Szansa, której zaprzepaścić nie wolno
Madagaskar, Estonia i Białoruś przestraszyć Polski nie mogły. Słowenia, RPA – także nie powinny. Dopiero drużyny z czołówki daviscupowego rankingu mogą u biało-czerwonych wzbudzić niepokój. Ale z nimi powinniśmy spotkać się dopiero za rok, w bezpośrednim starciu o wejście do Grupy Światowej.
Gdy Białorusini odwiedzili przed kilkoma dniami nienawykłą do oglądania tenisa na niezłym poziomie Łódź (trzy dni rywalizacji ściągnęły do Hali Sportowej MOSiR zaledwie 4 tys. widzów), nikt się ich nie zląkł, choć monumentalnego Maksa Mirnyja wspierał mierzący 204 centymetry Aleksander Bury oraz świetny w czasach juniorskich Uładzimir Ignatik (jako nastolatek był lepszy od Janowicza, co przyznał sam Jerzyk). Lęku nie wzmógł nawet fakt, że nasi wystawili przeciw nim nienaostrzone dzidy; wszystkie stępione wczesnymi porażkami w niedawnym US Open. Nie sposób policzyć tych, którzy oczekiwali niewyczerpującego spacerku biało-czerwonych.
Jeśli jednak ktoś miał wątpliwości, na samym początku rozwiał je Kubot. Doświadczony polski singlista, który od ponad dekady wspiera reprezentację w międzynarodowych bojach, w ekspresowym tempie rozłożył Dymitrija Żyrmonta – jak się okazało, najsłabsze ogniwo białoruskiej ekipy. Dał dobry przykład Janowiczowi, który na korcie zjawił się chwilę później. W atmosferze charakterystycznego dla siebie podminowania i presji, jaką nałożyła na zawodnika rodzima publiczność, trudził się dłużej niż Kubot, lecz o mękach nie było mowy. Gładkie trzysetowe zwycięstwa utorowały drogę deblistom, którym pod górkę idzie od kwietnia, a nowojorska wpadka była jedynie potwierdzeniem wyraźnego obniżenia lotów. Ci też wygrali pewnie, choć z powodu jednej z kilku zapaści serwisowych Matkowskiego oddali rywalom trzecią partię.
Ledwo się weekend zaczął, a trzeba było z Łodzi wyjeżdżać. Janowicz i Kubot już od soboty żyli następnymi turniejami (młodszy z polskich singlistów walczy obecnie w Szczecinie, starszy przed chwilą wyrzucił z turnieju w Sankt Petersburgu faworyzowanego Denisa Istomina). W tym czasie Fyrstenberg z Matkowskim spierali się o to, kto zagra w singlu. Padło na Matkowskiego, który zwinął się z kortu najszybciej, jak się dało, sprawiając przy tym prezent obchodzącemu dwa dni wcześniej urodziny Buremu – Białorusin odniósł dopiero drugą singlową wygraną w historii swoich występów w Pucharze Davisa. Na konferencji pomeczowej Polak przyznał, że nikt się nie kwapił do zagrania singlowego meczu i nie ukrywał, że myślami wybiega do następnych turniejów, które, na co liczy, doprowadzą jego i Fyrstenberga do udziału w londyńskim Mastersie. W efekcie na najbardziej zaangażowanego tenisistę weekendu wyszedł Mirnyj; w sobotę umiejętnie komenderował Burym i grał tak, jakby u jego boku stał Daniel Nestor, a po przeciwnej stronie siatki bracia Bryanowie, w niedzielę zaś został w biurze prasowym najdłużej, do ostatniej chwili pozwalając dziennikarzom nacieszyć się swoją osobą. W trosce o dobre imię Białorusi na cały weekend odrzucił prywatne rozterki: zmianę deblowego partnera (od przyszłego sezonu będzie walczył o trofea z Horią Tecau), nasilające się problemy z łokciem, nadciągającą finalną część roku.
Nastawienie i dyspozycja, jaką Polacy zaprezentowali w Łodzi, nie mogłyby napawać optymizmem, gdyby nie fakt, że biało-czerwoni działali z premedytacją. Zrobili tyle, ile potrzebowali, żeby wywalczyć awans i spełnić minimalne wymagania kibiców, jednocześnie nie narażając się na zmęczenie lub urazy, które zwłaszcza pod koniec roku lubią torpedować plany tenisistów. Jeśliby w ten sam sposób zaprezentowali się ze Słoweńcami, z którymi będą się okładać już za niecałe pięć miesięcy, mogłoby to nie wystarczyć. Na szczęście nikt Kubota i spółki nie podejrzewa o to, że rywali z Grupy I Strefy Euro-Afrykańskiej potraktują równie nonszalancko.
Słoweńcy nastraszyliby biało-czerwonych tylko wtedy, gdyby w liczącym nieco ponad 2 mln mieszkańców państwie nastąpiła nieoczekiwana eksplozja talentów, taka jak kilka lat temu w Serbii czy Chorwacji. Jeżeli takowa nie nastąpi, drużynę z Bałkanów reprezentować będą zawodnicy w najlepszym wypadku średni: Grega Zemlja jest 69. na świecie, ale trudno przypuszczać, by talent pozwolił mu wspiąć się wyżej; 23-letni Aljaz Bedene znajduje się w rankingu o pozycję wyżej od Janowicza, lecz nigdy nie przebrnął wielkoszlemowych kwalifikacji; Blaz Kavcić od kilku sezonów snuje się na granicy pierwszej i drugiej setki, ale marne są szanse, żeby kiedyś zawędrował znacznie wyżej. To nie są rywale, na widok których Kubot (ostatnimi czasy nieco pobladł, ale stać go na to, by regularnie docierać do trzecich i czwartych rund imprez wielkoszlemowych) i Janowicz (niektórzy twierdzą, że w niedalekiej przyszłości powinien zagościć w czołowej dwudziestce rankingu ATP Tour) powinni w pośpiechu zakładać przyłbice. Deblistami zawodnicy z Bałkanów także nie straszą.
W tym roku w Pucharze Davisa zdołali gładko ograć słabiutką Danię, a potem zebrali srogie cięgi od zawodników z RPA. Gwiazdą meczu był Izak Van der Merwe – aktualnie 191. rakieta globu – który jeszcze nigdy nie zajrzał do czołowej setki rankingu. Meczu, rzecz jasna, nie wygrał sam, wsparli go 471. na świecie Ruan Roelofse i 573. Raven Klaasen, obaj niżej notowani od najsłabszego w białoruskim gronie Żyrmonta. Z reprezentowania kraju wywinął się Kevin Anderson – 35. zawodnik zestawienia ATP Tour, który do dziś przeżywa serię porażek na amerykańskiej ziemi. W najbliższej edycji PD gracze RPA zagrają ze zwycięzcami meczu pomiędzy Polską a Słowenią. Jeżeli dobrze dysponowany Anderson nie zasili ich szeregów, w ewentualnym starciu z Polakami będą uchodzić za zdecydowanych outsiderów.
W tej sytuacji nie pozostaje Polakom nic innego, jak wkroczyć do rozgrywek I Grupy Strefy Euro-Afrykańskiej z przytupem, rozbijając przeciwników o niższej klasie sportowej i niestrudzenie mknąc w kierunku Grupy Światowej. Wyzwaniem dla biało-czerwonych powinien być dopiero pojedynek o wejście do elity, w którym zmierzą się z nacjami pokroju Kanady, Włoch, Belgii, Brazylii, Izraela, Niemiec, Austrii, Kazachstanu lub Szwajcarii. Czasy, w których toczyliśmy zacięte boje z europejskimi średniakami, minęły. Nadarzającej się okazji zmarnować nie wolno. Zbyt długo czekaliśmy na ożywienie, by teraz nie mierzyć wysoko.
Krzysztof Domaradzki


