Swoją drogą. Wywiad z Magdą Linette

Dominika Opala, foto: Peter Figura

Dominika Opala

Magda Linette, obecnie najlepsza polska tenisistka, jest przykładem tego, że determinacja i wytrwałość w dążeniu do celu przynoszą upragnione rezultaty. Poznanianka podsumowuje miniony sezon, przywołując zarówno radosne, jak i te mniej miłe wspomnienia.

Z Magdą Linette rozmawia Dominika Opala

Czy ma pani życiowe motto lub ulubiony cytat, którym kieruje się pani na co dzień?

– Nic konkretnego. Lubię myśleć, że po prostu robię wszystko swoim sposobem. Może to: „Idę swoją drogą”. Być może nie jest ona taka, jaką inni sobie wyobrażali, jaką sama sobie wymarzyłam, ale jest moja. Nie znaczy to, że jest zła albo idealna; jest po prostu inna.

I w tym sezonie pokazała pani właśnie, że idzie swoją drogą.

– Ta droga rozpoczęła się już wcześniej. Ludzie zastanawiali się, co ja robię w Chinach. Generalnie na samym początku wybrałam taką drogę, że grałam w mniejszych turniejach, ITF-ach, gdzieś tam zbierałam punkty. Tak więc była ona, wydaje mi się, trochę inna, mozolna. Nie każdy wierzył, że wykonam taki skok w rankingu, bo rzeczywiście dużo czasu mi to zabrało, żeby był on tak wyraźny. Ten sezon w końcu udowodnił, że ciężka praca i wprowadzone zmiany dały pozytywny skutek i pokazały, że nasze decyzje były dobre. Z tego się cieszę, bo każdemu z nas dało to kopa na kolejny sezon do dalszej pracy.

Jakie to były zmiany?

– Przed tym sezonem nie było żadnych. Mark Gellard zaczął z nami współpracę w połowie zeszłego roku, więc właśnie wtedy one nastąpiły. To nie jest tak, że coś drastycznie zmieniliśmy. To były naprawdę szczegóły, nawet niekoniecznie tenisowe. To było coś typu: wstać rano i starać się być jak najbardziej pozytywnie nastawioną osobą. Więcej analizowaliśmy moje podejście, moje zachowanie, moje codzienne samopoczucie, a to potem przekładało się na treningi, na kort. Miałam większą kontrolę i świadomość tego, co robię dobrze, a co źle, i ewentualnie wykorzystanie tego. Również w trakcie meczów, sparingów, treningów. Najważniejsza była więc próba zwiększenia świadomości, ale to się już naprawdę zaczęło ponad półtora roku temu i potrzeba było trochę czasu, by przyniosło rezultaty.

Z czysto tenisowego punktu widzenia: który element gry poprawiła pani szczególnie?

– Jak dla mnie, to poprawiliśmy wszystko: serwis, technikę bekhendu, forhend jest dużo bardziej stabilny, wcześniej to była słabsza część mojej gry. Niemniej jest jeszcze duża przestrzeń do poprawy. Co roku pracujemy i jestem coraz lepsza, tylko wcześniej nie przenosiło się to aż tak na wyniki.

W tym roku zaserwowała pani 161 asów i wygrała prawie 70 procent gemów serwisowych. To najlepsze wyniki chyba od początku kariery.

– Myślę, że to dzięki temu, że grałam stabilnie. Toteż kiedy serwuję i teoretycznie mam przewagę, to powinnam wygrywać gemy serwisowe. Wydaje mi się, że gra z końca kortu też bardzo mocno to wspomagała. Rzeczywiście ciężko pracowaliśmy nad moim serwisem. Na samym początku zaczęliśmy od drugiego podania, żeby ten „kick” był nieco trudniejszy do odbioru, aby rywalki nie mogły od razu przechodzić do ofensywy. I dopiero później skupialiśmy się na pierwszym serwisie. Jednak cały czas jest on w kratkę – są mecze, w których jest super, jak np. w Bronksie, gdzie przez cały tydzień miałam rewelacyjny serwis. Ale są też niestety takie turnieje, kiedy zupełnie mi nie idzie. W Nanchangu zgubiłam rytm i trudno go było odnaleźć. To jest kolejna rzecz do poprawy. Na pewno się na tym skupimy. To jest jedyne uderzenie, które w stu procentach zależy od nas i można je skontrolować. Wszystkie inne są tylko reakcją na grę rywala.

2019 rok zakończyła pani na 42. miejscu, najlepiej w dotychczasowej karierze. Jednak początki tego sezonu nie były łatwe. Groziło pani wypadnięcie z pierwszej setki, forma była nieco słabsza. Wraz z porażkami pojawił się hejt. Wydaje się, że to nieodłączny element życia sportowca, choć nie wszyscy głośno o tym mówią.

– Generalnie tenisiści, sportowcy nie do końca chcą ujawniać swoje słabości. Nie chcą czytać takich rzeczy i starają się tego unikać. Ja też próbuję unikać, ale niestety w dobie, kiedy wszyscy prowadzą konta w mediach społecznościowych, nie da się tego zrobić w stu procentach. Do dziś uważam, że może nie powinnam się wtedy użalać tak bardzo, bo tak naprawdę miałam fantastyczne wsparcie z zewnątrz. Mój team nie był do końca zadowolony z tego, że to ujawniłam, bo oni uważają, że po prostu nie powinnam takich rzeczy czytać. Mam trochę inną opinię – ich to nie dotyka osobiście, nie dostają gróźb. Mają rację, że jeśli chcę iść wyżej i wyżej, to nie da się nic z tym zrobić. Świadomość, że nie zmienię świata, może wpłynąć na moją grę. Mogę z tym walczyć dopiero po zakończeniu kariery, bo wtedy to nie będzie mieć wpływu na moją dyspozycję na korcie.

Czy w głowie pojawia się obawa, że po kolejnej porażce znowu będzie hejt?

– Nie, to zupełnie nie tak. Po prostu jestem zła, chciałabym taką osobę zobaczyć i powiedzieć jej w twarz, co myślę. Ale nie chodzi o to, że mi przykro czy że się blokuję, tylko po prostu jestem sfrustrowana. Bo to łatwo kogoś obrazić za plecami, kiedy druga osoba nie może się obronić.

Skąd, pani zdaniem, bierze się ten hejt?

– W większości to są ludzie, którzy obstawiają mecze i tracą pieniądze, jeśli coś pójdzie nie po ich myśli. Dostaję wiadomości także od kobiet, więc to nie są tylko mężczyźni. To są okropne wiadomości. Czasami nawet nie wiem, kto to jest, bo często są to zdjęcia z dziećmi, z rodzinami. To jest naprawdę przykre. Nie tylko ja spotykam się z czymś takim. Chyba każdy sportowiec ma z tym do czynienia i nie ma znaczenia, czy wygrywamy, czy przegrywamy. Oczywiście dużo więcej tego jest po porażkach. Jedyna rzecz, jakiej się obawiam, to żeby ktoś kiedyś nie zaczął pisać takich rzeczy do mojej rodziny. Ja jestem już przyzwyczajona, ale moi bliscy mogliby się wystraszyć.

Najgorsze, że nigdy nie wiadomo, kto jest po drugiej stronie.

– To nie jest do końca weryfikowane, bo dana osoba może mi grozić śmiercią, a nie ma jak na to zareagować. Jestem ciekawa, dlaczego tak jest. Opublikowałam kilka takich wiadomości, ale to wcale nie zadziałało. Fala hejtu nie zmniejszyła się. Wręcz przeciwnie. Jakby ci ludzie chcieli powiedzieć „No i co mi zrobisz?”.

A jak pani sobie radzi z porażkami? Te po zaciętych meczach są trudniejsze do zaakceptowania, czy te odniesione gładko?

– Zdecydowanie po meczach, które się wypuszcza z rąk. To znaczy myślimy, że coś mamy w rękach, ale w rzeczywistości tenisowej tak nigdy nie jest. To nie jest gra na czas, więc wszystko się może zdarzyć. Wydaje mi się, że mecze, które najbardziej bolą, to te, które powinnam wygrać, prowadziłam. Śnią mi się czasami po nocach. Po pojedynkach, w których nie miałam szans, zazwyczaj jestem rozczarowana, jednak rzadko mi się to zdarza. To zwykle jeden, dwa mecze w roku, kiedy gram bardzo słabo i nie mogę nic zrobić. Nie przejmuję się tym jakoś bardzo, chociaż jestem oczywiście zmartwiona, że to się wydarzyło. Tenis jest sportem uprawianym przez cały rok i niestety w każdym tygodniu nie da się być przygotowanym na sto procent.

Porażki uczą czy może więcej wniosków wyciąga pani z sukcesów?

– Chyba jak każdy dużo więcej wyciągam z porażek. Moi trenerzy starają się, abyśmy wyciągali jak najwięcej wniosków również z meczów, które wygrywam. Często jest bowiem tak, że nawet jeśli wygrywam, to dużo rzeczy robię źle. Mój team nie chce, żebym osiadała na laurach i nawet jeśli przez dłuższy czas grałam dobrze, to i tak potem jeszcze szliśmy trenować, żeby było jeszcze lepiej. Staram się uczyć ze wszystkiego, z każdego treningu, każdego meczu, z trudnych porażek, choć chce się o nich jak najszybciej zapomnieć i już do nich nie wracać. Trudno przyjmować krytykę, kiedy człowiek sam wie, że coś źle zrobił. Czuję się wtedy zdołowana, a jeszcze muszę z tego wyciągać wnioski. Uważam, że to bardzo trudne.

Co najbardziej panią stresuje?

– W trakcie meczu jestem najbardziej zestresowana. Również niewiedza jest dla mnie bardzo stresująca, czyli przed losowaniami. Często wolę nie wiedzieć, kiedy jest losowanie. Długie oczekiwanie na mecz też należy do sytuacji stresujących. Po pojedynku, jeśli przegram, już raczej nie. Wtedy czuję tylko ogromny smutek. Stresujące są również występy przed dużą publicznością. Wiem, że jest wiele zawodniczek, które lubią wychodzić na wielkie areny, ale dla mnie, jest to wciąż stresujące. Przyzwyczajam się do tego, jest coraz lepiej, natomiast nigdy nie było to dla mnie proste. To nie jest moje naturalne środowisko, ale szukamy psychologa i będziemy z tym walczyć. Lepiej niż kiedyś czuję się w meczach, kiedy to ja jestem faworytką, gorzej jest natomiast w przypadku grania przeciwko jakimś utytułowanym nazwiskom.

A już z kilkoma mistrzyniami wielkoszlemowymi pani grała – z Sereną Williams, Simoną Halep…

– Z Simoną jest o tyle fajnie grać, że ona jest po prostu taka ludzka. Ona się denerwuje i pokazuje to. Można sobie wtedy pomyśleć, że jest przecież taka sama jak ja. Gra też tenis, w którym jestem w stanie załapać się na grę. W przypadku na przykład Sereny czy Marii Szarapowej czuje się tę ich pewność siebie i ma się respekt. Dużo młodych dziewczyn tego jednak nie ma i im tego zazdroszczę, bo uważam, że bardzo im to pomaga. Na korcie jest to rewelacyjna cecha. One nikogo i niczego się nie boją i idą za ciosem. I o to chodzi w sporcie. To nie musi być miłe środowisko. Żeby osiągnąć sukces, trzeba być pewnym siebie.

Maria Szarapowa wyznaje zasadę, że kort to nie jest miejsce na przyjaźnie.

– Ja uważam, że to zdecydowanie jest miejsce, gdzie można być miłym i z każdym porozmawiać. Być może nie na przyjaźnie, bo faktycznie to nie jest takie proste. Wyznaję zasadę, że w życiu człowiek przyjaźni się z dwiema osobami, z trzema, reszta to są bardzo dobrzy znajomi. Dla znajomych tenis jest fajnym środowiskiem, bo jest w nim dużo miłych osób. Natomiast nie jest łatwo to oddzielić.

A po meczu, w szatni, jest szansa na rozmowę?

– Zazwyczaj nie. Chyba, że coś się wydarzy: jakaś kontuzja, coś niespodziewanego. I jeśli się dobrze zna tę osobę, to wtedy tak. Zazwyczaj zostawia się tę zawodniczkę, która przegrała, daje się jej chwilę, żeby mogła dojść do siebie. Ja też lubię być zostawiona sama na pół godziny, żebym mogła się uspokoić, i dopiero wtedy mogę zacząć funkcjonować i rozmawiać z innymi osobami.

Z Naomi Osaką grała pani już trzy razy. W 2018 roku w Waszyngtonie odniosła pani zwycięstwo, a ona kilka tygodni później wygrała US Open. Co wtedy pani pomyślała?

– Dlaczego nie pokonałam jej trochę później (śmiech). Dużo zależało od jej formy. W Waszyngtonie nie grała aż tak dobrze jak w Nowym Jorku. Tam korty były naprawdę szybkie i ona nie mogła mi nic zrobić siłą uderzeń. Był to fajny mecz z mojego punktu widzenia. W Australii korty były wolniejsze i Naomi mogła mnie przebić fizycznością, bo jest zdecydowanie silniejsza.

A korty w Bronksie jakie były?

– Nie były aż tak szybkie, choć szybsze niż na US Open. Były za to dość niskie i mi zdecydowanie pomagały.

Odniosła pani tam pierwsze zwycięstwo w cyklu WTA, i to w wielkim stylu. Najpierw przebrnęła pani eliminacje, a potem pokonała cztery wyżej notowane zawodniczki. W którym momencie uwierzyła pani, że może wygrać ten turniej?

– Miałam za sobą występ w Toronto, który był fatalny. Potem lepiej zaczęłam grać w Cincinnati, jednak tam nie funkcjonował serwis. Do końca czekałam, aż wejdę do turnieju jako „lucky loser”. Zostałam tam do czwartku, kiedy były już zapisy do eliminacji w Bronksie. Lecieliśmy tam rano, więc nie miałam czasu, żeby się przygotować. Dodatkowo zaginął mój bagaż. Później było o tyle fajnie, że kilka meczów w eliminacjach dobrze mi się ułożyło. Miałam dość niezłe losowanie przez pierwsze dwie rundy. Założyłam sobie, żeby przejść eliminacje i pierwszą rundę w imprezie głównej, by rozegrać trzy, cztery dobre mecze. Nie spodziewałam się, że mogę w ogóle pokonać Sasnowicz, ale ten mecz też dobrze się ułożył. Nie myślałam, że wygram z Muchovą, ponieważ już w pierwszym secie łapały mnie skurcze i było naprawdę bardzo ciepło. Po drugim wskoczyłam do zimnej wody i to mi pomogło. Nie wiem do końca, jak udało mi się wygrać ten mecz, jednak po nim uwierzyłam, że mogę wygrać turniej. Przed finałem nie miałam wielkich oczekiwań i dlatego przez cały mecz byłam w stanie zachować spokój i mogłam wrócić do gry w każdej chwili, tak jak w tym trzecim secie. Nie nakładałam na siebie presji i czułam się dobrze.

To było najlepsze uczucie w dotychczasowej karierze?

– Na pewno jedno z lepszych. Do końca tego nie ogarniałam, było dziwnie z uwagi, że ten turniej był taki malutki, a kort centralny specyficzny. Ale na pewno to jedno z fajniejszych uczuć.

A jakie inne momenty w tym sezonie zapadły pani w pamięć?

– Jest dużo takich momentów, bo mieliśmy dużo świetnego czasu. Często te momenty, które były miłe, nie są w ogóle związane z turniejem. Choć nie tylko. Po Bronksie udzieliłam wywiadu, w którym nie został wspomniany Mark. Nikt nie przekazał, że jest on moim trenerem. Wszyscy mówili: Izo, Izo. No ale Mark jest ogromną częścią naszego teamu i robi dużo dobrego. Czułam się winna temu i wiem, że Markowi musiało być przykro. On tego nie okazywał, ale czułam się fatalnie, że osiągnęliśmy taki sukces razem, a on nie został wspomniany. Mówiłam „mój trener” i myślałam, że po półtora roku dziennikarze z WTA wiedzą, kto nim jest. Więc tak naprawdę z tym Bronksem mam dużo dobrych wspomnień, ale też poczucie winy. Poza tym mieliśmy super czas na Roland Garros, cały wyjazd na trawę, Manchester no i Wimbledon.

Na Wimbledonie osiągnęła pani najlepszy rezultat wielkoszlemowy – trzecią rundę. A w drugiej pokonała pani jedną z nadziei amerykańskiego tenisa, Amandę Anisimovą.

– Faktycznie zagrałam bardzo dobrze i cieszę się, bo na tak ważnym turnieju chce się grać jak najlepiej. W pierwszej rundzie pierwszego seta zagrałam bezbłędnie i sądzę, że był to najlepszy set, jaki zagrałam kiedykolwiek w Wielkim Szlemie. Byłam bardzo z tego zadowolona, aczkolwiek szkoda, że nie przeniosłam tego dalej na mecz z lepszą zawodniczką. Czułam wtedy niedosyt. Po meczu z Halep w Paryżu było inaczej, bo było tak blisko i miałam inne odczucia. Z Petrą Kvitovą nie poszedł mi ten mecz, ale mam nadzieję, że za rok uda mi się prezentować podobny poziom. Lubię grać na trawie, cały czas to mówiłam, a cały czas mi tam nie szło. Mój tenis jest dosyć plastyczny i wierzę, że mogę tam osiągać fajne wyniki.

To jakie są pani cele na kolejny sezon?

– Chcielibyśmy, żebym została na podobnym miejscu, ponieważ to będzie i tak bardzo trudne. Nie mogę już zejść do turniejów rangi ITF, jeśli jestem w Top 50. Więc będę grać w tych lepszych turniejach praktycznie non stop i to ja będę tą osobą, z którą dziewczyny mogą wygrać, ale nie muszą. Trochę role się teraz odwrócą i zobaczymy, jak sobie poradzę. To będzie ten cel – utrzymać ranking, grając w lepszych turniejach, grając z lepszymi zawodniczkami. Jeśli uda mi się być wyżej, to będzie rewelacja.

Jakie jest pani największe tenisowe marzenie?

– Zdecydowanie wygranie Wielkiego Szlema.

Którego najbardziej?

– Wimbledonu! Ze względu na prestiż. Chyba każdy słyszał kiedyś o Wimbledonie. Zwłaszcza w Polsce. Ta atmosfera, trawa, tak naprawdę wiele rzeczy dzieje się na Wimbledonie. Co do szans, to uważam, że jednak mam większe na Roland Garros. Jak byłam dzieckiem, to zawsze oglądałam transmisje z paryskiego szlema.

Tenis nie jest w Polsce najpopularniejszym sportem, ale i tak już budzi coraz większe zainteresowanie niż jeszcze kilka lat temu. Czy po sukcesie w Bronksie odczuła pani jakieś większe zainteresowanie swoją osobą?

– Pod tym względem prawie nic się nie zmieniło. Jak jestem w Polsce, ludzie mnie zupełnie nie rozpoznają. Wszyscy mi mówili, że po Bronksie było tutaj głośno o tym i tak dalej, ale tego nie odczułam. Mieliśmy trochę pecha z Hubertem Hurkaczem, że to się tak wszystko zbiegło. To był fantastyczny dzień dla polskiego tenisa, cieszę się z tego, ale – powiedzmy z takiej biznesowej strony – to było troszkę niefortunne. Nie przełożyło się to na większe zainteresowanie czy to sponsorów, czy kibiców. Byłam wtedy daleko od Polski, więc dlatego też nie mogłam tego odczuć.

No właśnie. W Polsce bywa pani rzadko. Dalej mieszka pani w Chorwacji?

– Przez to, że trenuję teraz głównie z Markiem, to często latam do Stanów Zjednoczonych. On mieszka w Miami, więc częściej jeżdżę tam niż to Splitu. Wcześniej jeździłam więcej do Chorwacji, bo lubiłam tam być, ale też ze względu na Izo i Matko, którzy chcieli być na miejscu. Mnie to pasowało, bo lubię Chorwację. Przygotowania robimy w Chinach, najprawdopodobniej przed igrzyskami olimpijskimi też tak będzie. Ale jeśli są turnieje w USA, to trenuję na Florydzie u Marka.

Czy igrzyska w Tokio będą ważnym punktem w kalendarzu w nadchodzącym sezonie?

– Zdecydowanie bardzo ważnym. Zrobimy wszystko, żebym była tam jak najlepiej przygotowana. Będzie to bardzo trudny turniej.

Ale w Azji, a pani się dobrze czuje na tym kontynencie.

– Tak, i bardzo lubię Tokio. Mam dobre wspomnienia, więc nie mogę się doczekać. Chciałabym już teraz wiedzieć, jak to będzie, ale wszystko w swoim czasie. Mam nadzieję, że akurat będę w dobrej formie i że uda się tam osiągnąć coś dobrego. Bardzo bym tego chciała.

Jest pani już przyzwyczajona do tego, że tak mało czasu spędza w Polsce, czy jednak nadal tęskni za domem?

– Tak naprawdę nie znam innego życia. Już jako 14-latka wyjeżdżałam bardzo często, więc dobrze się odnajduję wszędzie. Ciekawe, co będzie, gdy skończę karierę i nie będę aż tyle wyjeżdżała. Co ja wtedy ze sobą zrobię? Nie jestem osobą, która może gdzieś usiedzieć w miejscu; lubię coś robić, tworzyć, nawet kiedy mam wolne.

Czyli podróże zdecydowanie na tak?

– Jestem do tego po prostu przyzwyczajona. Nie do końca lubię podróżować tak, jak my podróżujemy. Bo to nie są wyjazdy na wycieczki. Już samo pakowanie jest uciążliwe: trzeba pomyśleć, żeby wziąć wszystkie rzeczy na mecze, na treningi, ale też na wyjścia, na „players party”. Do tego trzeba się zmieścić w limicie. Te torby żyją swoim życiem, cały czas rosną.

A podróże poza sezonem? Gdzie w tym roku ładowała pani baterie?

– Na Malediwach. Mam ten luksus, że kiedy już tego potrzebuję, to jadę na takie wypasione wakacje. To tak naprawdę jedyna rzecz poza zakupami, na którą mogę sobie pozwolić. Dużo rzeczy mnie omija, bo często mnie nie ma albo już muszę wyjeżdżać na turniej. Dlatego kiedy mogę, to chcę sobie zrobić taki prezent w postaci wakacji, żeby odpocząć, nagrodzić się za ciężką pracę i poświęcenie.

Czas zabierają także studnia. Kiedyś prawo, ale musiała pani je przerwać. Jaki kierunek teraz?

– Biznes i administracja. WTA współpracuje z uczelnią. Ta szkoła ma kursy całkowicie online i można zdać wszystkie przedmioty przez internet. Nie jest łatwo znaleźć tego typu szkołę. Jestem teraz na trzecim roku. W sumie są cztery, ale i tak robię je trochę dłużej. Nie jestem w stanie zaliczać tylu przedmiotów w semestrze, ile wynika z programu. Jednak na studiach w Stanach jest o tyle fajnie, że można sobie wybierać.

Gdy już jest czas na relaks poza kortem, to jaką jego formę pani wybiera?

– Mam bardzo mało takiego czasu. Często idziemy razem na kolacje, bez telefonów, żeby po prostu spędzić razem czas. Oglądam też filmy, seriale, najczęściej coś takiego, żeby się wyluzować i o niczym nie myśleć.

Jeśli nie byłaby pani tenisistką, to kim?

– Nie wiem. Naprawdę. Zaczęłam grać, gdy byłam małym dzieckiem. Pierwszą rakietę dostałam, mając trzy latka. Jako dziecko lubiłam występować, zawsze musiałam być pierwsza do wszystkiego. Wydaje mi się, że chciałabym gdzieś występować, nie wiem, czy byłoby to aktorstwo, czy śpiewanie. Jestem kreatywną osobą, która lubi coś robić, więc byłoby to coś twórczego.

Czy zakończenie kariery przez Agnieszkę Radwańską miało na panią jakiś wpływ? Wywarło presję, że to pani będzie teraz rakietą numer jeden w Polsce?

– Nie, zupełnie nie. To było bardziej na zasadzie, że będzie się widziało o jedną przyjazną twarz mniej w tourze.

Ten sezon był także przełomowy dla Igi Świątek. W pewnym momencie wymieniałyście się na fotelu polskiej liderki. Czy to wpływało na pani grę?

– Troszkę. Ale to zdrowa rywalizacja. Dobrze mieć taką osobę jak Iga, z którą mogę zawsze potrenować. Wiem, że jest blisko, i to jest naprawdę super. Myślę, że dla Igi też. Wydaje mi się, że kiedy wchodziła do touru, to chciała mieć taką przyjazną twarz i osobę chętną do trenowania. Jest to więc duża korzyść dla nas obu. Iga miała na pewno wpływ na to, że ja zaczęłam robić lepsze wyniki, może to przez treningi z nią, a może na zasadzie motywacji, że jeśli ona może, to ja też. Wierzę, że to miało wpływ w taki pozytywny sposób.

Jaką cechę ceni pani w sobie najbardziej, która jest zaletą również na korcie?

– Determinację. To jest cecha, która od zawsze ciągnęła mnie do osiągania sukcesów. Miałam wiele trudnych sytuacji, nie zawsze było łatwo. Popełniałam błędy, często dużo czasu zajmowało mi, zanim się czegoś nauczyłam, ale nigdy się nie poddawałam i cały czas walczyłam o swoje. I na korcie też mnie to cechuje. Denerwuję się, ale to dlatego, że bardzo chcę osiągnąć sukces. Miałam szczęście, że na swojej drodze spotykałam dobrych ludzi. Staram się wierzyć w to, że dobre charaktery przyciągają dobre charaktery.

Ta determinacja pozwala spełniać marzenia?

– Tak. Po pierwsze myślę, że taka determinacja jest złożona. Mamy wiele celów, wiele pomysłów na wszystko. To jest też świadomość tego, co mamy zrobić, i wydaje mi się, że trzeba myśleć długoterminowo. Sądzę, że to bardzo ważna część determinacji. To jest też cecha tego, żeby nie kończyć współpracy z trenerem za szybko, trzeba wierzyć w swoje wybory i ufać ludziom. Człowiek stara się zrobić wiele rzeczy, by osiągnąć cel, i to wpisuje się w determinację.

Jakie marzenie udało się pani ostatnio spełnić?

– Odpowiem trochę zagadkowo, ponieważ nie mogę zdradzić szczegółów. Rozpoczęłam pewien projekt, o którym myślałam dwa lata. Potrwa to pewnie jeszcze kolejne dwa, ale cieszę się, że w końcu udało się wystartować. W ostatnim czasie jestem bardzo szczęśliwą osobą, mam spokój finansowy, mogę sobie wszystko planować. Jestem zadowolona z tego, w jakim miejscu jestem i że mogę to pogodzić ze studiami. Czerpię radość z tego, co robię, czerpię radość z życia.