To dopiero początek

Krzysztof Domaradzki , foto: AFP

Krzysztof Domaradzki

Debata na temat szans na wielkoszlemowy triumf Agnieszki Radwańskiej rozgorzała niedawno na nowo. Po turnieju w Melbourne jesteśmy jednak mądrzejsi tylko o to, że na pewno nie sięgnie po najcenniejsze trofeum wcześniej niż w czerwcu.

Właśnie sobie uświadomiłem, iż niebawem minie siedem lat, odkąd w masowej świadomości Polaków zagościło przekonanie, że filigranowa nastolatka z Krakowa może w niedalekiej przyszłości sięgnąć po wielkoszlemowy triumf. Stało się to w 2006 roku podczas Wimbledonu, dwanaście miesięcy po tym jak Agnieszka Radwańska wygrała w Londynie imprezę juniorek. 17-letnia Polka debiutowała wówczas w Wielkim Szlemie dla dorosłych – od razu w turnieju z największymi tradycjami, otoczonym przez tenisowe środowisko kultem. I to jak debiutowała! Polacy, którzy przed siedmioma laty każdy, nawet najbardziej nieudolny występ gracza znad Wisły w Wimbledonie przyjmowali z wywieszonymi jęzorami, nie mogli wyjść z podziwu, gdy nastoletnia Radwańska bez straty seta rozbrajała Wiktorię Azarenkę (tak, tę Azarenkę, która przed chwilą po raz drugi wygrała Australian Open), Cwetanę Pironkową i Tamarine Tanasugarn. Dopiero Kim Clijsters, wówczas druga rakieta świata, zatrzymała dziewczynę pochodzącą z kraju, który na tenisowej mapie świata przez lata tkwił bezbłędnie zakamuflowany.

""
Ta speszona dziewczyna o zarumienionych licach dziś jest jedną z najtwardszych wojowniczek w cyklu. (źródło: AFP)
 

Od tego czasu obecność Radwańskiej w światowej czołówce lub, w rzadkich chwilach niemocy, na jej bezpośrednim zapleczu bezspornie spowszedniała. A razem z nią spowszedniały liczne wizyty krakowianki w wielkoszlemowych ćwierćfinałach. Gdy zagościła na tym etapie zmagań po raz pierwszy – w 2008 roku podczas Australian Open – tak poważnie struchlała wobec szansy, jaka przed nią wyrosła, że pojedynek z nienadzwyczajną, choć znajdującą się wówczas u szczytu formy Danielą Hantuchovą oddała niemal bez walki. Dwa następne ćwierćfinały rozegrała w Wimbledonie w latach 2008-2009. Pierwszy z Sereną, a drugi z Venus Williams. Najpierw przegrała z późniejszą finalistką, potem z obrończynią tytułu (i późniejszą finalistką). Amerykanki krakowiankę rozniosły, podobnie jak roznosiły wówczas większość zawodniczek. Z tymi końmi na trawie nie warto było się kopać. Do dziś lepiej się na to nie porywać (siostry Williams wygrały 10 z 13 ostatnich Wimbledonów).
 

Po raz pierwszy realną walkę o półfinał podjęła na początku 2011 roku, choć i wtedy maszyna losująca sprawiła jej przed turniejem prezent wątpliwej jakości – do jej ćwiartki turniejowej drabinki wetknął Clijsters, która parę miesięcy wcześniej trzeci raz w życiu wygrała US Open. Belgijka nigdy nie była równie silna; uderzała z niezwykłą regularnością, świetnie się poruszała i raz po raz odpalała kąśliwe krosy, niedostępne dla żadnej z oponentek. W pierwszym secie Radwańską stłamsiła i bliska była ponowienia tego w partii następnej. Krakowianka jednak wygrzebała się z najcięższych tarapatów, wygrała trzy gemy z rzędu i tylko dwie piłki dzieliły ją od wyrównania. „Supermama” uratowała się rzutem na taśmę i genialną końcówką seta. Parę dni później wygrała Australian Open.

""
Clijsters ślizganie się na betonowych kortach wniosła na ekstremalny poziom. (źródło: AFP)
 

Scenariusz, w którym Radwańska przegrywa w ćwierćfinale z późniejszą mistrzynią, powtórzył się w poprzednim sezonie (poległa z Azarenką) i niewiele brakowało, żeby powtórzył się również w tegorocznej edycji zmagań w Melbourne. Na Li wyglądała w sobotnim finale lepiej; uderzała silniej, często spychając Białorusinkę do defensywy, potężniej serwowała, a okazje do przełamań produkowała hurtowo. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wygraną odebrała jej kuriozalność pojedynku; toczonego w atmosferze melbourneńskiej niechęci do Azarenki, przerywanego upadkami i urazami Chinki, skąpanego w nieprzystającym do wielkoszlemowego finału ogromie błędów. Gdyby starcie przebiegało w sposób tradycyjny, bezurazowy i niepodlany kibicowską goryczą, ćwierćfinałowa pogromczyni Radwańskiej zapewne sięgnęłaby po tytuł.

Widząc finałową szarpaninę (Marek Furjan, naoczny świadek starcia, porównał przyjemność z jej oglądania do przegryzania ziaren pieprzu), zastanawiałem się, jak w tych warunkach spisałaby się krakowianka. Gdyby przyszło jej rywalizować z Li w sobotnim wydaniu, nie musiałaby wznosić się ponad rutynową solidność; 57 niewymuszonymi błędami Chinki dałoby się obstawić trzy wielkoszlemowe finały. Nad pokonaniem Azarenki także – jak sądzę – nie musiałaby się zanadto głowić. Wprawdzie Białorusinka w starciach z Polką zwykła wznosić się na poziom topowy, ale w tegorocznym Australian Open przez dwa tygodnie mozoliła się okrutnie, rywalizując głównie z własnymi ułomnościami. Już w trzeciej rundzie wyszarpała wygraną Jamie Hampton, wykorzystując zdrowotną zapaść Amerykanki. W półfinale ze Sloane Stephens ratowała się nieczystą sztuczką, po której tenisowi eksperci gotowi byli przepędzić ją z Melbourne. W finale również grała miernie. Tak kulawej mistrzyni Australia nie widziała dawno, może nawet nigdy.

Marność finału ma się jednak nijak do ćwierćfinałowej porażki Radwańskiej. Starcie z Li było niewątpliwie jej najgorszym tegorocznym występem, mimo że Polka niezrozumiale upierała się na pomeczowej konferencji prasowej, że wycisnęła z siebie maksimum. Krakowianka wykonała jednak tylko absolutne minimum, które mogłoby jej wystarczyć w pojedynku z finałową edycją Li, ogołoconą z pewności uderzeń i odartą ze spokoju, jakim imponowała w ćwierćfinale oraz półfinale, w którym ekspresowo rozmontowała Marię Szarapową. Radwańska okopała się w defensywie i posyłała piłki zza wysokich zasieków, co w starciu z dobrze dysponowaną i potrafiącą nacierać Azjatką zupełnie się nie sprawdzało. Jeśli posiłkowała się ofensywnymi zrywami, czyniła to nieudolnie. Wystarczy przytoczyć statystyki: w ćwierćfinale popełniła dwadzieścia jeden niewymuszonych błędów, czyli o cztery więcej niż w dwóch wcześniejszych starciach – z Aną Ivanović i Heather Watson – razem wziętych. Nic dziwnego, że tenisowi obserwatorzy rozsmarowali ją nieubłaganie: dowodzili bezradności Polki w konfrontacjach z tenisowymi siłaczkami (Williams nie ograła nigdy, Azarenkę po raz ostatni poskromiła w 2011 roku, a z Li i Szarapową wygrywa jedynie okazjonalnie), utyskiwali na jej ćwierćfinałową niemoc (z siedmiu bitew o półfinał Wielkiego Szlema wygrała zaledwie jedną) i wytykali krakowiance stylową jednorodność. Najostrzej wyżywał się Steve Tignor z magazynu „Tennis”, który chwilę wcześniej podziwiał spryt Radwańskiej (porównał ją do psa myśliwskiego), a po starciu z Li wygarniał jej brak ambicji.

""
Twarze tenisistek nie wyrażały zbyt ekspresywnie emocji, ale ogromna radość targała sercem Chinki. (źródło: AFP)
 

Z niepokojem przyglądałem się sieciowej reakcji na porażkę Radwańskiej. Widząc całe strofy obelg, złowieszczych prognoz i typowo polskiego jojczenia, zastanawiałem się, jaka byłaby reakcja internautów, gdyby krakowianka wyleciała z Melbourne chwilę wcześniej. Przypuszczam, że spotkałby ją podobny licz do tego, jaki zgotowano jej po pierwszorundowej porażce na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie. Wtedy szybko zapomniano o finale Wimbledonu, teraz z pamięci prysnęły dwa wygrane turnieje i kapitalna seria zwycięstw bez straty seta.

Sekundy po pęknięciu nabrzmiałego do granic przyzwoitości balonu rozgorzała dyskusja na temat, który lubi wracać po każdym turnieju wielkoszlemowym: czy Radwańska kiedyś takowy wygra? Internetowa konfrontacja oczywiście nie przyniosła jednomyślnego werdyktu. Pesymiści wskazywali na fizyczną barierę, która tenisistkom o wątłej budowie od niepamiętnych czasów rygluje drogę do wielkoszlemowych zwycięstw; ostatnią mistrzynią u chuderlawej sylwetce była Anastazja Myszkina (59 kilogramów cielska), która w 2004 roku triumfowała w Paryżu. Optymiści posiłkowali się niewątpliwym postępem Radwańskiej, która z sezonu na sezon rozczapierza wachlarz uderzeń; w Melbourne, na przykład, olśniewająco serwowała – 17 asów dało jej ósme miejsce w rankingu najczęściej punktujących podaniem, a odsetek punktów wygranych po drugim serwisie tylko trzy zawodniczki miały od niej wyższy (sam w to ledwo wierzę, więc odsyłam do nieomylnego źródła). Nawet zeszłoroczny finał Wimbledonu interpretowano dwojako: pesymiści widzieli jedynie szczęśliwe losowanie i łatwą drogę do decydującego meczu, optymiści skupili się na wywołaniu paniki u mocarnej Williams. Jedynie racjonaliści tonowali nastroje. Zwracali uwagę na to, że krakowianka ma dopiero 23 lata (w czołowej dziesiątce rankingu WTA Tour młodsze od niej są tylko Azarenka, Petra Kvitova i Caroline Wozniacki), a zatem jest zdecydowanie za wcześnie, by wydawać jakiekolwiek sądy. Z pewnością łatwiej wywróżyć kres epoki 31-letniego Rogera Federera, choć i w tej kwestii internetowe gremium lubi wydrapywać sobie oczy.

Do zeszłego roku współczułem Brytyjczykom, którzy przez ponad siedem lat cierpieli, czekając aż Andy Murray sięgnie po wielkoszlemowy tytuł. Zaczęło się w 2005 roku. Wówczas 18-latek, który parę miesięcy wcześniej został juniorskim mistrzem US Open, w swoim wimbledońskim debiucie dotarł do trzeciej rundy, a w niej urwał dwa sety Davidowi Nalbandianowi (finaliście z 2002 roku). Był pierwszym Szkotem w erze open, który dopuścił się w Londynie tak zuchwałej szarży. Od tego momentu Brytyjczycy przyglądali się poczynaniom swojej perełki z uwagą, jakiej żadnemu innemu sportowcowi nie poświęcali od lat (brzmi znajomo?). Odczekali 13 wielkoszlemowych ćwierćfinałów, 10 półfinałów i 4 finały, zanim Murray sięgnął po upragniony triumf – przed kilkoma miesiącami w Nowym Jorku. Jeżeli Radwańska musi przemierzyć podobną drogę, wylać na korcie hektolitry potu i łez, zaliczyć kilkanaście ćwierćfinałów i całą masę przykrych porażek, by sięgnąć po zwycięstwo w Wielkim Szlemie, nie mam nic przeciwko temu, z przyjemnością zjednoczę się z nią w cierpieniu. A w masochistycznym uniesieniu podobnej gehenny życzę również Wam.

""
Czy kiedyś do tego trofeum Polka dołoży któreś z wielkoszlemowych? (źródło: AFP)
 

Krzysztof Domaradzki