Tokio 2020. Nieskromne marzenie o czterech medalach

Szymon Frąckiewicz , foto: AFP

Już 24 lipca tenisiści rozpoczną w Tokio walkę o olimpijskie medale. Na kortach w Ariake Tennis Parku zobaczymy sześciu reprezentantów Polski. Chyba jeszcze nigdy nie wiązaliśmy z występem naszych tenisistów na igrzyskach tak dużych nadziei. Cztery medale zdobyte na kortach? To realny scenariusz.

Zalecana ostrożność

Nie da się ukryć, że choć z jednej strony występy naszych tenisistów w ostatnim czasie pozwalają nam wierzyć w sukcesy w Tokio, to doświadczenia z poprzednich igrzysk olimpijskich każą tonować nastroje. W Londynie Agnieszka Radwańska występowała krótko po największym sukcesie w karierze – finale Wimbledonu. Na tych samych kortach. Skończyło się już na pierwszej rundzie. Nie powiodło się jej również w mikście z Marcinem Matkowskim. „Matka” zawiódł też w deblu u boku Mariusza Fyrstenberga.

Cztery lata później w Rio było podobnie. Wciąż będąca w wysokiej formie Radwańska znów przegrała już w pierwszej rundzie. W mikście grała tym razem w parze z Łukaszem Kubotem i również pierwszy mecz okazał się ostatnim. Tenisiście z Bolesławca niewystarczająco dobrze układała się też współpraca w deblu z Matkowskim, przez co skończyli zmagania w grze podwójnej na drugiej fazie.

Poza tym turnieje olimpijskie słyną z sensacji i to nie tylko w deblach i mikście, gdzie często pary są tworzone przez zawodników nie grających ze sobą na co dzień przez to, że muszą reprezentować jeden kraj. W końcu kto mógł przewidzieć, że po złoto w Rio sięgnie Monica Puig, pokonując w finale będącą w życiowej formie Angelique Kerber? Kto mógł przypuszczać, że po srebro sięgnie nieobecny na kortach przez długie miesiące z powodu kontuzji Juan Martin del Potro? Argentyńczyka zatrzymał dopiero bezdyskusyjnie najlepszy w tamtym sezonie Andy Marray, a i jemu przyszło to z trudem. W pierwszej rundzie nie sprostał mu Novak Dźoković, a w półfinale Rafael Nadal. Kto przed turniejem czuł, że w Atenach dwa złote medale w ciągu doby świętować będzie Nicolas Massu?

To wszystko sprawia, że bez względu na formę naszych tenisistów do naszych oczekiwań wobec ich występu w stolicy Japonii podchodzimy z dystansem. Pozwólmy sobie jednak na chwilę zapomnieć o zachowawczym podejściu do tematu. W końcu nasi reprezentanci obiektywnie mają wszystko, aby podbić Japonię.

Najważniejszy cel

Są dwa główne powody, które pozwalają sądzić, że Iga świątek pokaże się na igrzyskach z lepszej strony niż Agnieszka Radwańska. Po pierwsze, raszynianka wygrała już turniej wielkoszlemowy, więc nie ma na sobie, ciążącej przez wiele lat na krakowiance, presji wynikającej z braku choć jednego z najważniejszych tytułów. Ponadto Świątek od dawna podkreśla, że medal olimpijski jej jest głównym celem tego lata. Po zakończeniu Wimbledonu przygotowania podporządkowuje zatem przede wszystkim występowi w Tokio. Ósma zawodniczka rankingu WTA wielokrotnie udowadniała też, że znakomicie radzi sobie z presją.

Polka z pewnością będzie w ścisłym gronie faworytek do mistrzostwa. Tym bardziej pod nieobecność takich tenisistek jak Simona Halep czy Serena Williams. Trudno też powiedzieć, w jakiej dyspozycji będzie po kilkutygodniowej przerwie faworytka gospodarzy – Naomi Osaka. Poza tym warto pamiętać, że Świątek szanse na medal będzie mieć dwie. Co prawda oficjalne zgłoszenia to turnieju gry mieszanej będą miały miejsce już w trakcie igrzysk, ale wiemy, że Polka planuje występ w mikście u boku Łukasza Kubota.

Ta konkurencja ma do siebie to, że jest dość nieprzewidywalna, ponieważ rzadko dochodzi do wcześniejszej współpracy między partnerami. Natomiast kooperacja czołowej singlistki z czołowym deblistą zdecydowanie może być receptą na sukces. W końcu w 2012 roku po złoto sięgnęli Maks Mirny i Wiktoria Azarenka. Świątek i Kubot parę razy zagrali już wspólnie i wyglądało to obiecująco. Powinni być rozpatrywani w gronie kandydatów do medali. Szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że Iga Świątek ostatnio sporo uczyła się na potrzeby gry podwójnej, występując u boku mistrzyni z Rio – Bethanie Mattek-Sands. Tymczasem Łukasz Kubot chyba odzyskuje wysoką formę dzięki powrotowi do współpracy z Marcelo Melo.

Udowodnić przynależność do czołówki

Niesamowitym występem w Wimbledonie nasze apetyty rozbudził też Hubert Hurkacz. Wrocławianin pokazał już w marcu w Miami, że może walczyć o najwyższe cele, ale potem problemy zdrowotne na długi czas wybiły go z formy. Teraz wiemy już, że powrócił do najwyższej dyspozycji, a będąc w niej potrafi wygrać niemal z każdym.

Polak na pewno nie będzie w pierwszym szeregu faworytów do medali w Tokio, ale w szerokiej grupie już jak najbardziej się mieści. W końcu paru zawodników z czołowej dwudziestki w Japonii zabraknie. Zresztą w Tokio Polakowi mogą też sprzyjać warunki podobne do tych, z którymi mierzył się w Miami – i wygrywając turniej w cieniu Hard Rock Stadium, i często tam trenując. W stolicy Japonii najprawdopodobniej będzie gorąco i bardzo wilgotno. Hurkaczowi może też odpowiadać nawierzchnia na kortach w Ariake Tennis Center, czyli popularny DecoTurf. Na podstawie opinii ekspertów można, w dużym uproszczeniu, umieścić ją gdzieś pomiędzy znanym z Miami Laykoldem a wimbledońską trawą, jeśli chodzi o wpływ na grę.

Podobnie jak Świątek, Hurkacza zobaczymy nie tylko w singlu. Z Kubotem zagra w deblu. Biorąc pod uwagę, że i w tej konkurencji widzimy na igrzyskach pary tworzone tylko z tej okazji, to również można spodziewać się niespodzianek. Ostatnio próbowali wspólnej gry w Stuttgarcie i może nie poszło im najlepiej (druga runda), ale trafili na wymagających rywali. Ponadto nie byli jeszcze w tak dobrej formie jak podczas Wimbledonu. Hurkacz pokazywał parokrotnie, że potrafi osiągać świetne wyniki w deblu. Przede wszystkim należy tu przywołać ubiegłoroczny triumf w paryskim Mastersie z Felixem Augerem-Aliassime’m. Jeśli będą się dobrze dogadywać na korcie, mogą powalczyć o strefę medalową. Dodatkowo i w deblu, i w mikście szczególnie zmotywowany może być Kubot, dla którego będzie to prawdopodobnie ostatnia okazja do zdobycia olimpijskiego medalu.

Dać z siebie wszystko

W Tokio Polskę w tenisie będą reprezentować również Magda Linette, Kamil Majchrzak i Alicja Rosolska. Na pewno bardzo uważnie będziemy obserwować występ tej pierwszej. Poznanianka poczyniła w ostatnim czasie bardzo duże postępy i gra lepiej niż kiedykolwiek. Sama powiedziała ostatnio, że w Tokio za cel minimum stawia sobie ćwierćfinał. Trzymamy zatem za słowo.

W deblu Linette zagra w parze z Alicją Rosolską. Doświadczona deblistka w maju powróciła po przerwie macierzyńskiej i na razie nie grała dużo. Obydwie wystąpiły wspólnie w Wimbledonie i dość pechowo przegrały w pierwszej rundzie. Trochę trudno wysnuć tu jakieś dokładniejsze przewidywania. Wiele może zależeć od losowania drabinki.

Dość szczęśliwie do reprezentacji dołączył Kamil Majchrzak. Miejsce w olimpijskim turnieju znalazło się dla niego po tym, jak wielu zawodników wycofało się z rywalizacji. Piotrkowianin ostatnio gra nierówno. Wydaje się, że każda runda przebrnięta w Tokio będzie powodem do zadowolenia, a wiele będzie oczywiście zależeć od losowania. Sam tenisista przyznaje, że przede wszystkim cieszy się z awansu i liczy na „turniej życia”.

Nam nie pozostaje nic innego, jak trzymać kciuki za to, by nasi reprezentanci sprawili w Tokio wiele radości zarówno nam, jak i sobie.