Teraz ragazzi

Maria Kuźniar , foto: AFP / East News

Jeszcze do niedawna włoski tenis miał twarz kobiety. Największe sukcesy odnosiły Flavia Pennetta, Francesca Schiawone czy Sara Errani. Teraz w czołowej setce są tylko trzy panie z Italii, za to w przypadku panów – dziesięciu. W drugim tygodniu tegorocznego Roland Garros grało aż trzech. To pierwszy taki przypadek w historii, a wiele wskazuje, że nie ostatni.

 

Tekst ze 126. numeru magazynu Tenisklub. Można go nabyć w salonach prasowych

 

Kilka lat temu Włosi kompletnie nie liczyli się na zawodowych kortach. Sukcesy odnosili w turniejach najniższej rangi, czasem tylko zdarzył się pojedynczy wyskok w postaci lepszego rezultatu w większej imprezie. Był to jednak zazwyczaj wyjątek potwierdzający regułę – włoski tenis miał raczej kobiecą niż męską twarz.

O paniach było zdecydowanie głośniej. I nic w tym dziwnego, ponierważ w czołówce można było znaleźć Flavię Pennettę, Sarę Errani, Francescę Schiavone, Robertę Vinci… 11 lat temu Schiavone wygrała Roland Garros, rok później doszła do finału. Świetnie na paryskiej mączce spisywała się również Errani (finał singla w 2012). Z kolei Vinci dość niespodziewanie, wręcz sensacyjnie doszła do finału US Open w 2015 roku, po drodze pokonując, zresztą w dość dramatycznych okolicznościach, Serenę Williams. Tytułu zdobyć się nie udało, bo na drodze stanęła jej Pennetta. Do tego można jeszcze długo wymieniać wielkoszlemowe sukcesy Włoszek w deblu. Nie wolno zapominać także o osiągnięciach drużynowych. W latach 2006–2013 Italia aż cztery razy zdobyła Puchar Federacji.

Dziś kobiecy włoski tenis jest raczej w odwrocie. W czołowej setce są zaledwie trzy panie, i to raczej na dalszych pozycjach. Najlepsza, Camila Giorgi, plasuje się ok. 60. miejsca i na razie nic nie wskazuje na to, że szybko pójdzie w ślady starszych i bardziej utytułowanych koleżanek. Martina Trevisan, która w pamiętnym dla nas Roland Garros 2020 doszła do ćwierćfinału, w którym zatrzymała ją Iga Świątek, w tym roku o takich wynikach może tylko pomarzyć. Na razie sukcesem jest miejsce pod koniec pierwszej setki rankingu.

Nastolatek w czwartej rundzie

W ciągu zaledwie kilku lat sytuacja diametralnie się zmieniła. Obecnie (ranking z 14 czerwca, pierwszy po Roland Garros) w czołowej setce znajduje się aż 10 tenisistów z Włoch: 9. Matteo Berrettini, 23. Jannik Sinner, 26. Lorenzo Sonego, 29. Fabio Fognini, 61. Lorenzo Musetti, 82. Gianluca Mager, 86. Marco Cecchinato, 88. Stefano Travaglia, 91. Andreas Seppi i 97. Salvatore Caruso. Można więc powiedzieć, że Włochy stały się tenisową potęgą, przynajmniej w ATP.

Coraz więcej ekspertów przekonuje, że to tylko kwestia czasu, kiedy Sinner czy Musetti awansują do ścisłej czołówki albo wygrają imprezę wielkoszlemową. Czy tak będzie – trudno powiedzieć. Wystarczy przecież przypomnieć, że zdaniem równie wielu fachowców, często nawet tych samych, od kilku lat w męskim tenisie mieli rządzić Dominic Thiem, Alexander Zverev czy Stefanos Tsitsipas. Austriak ma nawet na koncie triumf w US Open, jednak cena, jaką zapłacił za ten sukces, sprawiła, że w tym sezonie jest raczej cieniem samego siebie.

Niemiec i Grek osiągnęli po jednym wielkoszlemowym finale i na dobre zagościli w czołowej dziesiątce, wciąż jednak mogą jedynie pomarzyć o osiągnięciach na miarę Novaka Dźokovicia, Rafaela Nadala i, do niedawna, Rogera Federera. Lider rankingu niedawno zresztą dowcipnie podsumował obecną sytuację w męskim tenisie: „To ja, Rafa i Roger jesteśmy Next Gen”).

Młodzi Włosi mają szansę to zmienić. Tak też zresztą pokazywały wyniki, jakie osiągali w juniorskich rozgrywkach. Już teraz, w wieku 19 lat, robią furorę w seniorskim tenisie. Jannik Sinner i Lorenzo Musetti niedawno awansowali do czwartej rundy Roland Garros.

O ile po Sinnerze można było się tego spodziewać, to Musetti był absolutnym zaskoczeniem – jest pierwszym zawodnikiem urodzonym w 2002 roku (Sinner w 2001), który wygrał mecz podczas Wielkiego Szlema. Więcej: jest dopiero szóstym tenisistą od 2000 roku, który doszedł w debiucie wielkoszlemowym do najlepszej szesnastki zawodów, a na dodatek był zaledwie o partię od awansu do ćwierćfinału. W meczu czwartej rundy prowadził z Dźokoviciem 2-0 w setach i prezentował absolutnie kosmiczny tenis. Wystarczyło zajrzeć w trakcie spotkania na Twittera. Wszyscy tenisowi eksperci zgodnie zachwycali się występem Musettiego, niektórzy komentowali, że tak może grać tylko lider rankingu. Obecny lub przyszły.

Ojcowie w dwuszeregu

Choć faktycznie o tych dwóch zawodnikach jest ostatnio bardzo głośno, nie tylko oni mocno zaznaczają swoją obecność w ATP. Sygnał do ataku dał już Marco Cecchinato, który trzy lata temu doszedł do półfinału Roland Garros. Rok później Fabio Fognini wygrał imprezę rangi Masters. Choć przylgnęła do niego opinia tenisisty nieobliczalnego, to częściej to określenie pada raczej w pozytywnym kontekście. W 2019 roku rozbłysła też gwiazda Matteo Berrettiniego, który doszedł do półfinału US Open, a niedawno wygrał pierwszy w karierze turniej na trawie.

Cały świat jest pod wrażeniem włoskiej siły, ale dużo wskazuje na to, że wkrótce do szerokiej czołówki dołączą kolejni gracze z Italii. Giulio Zeppieri, Luca Nardi i Flavio Cobolli notują ostatnio całkiem niezłe rezultaty, a żaden z nich nie ma jeszcze 20 lat. Czy dorównają niewiele starszym Sinnerowi i Musettiemu, trudno jeszcze przesądzać. Łatwo jednak zauważyć, że włoskich nazwisk na liście tenisisistów, którzy mogą stanowić o przyszłości tego sportu, jest bez liku. Takiego bogactwa mogą zazdrościć nie tylko Polacy. Także znacznie bogatsze kraje patrzą na Włochy z rosnącym podziwem.

Pytanie, skąd wziął się taki sukces, pozostaje raczej bez odpowiedzi. Jak zawsze sukces ma wielu ojców. Może być tak, jak oceniają włoscy dziennikarze, że to trochę efekt domina. Sukces jednego przekłada się na dobre wyniki kolejnych zawodników, którzy widzą, że sukcesy nie są zarezerwowane wyłącznie dla innych. Pomoc przyszła też od federacji. W ostatnich latach Włochy zaczęły organizować znacznie więcej turniejów na najniższym poziomie. To ułatwiło Sinnerowi, Musettiemu i wielu innym dostęp do challengerów i turniejów ATP. Z drugiej jednak strony można mnożyć przykłady krajów, które mają równie bogaty kalendarz turniejów na każdym poziomie. To choćby Stany Zjednoczone, od wielu, wielu lat czekające na następców choćby Andy’ego Roddicka, a o największych mistrzach nawet nie wspominając.

Różne odcienie błękitu

Sami zawodnicy mówią, że sukcesy to zasługa trenerów. Seppi sugeruje, że większa liczba dobrych tenisistów to wynik pracy szkoleniowców, którzy są znacznie bardziej doświadczeni niż wtedy, gdy on był na początku kariery. Włoski weteran stwierdził nawet, że jego trener, Massimo Sartori, zasadniczo uczył się fachu razem z nim. Tę tezę może potwierdzać Riccardo Piatti, obecny trener Sinnera. Wcześniej pracował z Novakiem Dźokoviciem, Richardem Gasquetem czy Milosem Raoniciem, ale bez spektakularnych efektów. Z drugiej jednak strony Musetti od dzieciństwa trenuje z Simone Tartarinim, który wcześniej prowadził jedynie włoskich juniorów.

Włochów różni nie tylko droga do sukcesu, ale i styl gry. Fognini bazuje na kontrataku,  miesza uderzenia, rotację i siłę, czeka na pierwszy moment, kiedy może zaatakować. Sinner gra cierpliwie, z głębi kortu, dobrze rozrzuca przeciwników. Berrettini słynie ze świetnego serwisu i skutecznego bekhendu. Musetti szybko się porusza, ma przy tym piękny jednoręczny bekhend, który siał spustoszenie podczas tegorocznego Roland Garros. Wiele razy wygrywa właśnie w ten sposób punkt, który wydawał się całkowicie stracony. Mesettiego chwalił zresztą już w tym roku Stefanos Tsitsipas, doradził jedynie poprawę serwisu.

Każdy z młodych Włochów nie tylko pracuje z innym trenerem i gra trochę inny tenis, ale też pochodzi z innego regionu kraju. Sinner urodził się w Południowym Tyrolu, przy granicy z Austrią, Musetti jest z Carrary, Berrettini z Rzymu, a Sonego z Turynu. Podczas gdy Musetti i Sonego są bardzo ekspresyjni, Berrettini sprawia wrażenie łagodnego (zwłaszcza przy tej posturze), Sinner z kolei niemal nie okazuje emocji. Chętnie też korzystają z innowacyjnych rozwiązań – Berrettini, Sonego i Sinner pracują z analitykami i oceniają każde spotkanie. Sztuczna inteligencja potrafi zaś już wiele, pomaga nawet przygotować się do spotkania z konkretnym zawodnikiem.

Różni ich wiele, łączą zaś sukcesy.

Włoscy muszkieterzy

Sukcesów mogłoby nie być, gdyby nie starania włoskiej federacji. Nie tylko powstały mniejsze turnieje dla tych, którzy na zawodowych kortach stawiają dopiero pierwsze kroki. To dzięki związkowi wielkim prestiżem cieszy się turniej w Rzymie, który jeszcze pod koniec XX wieku wydawał się mało znaczący i nie przyciągał najlepszych. W Mediolanie nie tak dawno odbył się turniej Next Gen ATP, Turyn w tym roku zorganizuje turniej mistrzów i finał Pucharu Davisa. Trudno się dziwić, że idą za tym sukcesy zawodników.

Federacja postawiła też na szkolenie młodzieży. Aspirujący zawodnicy mogą doskonalić grę i współpracować z doświadczonymi trenerami w związkowym centrum treningowym.

Dotychczas Włosi największe sukcesy odnosili na ziemi. Wydaje się, że np. styl gry Fogniniego najbardziej pasuje właśnie na mączkę. Równie dobrze zawodnicy z Italii czują się jednak na szybszych nawierzchniach, przede wszystkim hardzie. Okazuje się, że także na trawie mogą osiągać spore sukcesy, choć oczywiście nie każdego styl gry do niej pasuje, a duże znaczenie ma też wiek i doświadczenie.

Choć to akurat może nie mieć bezpośredniego przełożenia na wyniki, to trudno nie wspomnieć o dobrych kontaktach między zawodnikami. Podczas spotkań nie uznają sentymentów, ale poza kortem wzajemnie się wspierają i pomagają. Fognini podpowiada np. taktykę na poszczególnych rywali, dzieli się doświadczeniem, doradza. Może nie decyduje to o sukcesach, ale wpływa na dobrą atmosferę, a to w tenisie ma niebagatelne znaczenie. Bo gdy jeden przegra, a wygra inny, cieszą się całe Włochy.

 

Maria Kuźniar