tenisowej głodówki: przegrywając z Maheshem Bhupathim i Rohanem Bopanną, doznali 24. klęski w sezonie i po raz pierwszy od 2007 r. nie załapali się na występ w turnieju mistrzów. Poniżej oczekiwań spisał się również Łukasz Kubot. Polak na chwilę wgryzł się do pierwszej pięćdziesiątki zestawienia, lecz zaraz z niej wypadł. Trzecią rundę w wielkoszlemowych bojach osiągnął jedynie w Paryżu. Przegrał 27 z 50 meczów i zleciał na 75. lokatę w rankingu, definitywnie żegnając się z szansami na odzyskanie miana rakiety numer jeden w kraju.
Potknięcia wspomnianej trójki bolą jednak głównie zainteresowanych, oczy narodu skierowane są bowiem na tych, którzy zabawiać tłumy mają w sezonach najbliższych. Trudno cierpieć smutkiem Fyrstenberga (32 lata), Matkowskiego (31), Kubota (30), gdy można napawać się szczęściem Urszuli Radwańskiej (niecałe 22), Janowicza (22) czy Agnieszki Radwańskiej (23). Młodzi idą zresztą pełną parą: Sandra Zaniewska (20) po raz pierwszy przebiła się przez kwalifikacyjne zasieki i wystąpiła w debiutanckim Wimbledonie (i nieomal wyeliminował powszechnie poważaną Shuai Peng), a jej rówieśniczka Paula Kania przypadkiem wygrała debla w Taszkiencie (w uzbeckim turnieju nastawiała się przede wszystkim na grę pojedynczą).
Nadchodzący sezon zapowiada się fascynująco z tak wielu powodów, że trudno je sklasyfikować według istotności. Jakże bowiem ocenić, czy istotniejszy jest występ Polaków w Pucharze Davisa – janowiczowe podboje pozwalają sądzić, że w 2014 r. zagramy w Grupie Światowej – czy organizacja turnieju WTA w Katowicach? Dogłębniej śledzić poczynania wkraczających w tenisową dorosłość Zaniewskiej i Kani, czy przyglądać się poczynaniom walczących o odzyskanie chwały deblistów? Upatrywać turniejowych zwycięstw Urszuli Radwańskiej, czy śledzić harce Janowicza? Wyglądać szans Agnieszki Radwańskiej na wielkoszlemowy triumf, czy czekać, aż któryś z czterech tytułów przytulą specjaliści od gry mieszanej?
W 2012 r. polski tenis bezspornie wygrzebał się z nijakiej mizerii, w jakiej z upodobaniem nurzał się od zarania dziejów. Przez dekady szarość rozświetlały ekscesy jednostek (Jędrzejowskiej, Fibaka, Radwańskiej), dziś mamy wściekle dążący do jasności zespół. W awantury na najwyższym szczeblu angażują się singliści, singlistki i specjaliści od gry podwójnej, a Polska na tenisowej mapie świata przestała być ledwo widoczną kropką. Miniony rok pełen był sreber, które dostarczyła i Agnieszka Radwańska, osiągając finał Wimbledonu, i jej młodsza siostra, dochodząc do ostatniego pojedynku turnieju w 's-Hertogenbosch, i wściekle walczący o tytuł w Paryżu Janowicz, i Jans-Ignacik z Matkowskim, których niewiele dzieliło od wygrania wielkoszlemowych mikstów.
W najbliższych rozgrywkach wystarczy jedynie przemienić regularnie zdobywane srebro w złoto – osiągane przynajmniej okazjonalnie. A do tego nie potrzeba ani alchemika, ani kamienia filozoficznego, ani żadnych diabelskich sztuczek. Wystarczy odrobina uśmiechu losu. A ten, jak pokazał sezon miniony, przestał się w końcu na Polaków wypinać.
Krzysztof Domaradzki



