Tie-break Tenisklubu #14. Wimbledoński PolExit, Chwalińska z tytułem we Francji

Artur Kobryn , foto: AFP/grafika:Canva

Jako że w pierwszym tygodniu Wimbledonu pożegnaliśmy niemal wszystkich naszych seniorskich reprezentantów, nie będzie to z pewnością najradośniejsza odsłona naszego cyklu. Na szczęście jednak Maja Chwalińska zadbała o to, byśmy mieli też jakieś powody do uśmiechu. Ponadto, przyjrzymy się również kilku historiom z londyńskich trawników.

Iga Świątek bez przełomu na trawie

Wiemy już, że także i po tegorocznej edycji Wimbledonu relacji raszynianki z nawierzchnią trawiastą nie przerodzi się w wielką przyjaźń. Mimo całkiem obiecującego początku, Polka nie sprostała znakomicie dysponowanej Julii Putincewej i zakończyła swój udział w imprezie na trzeciej rundzie. Raz jeszcze zatem przekonaliśmy się, że na tym podłożu Świątek jest łatwiejszym celem dla rywalek, a jej repertuar zagrań nie zawsze okazuje się wystarczający. Przy tym wszystkim musimy jednak pamiętać, że Iga przybyła do Londynu bez turniejowego przetarcia i jak sama przyznała, nie zregenerowała się odpowiednio po intensywnym sezonie gry na kortach ziemnych. I kiedy jak kiedy, ale w roku olimpijskim możemy z nieco mniejszym żalem przyjąć jej wczesne pożegnanie z obiektem przy Church Road. Miejmy nadzieję, że czas, który teraz otrzyma na odpoczynek przywróci jej siły, które sprawią, że także druga tegoroczna wizyta w Paryżu skończy się powodzeniem.

Podwójne nieszczęście Huberta Hurkacza

Specyfika nawierzchni i stylu gry powodowały, że w przypadku Huberta Hurkacza niektórzy kibice przed Wimbledonem mogli mieć w stosunku do niego oczekiwania co najmniej porównywalne do tych związanych ze Świątek. Rzeczywistość jednak raz jeszcze okazała się brutalna, a nawet realnie bolesna. Wrocławianin długo zawodził w meczu z Arthurem Filsem, ale miał szansę na odwrócenie losów rywalizacji z Francuzem. Zły wybór taktyczny, a potem ofiarne rzucenie się do piłki w tie-breaku czwartego seta, sprawiły, że Polak nawet nie dokończył spotkania drugiej rundy. Faktem jeszcze gorszym od samego pożegnania z turniejem było to, że schodził z kortu z obandażowanym kolanem i jest wielką niewiadomą kiedy ponownie zobaczymy go na korcie. Dłuższa pauza byłaby obecnie wyjątkowo przykrym doświadczeniem z uwagi na wspomniane już Igrzyska Olimpijskie. Hurkacz ma w planach wystąpić w Paryżu we wszystkich trzech konkurencjach i jego ewentualna absencja byłaby ogromnym ciosem dla polskiej ekipy.

Skromny polski dorobek

Także i nasi pozostali reprezentanci nie przysporzyli nam radości swoimi występami w Wimbledonie. Nasze dwie pozostałe singlistki – Magda Linette oraz Magdalena Fręch – zakończyły udział w turnieju na pierwszej rundzie. Na ich usprawiedliwienie trzeba jednak dodać, że za oponentki miały naprawdę klasowe zawodniczki. Linette, po trzysetowej walce, uległa ubiegłorocznej półfinalistce, Elinie Switolinie. Warto też zauważyć, iż poznanianka była tenisistką, która postawiła zdecydowanie największy opór spośród jej przeciwniczek w pierwszych czterech rundach. Fręch z kolei musiała uznać wyższość Beatrize Haddad-Mai. Obie panie rywalizowały także w deblu, lecz tylko Linette – w parze z Peyton Stearns – była w stanie wygrać jeden mecz. Wśród panów Jan Zieliński i Hugo Nys w pierwszej rundzie pożegnali się z grą podwójną, lecz Polak ciągle pozostaje w grze o drugi wielkoszlemowy tytuł w grze mieszanej z Su-Wei Hsieh.

Maja Chwalińska na szóstkę

Czas w końcu na dawkę pozytywnych wieści. W cieniu wimbledońskiej walki, na niższych szczeblach rozgrywek, toczyła się m.in. rywalizacji w imprezie ITF w Montpellier z pulą nagród 60 tys. dolarów. Znakomicie spisała się w niej Maja Chwalińska, która pokonała wszystkie napotkane rywalki. Polka jedynego seta w turnieju straciła na początku spotkania pierwszej rundy z Andreeą Mitu. Potem była już bezkonkurencyjna i sięgnęła swój po pierwszy tytuł po ponad dwuletniej przerwie. W całym jej dorobku to już szóste takie trofeum. Wygrana na południu Francji pozwoli jej na znaczny awans w światowym rankingu, co powinno też przełożyć się na uzyskanie przepustki do wyjazdu do Nowego Jorku na kwalifikacje US Open.

Dramaty gwiazd

Już dwa pierwsze dni Wimbledonu przyniósł ważne wydarzenia w turnieju pań. Najpierw ze startu zrezygnowała światowa „trójka”, Aryna Sabalenka. Białorusinka nie zdołała na czas wyleczyć urazu ramienia, przez który poddała mecz w Berlinie i tym samym straciła szansę na walkę o swój pierwszy triumf w Londynie. Dzień później zaś z imprezą pożegnała się obrończyni tytułu, Marketa Vondrousova. Czeszka również borykała się z problemami zdrowotnymi przed rozpoczęciem zawodów i choć była gotowa do gry, to poniosła wyraźną porażkę. Jej pogromczynią okazała się szerzej nieznana Hiszpanka, Jessica Bouzas Maneiro. Była to dopiero druga porażka w meczu inauguracyjnym aktualnej mistrzyni turnieju w erze Open. Wcześniej taka sytuacja miała miejsce dokładnie przed 30 laty, kiedy to Steffi Graf przegrała z Lori McNeil.

Ostatni raz Andy’ego Murraya

Tegoroczny Wimbledon był tym pożegnalnym dla Andy’ego Murraya. I na nieszczęście Szkota, miał on zdecydowanie bardziej gorzki smak. Dwukrotny mistrz tej imprezy nie zdążył dojść w pełni do siebie po operacji pleców i wycofał się z gry w zmaganiach singlowych. Był za to w stanie wyjść na kort wraz z bratem Jamiem w turnieju deblowym, lecz panowie zostali pokonani już w premierowym starciu. Murray miał wystąpić jeszcze w grze mieszanej z Emmą Raducanu, lecz Angielka niemal w ostatniej chwili zrezygnowała z występu, tłumacząc to koniecznością oszczędzania nadgarstka przed swoim meczem singla. Na pocieszenie zostaje mu więc spoglądanie w swoją gablotę z trofeami oraz wspomnienia z pięknej ceremonii pożegnalnej, na której pojawili się m.in. Iga Świątek, Novak Dżoković, Martina Navratilova czy John McEnroe.

Wimbledon jakiego jeszcze nie było

Już kilka pierwszych dni wimbledońskiego turnieju panów sprawiło, że zapisał się on na kartach historii. Rywalizacja od samego początku obfitowała w zacięte, pięciosetowe pojedynki. W ciągu ośmiu dni zmagań odbyły się aż 35 takich „maratonów” tenisowych. I jedenaście z nich zakończyło się wygraną zawodników, którzy przegrywali dwa pierwsze sety. Niektóre z meczów, jak chociażby to pomiędzy Lloydem Harrisem, a Alexem Michelsenem, miało też wyjątkowo spektakularny finał. To rekordowy wynik w historii tej imprezy w erze Open. I to wcale nie musi być koniec, wszak przed nami jeszcze druga część turnieju.