Tie-break Tenisklubu #36. Eliminacyjne boje Polaków, historyczne osiągnięcie Monfilsa
Po wyboistej, lecz pomyślnie przebrniętej drodze, Kamil Majchrzak oraz Maja Chwalińska awansowali do turnieju głównego tegorocznej edycji Australian Open. W przededniu rozpoczęcia imprezy na kortach w Melbourne toczyła się również walka o kolejne trofea w rozgrywkach ATP oraz WTA.
Długa droga Majchrzaka
Niemal dokładnie rok temu Kamil Majchrzak, podczas zmagań ITF w Monastyrze, zaczynał swój powrót do rozgrywek po przymusowej pauzie za naruszenie zasad antydopingowych. Przez kolejne 12 miesięcy Polak wrócił do miejsca, gdzie już kiedyś był. Bliski gry w turnieju wielkoszlemowym był już w Nowym Jorku, lecz tam odpadł w ostatniej rundzie eliminacji. W Melbourne zrobił kolejny krok.
Niewiele jednak brakowało, by te marzenia trzeba było odłożyć ponownie na później. Już w swoim pierwszym meczu znajdował się bowiem o krok od porażki z Marco Trungellitim. W starciu z Argentyńczykiem bronił dwóch piłek meczowych. W kolejnej rundzie nie był już w tak wielkich tarapatach, lecz ponownie musiał odwracać losy pojedynku z Zacharym Svajdą po tym jak przegrał pierwszego seta. Paradoksalnie, najłatwiej przyszło mu zwycięstwo w trzeciej rundzie z Billym Harrisem, z którym nie przegrał nawet seta. Tym samym znalazł się w głównej drabince w Wielkim Szlemie po raz pierwszy od występu w US Open 2022.
Debiut Chwalińskiej
Także i w turnieju kwalifikacyjnym pań przeżyliśmy mnóstwo emocji. Wszystko za sprawą Mai Chwalińskiej, która podobnie jak Majchrzak, najtrudniejszą przeprawę miała na samym początku. W spotkaniu z Dominiką Salkovą przegrywała już ze stratą przełamania w decydującej odsłonie, a w super tie-breaku rywalka miała po swojej stronie piłkę meczową. Polka wyszła jednak z tych opresji i po ponad trzech godzinach walki odniosła zwycięstwo. Następnie w trzech setach pokonała Marie Benoit, a na ostatnim szczeblu wyeliminowała Brendę Fruhvirtovą. Dzięki temu za trzecim podejściem mogła w końcu zasmakować debiutu w głównej fazie zawodów na kortach Melbourne Park.
Pierwszy polski tytuł
Godny odnotowania jest także jeden z rezultatów na niższym poziomie rozgrywek. Swój pierwszy tytuł w 2025 roku zdobył Olaf Pieczkowski. 20-letni Polak skutecznie rywalizował podczas halowej imprezy ITF w Oslo. Jego największą przeszkodą na norweskich kortach był w drugiej rundzie Niemiec, Lewi Lane, który zmusił go do rozegrania niemal maksymalnej liczby gemów. Później było już nieco łatwiej, również ze względu na walkowera otrzymanego w półfinale od Filipa Pieczonki. W ostatnim meczu imprezy Pieczkowski uporał się z dwa lata starszym Tomem Parisem i w efekcie świętował swój drugi tytuł w karierze. Jednocześnie był to jego debiutancki skalp poza granicami naszego kraju.
Stary, ale jary
Obserwowanie zmagań panów w Auckland po raz kolejny mogło przypomnieć nam za to o powiedzeniu, że wiek to tylko liczba. Wszystko za sprawą osoby triumfatora – Gaela Monfilsa. 38-latek z Paryża odnosząc zwycięstwo został najstarszym mistrzem turnieju ATP od 1977 roku. Wyjątkowość tej historii wzmacnia jeszcze fakt, że Francuz już w inauguracyjnym meczu znalazł się na skraju wylotu z całej imprezy. W swoim pierwszym meczu przegrywał już bowiem z Pedro Martinezem 1:6, 2:5. Stratę tę jednak odrobił i jak się później okazało, uczyniło go to silniejszym w dalszej fazie zawodów.
W pozostałych czterech pojedynkach nie stracił już ani jednego seta, mając „na rozkładzie” czasem dużo młodszych od siebie przeciwników, jak chociażby 19-letniego Nishesha Basavereddy’ego. Wygrana ta podreperowała nieco bilans finałowych meczów Monfilsa, dla którego był to 13. tytuł w 35. takiej potyczce. Niewykluczone, że ostatni, choć my mamy nadzieję, że ta klamra otwarta w 2005 roku w Sopocie zostanie spięta jeszcze jakimś zwycięstwem.
https://twitter.com/atptour/status/1877938437191504370
Auger-Aliassime wraca na dobre tory
W Adelajdzie mogliśmy z kolei podziwiać triumf zawodnika z zupełnie innego tenisowego pokolenia. Zwyżkę formy zademonstrował tam bowiem Felix Auger-Aliassime, który od triumfu w Bazylei w 2023 roku, nie zasmakował tego rodzaju sukcesu. Kanadyjczyk również zaliczył słaby start, przegrywając pierwszego seta w turnieju z Arthurem Cazaux 1:6, lecz potem prezentował się już zdecydowanie lepiej. Od ćwierćfinału stał się prawdziwym przekleństwem Amerykanów. Wygrał z całą ich „koalicją” złożoną kolejno z Marcosa Girona, Tommy’ego Paula oraz Sebastiana Kordy. Zapisał tym samym szósty tytuł w karierze i pokazał sobie oraz kibicom, że może poważniej myśleć o powrocie do szerokiej czołówki rozgrywek, w której już się kiedyś znajdował.
Powtórka Keys
To co nie udało się Kordzie, była w stanie uczynić za to Madison Keys. Amerykanki w Adelajdzie spisywały się bowiem wybornie i w całości obsadziły skład meczu finałowego. Obok 29-latki z Rock Island znalazła się w nim też „jedynka” całych zawodów, Jessica Pegula, która do ostatniego meczu turnieju dostała się bez straty seta. Ich pojedynek można było uznać za o tyle wyjątkowy, że nieco ponad miesiąc wcześniej Pegula gościła na ślubie Keys z byłym tenisistą, Bjornem Fratangelo. Jak widać wejście w związek małżeński pozytywnie przełożyło się też na jej dyspozycję na korcie i nowy sezon zaczęła od zdobycia dziewiątego tytułu w karierze.
https://twitter.com/WTA/status/1877995763172614646
Amerykańska dominacja
Również w Hobart Amerykanie udowodnili, że znakomicie dobrze czują się na kontynencie australijskim. Do wspomnianej właśnie Keys i całej reprezentacji Stanów Zjednoczonych w United Cup, w gronie tegorocznych triumfatorów znalazła się też McCartney Kessler. 25-latka Calhoun w ubiegłym roku zaszokowała wszystkich zwyciężając w Cleveland i ta wygrana już tak wielką sensacją nie była. Ciągle możemy jednak mówić o pewnej niespodziance. Amerykanka swoja dyspozycją pokazała jednak, że była najlepszą zawodniczką całego tygodnia rywalizacji. W ćwierćfinale pokonała w dwóch setach numer jeden, Dajanę Jastremską, zaś w spotkaniu o tytuł okazała się lepsza od „dwójki”, Elise Mertens. Nagrodą, oprócz trofeum, był debiut w Top 50 rankingu WTA.


