Stambuł: wisienka na torcie Radwańskiej?
Rozpoczynającym się we wtorek turniejem WTA Championships Agnieszka Radwańska podsumuje najlepszy sezon w karierze. Żeby jednak pozostawić po kapitalnym 2012 roku niezatarte wrażenie, w Stambule musi przynajmniej wyjść z grupy.
Radwańska harowała przez okrągły rok tylko po to, by finalny efekt jej starań określić na podstawie ostatniego, granego na granicy wyczerpania fizycznego turnieju. Za kilka dni ludzie zapomną, że Polka wygrała w Miami i osiągnęła finał Wimbledonu, ale będą pamiętać, jak daleko zabrnęła w Stambule. Podobnie było w poprzednich latach – przed rokiem bohaterką sezonu okrzyknięto Petrę Kvitovą, która zwyciężyła w wieńczącej sezon imprezie (o Caroline Wozniacki, najlepszej na przestrzeni całego sezonu, mało kto wspominał), a królem męskich rozgrywek ponownie okrzyknięto fenomenalnego w listopadzie Rogera Federera, mimo że we wcześniejszych miesiącach wszystkim bezustannie wymierzał razy Novak Djoković. Wybiórcza pamięć i krótkowzroczność czynią stambulski turniej jednym z najistotniejszych wyzwań w sezonie, choć większość zawodniczek wolałaby już od co najmniej paru tygodni wygrzewać się na karaibskich plażach i w kurortowej scenerii oczekiwać na przyjście świeżości i zapału do rywalizacji w kolejnym roku.
Błogie myśli o wakacjach tłumi jednak perspektywa udziału w zmaganiach słusznie określanych imprezą mistrzyń. Wystąpić w niej mogą jedynie najlepsze i najwytrwalsze tenisistki w skali roku. Te, których kunszt objawiał się jedynie okazjonalnie, zaszczytu gry z najlepszymi nie dostąpią. Co więcej, lista mistrzyń turnieju roi się od nazwisk zawodniczek wybitnych, co nasyca stambulską rywalizację dodatkowym prestiżem. Najczęściej, bo aż ośmiokrotnie, królową WTA Championships zostawała Martina Navratilova; Steffi Graf zwyciężała pięcio-, a Chris Evert czterokrotnie; ostatnimi czasy najchętniej po wygrane sięgała Kim Clijsters (trzykrotnie). Największe mistrzynie muszą być okazami zdrowia i bezwzględnymi pracusiami. Często bowiem o triumfie w turnieju Masters – czy to kobiecym, czy męskim – decydują w głównym stopniu wytrzymałość fizyczna, odporność na urazy, a nawet mentalny wigor i zawziętość – choć trudno zakwestionować miłość do tenisa najlepszych zawodniczek globu, nie każda ma ochotę tłuc się o punkty pod koniec października.
Radwańska smak rywalizacji w turnieju mistrzyń poznała już w 2008 r., kiedy to, będąc pierwszą na liście rezerwowych, zastąpiła kontuzjowaną Anę Ivanović. Rok później także zagrała, choć jej udziałowi towarzyszyły kuriozalne okoliczności – krakowianka zastąpiła kontuzjowaną Wierę Zwonariową, która zajęła miejsce niedysponowanej Dinary Safiny, a następnie pokonała Wiktorię Azarenkę. Żeby było zabawniej, Białorusinka nie dotrwała do końca spotkania, kreczując w siódmym gemie trzeciego seta. Dopiero przed rokiem Radwańska wystąpiła w WTA Championships w roli pełnoprawnej uczestniczki turnieju, nie musząc liczyć na zdrowotny upadek żadnej z rywalek.
Inauguracyjny pełnowymiarowy występ w Stambule Polka może zaliczyć do udanych, choć z grupy wyjść nie zdołała. Po kapitalnej serii z października ubiegłego roku (Radwańska wygrała w Tokio i Pekinie) krakowianka miał pełne prawo mierzyć w półfinał, ale efektownością swoich występów nadrobiła brak efektywności. W pierwszym meczu Polka stoczyła blisko trzygodzinną bitwę z Wozniacki i choć poległa, została okrzyknięta współbohaterką (gdyby nie problemy z ramieniem, mogłaby duńską koleżankę ograć). W kolejnym spotkaniu Radwańska stworzyła jeszcze lepsze widowisko. Ze Zwonariową przegrywała już 3:5 i 15:40 w trzecim secie, ale obroniła dwie piłki meczowe, wygrała cztery następne gemy i odniosła spektakularny triumf. W trzecim starciu biła się o wyjście z grupy z Kvitovą, ale Czeszka okazała się za silna (lub Radwańska zbyt wyczerpana). Nikt nie miał wątpliwości, że gdyby przyznawano odznaczenia za waleczność, wszelkie honory spadłyby na Polkę.
Niewykluczone, że i w tegorocznym turnieju boje z udziałem Radwańskiej okażą się ozdobą stambulskich zmagań. Nietrudno sobie wyobrazić trzygodzinną bitwę Polki z Sarą Errani. Obie zawodniczki nie dysponują arsenałem kończących zagrań, co sprawia, że jeśli się zacietrzewią, mogą się okładać w nieskończoność. Wspomniany arsenał posiadają za to Maria Szarapowa i Petra Kvitova. Obie krakowiance nie leżą (Czeszki jeszcze nie pokonała, Rosjankę ograła tylko dwa razy, choć stoczyły już jedenaście bojów), ale obie zdają się także znajdować całe kilometry od optymalnej dyspozycji. Leworęczna Kvitova w bieżącym sezonie sukcesywnie kurczyła się, choć jeszcze rok temu jasnowidze widzieli w niej wieloletnią liderkę rankingu. Szarapowa zaś rozbłysła w okresie rywalizacji na kortach ceglanych, lecz przez większość sezonu tkwiła w głębokim cieniu Wiktorii Azarenki i Sereny Williams. Co ważniejsze, ostatnią konfrontację z Polką przegrała, a to kosztowało ją tytuł w Miami.
Robert Radwański, ojciec Agnieszki, grupowym przydziałem córki zachwycony nie jest, lecz argumentuje to troską o ewentualny półfinałowy bój. To zaś oznacza, iż zatrzymania się krakowianki na pierwszym etapie turnieju do siebie nie dopuszcza. Inaczej tę fazę rywalizacji widzą bukmacherzy, dla których wyraźnymi faworytkami do wyjścia z grupy białej są Szarapowa i Kvitova. Najmniejsza szanse dają Errani, która na długo przed rozpoczęciem rywalizacji została wykreowana na bezapelacyjnego outsidera imprezy. Gdyby wygrała, a jakiś szczęśliwiec wytypowałby jej triumf, postawioną na triumf Włoszki sumę pomnożyłby 65-krotnie.
Faworytką zmagań w Stambule jest Williams, która od US Open nie grała, zbierając siły na rywalizację w stolicy Turcji. Amerykanka wygrywała podsumowujące sezon zawody dwukrotnie, co jak na zawodniczkę tego formatu nie jest wynikiem imponującym (szczególnie że raz udało jej się to dzięki poddaniu finału przez kontuzjowaną Lindsay Davenport). Jeżeli nie straciła nic z zapału, którym imponowała od czerwca do września, zatrzymać ją będzie niezmiernie trudno. Williams wygrała 26 z ostatnich 27 pojedynków, zgarniając po drodze 2 wielkoszlemowe tytuły i złoto olimpijskie.
Wydaje się, że druzgocącej sile Amerykanki przeciwstawić może się jedynie Azarenka. Liderka światowego rankingu już w finale US Open była bliska sprawienia sensacji – rozegrała kapitalny mecz, a tytułu zrzekła się w zasadzie na własne życzenie. Trudno wyobrazić sobie, żeby którakolwiek inna zawodniczka stawiła opór Williams, szczególnie że żadna nie jest w stanie dobrać się do skóry Białorusinki. Jedyna nadzieja w tym, że krezuski kobiecego tenisa wykończą się bezpośrednią batalią w grupie. Wtedy grono kandydatek do końcowego triumfu znacznie się poszerzy, obejmując także Radwańską.
Krzysztof Domaradzki



