Trzy i pół tygodnia – wywiad z Agnieszką Radwańską
Z Agnieszką Radwańską rozmawia Artur St. Rolak, Prostejov
Druga z rzędu przerwa między sezonami bez operacji albo chociaż małego zabiegu – znów jest pani okazem zdrowia?
– Nie wpadajmy od razu z jednej skrajności w drugą, bo aż tak dobrze nie jest. Ciągle coś mnie pobolewa, coś mi strzyka, gdzieś mnie ciągnie – to wszystko normalna rzecz – ale faktycznie tym razem obyło się bez operacji. Mam za to dużo profilaktyki, ciągle chodzę na jakieś masaże i zabiegi fizjoterapeutyczne.
A jaką jest pani studentką? Kiedyś sportowiec-student z dumą podkreślał, że nie wie nawet, na którym jest roku i radził pytać o to dziekana. Pani indeks jest na bieżąco z planem zajęć, czy zdarzają się w nim jakieś zaległości?
– Ja wszystko wiem! Miałyśmy z Ulą półtora roku przerwy, ale ostatnio wzięłyśmy się do odrabianie zaległości i w trzy i pół tygodnia zaliczyłyśmy cały semestr. Można powiedzieć, że „awansowałyśmy” do czwartego semestru. To chyba dobry wynik, prawda? Jesteśmy wręcz wzorowymi studentkami Wydziału Turystyki i Rekreacji AWF w Krakowie.
Jaka średnia?
– 4,8!
A jak udały się wakacje?
– Super!
A bardziej szczegółowo?
– Na Kubie każdy znajdzie coś dla siebie: jedni plaże, zabytki i spokój, a inni night-life. Byłyśmy w Varadero, bardzo przyjemnym miasteczku, a do Hawany wyskoczyłyśmy na jednodniową wycieczkę. Bardzo mi się podobało, chętnie bym jeszcze tam wróciła.
A to coś nowego, bo do tej pory nie jeździła pani na wakacje dwa razy w to samo miejsce. Nie wystarczy, że w pracy powtarzają się ciągle te same krajobrazy?
– Nie od razu za rok, może za jakiś czas.
Nie da się ukryć, że powtarzają się także pytania zadawane przez dziennikarzy. W zeszłym roku przebojem sezonu był kebab, a ostatnio wyszła z pani wielbicielka czekolady. Lepsza polska, belgijska czy szwajcarska?
– Chyba jednak szwajcarska…
A jest jeszcze jakaś potrawa albo deser, o których pani słyszała, ale jeszcze nie miała okazji spróbować?
– Generalnie jedzenie sprawia mi przyjemność, więc chętnie próbuję różne rzeczy. Nie ma więc chyba takiej, o której słyszałam, a nie sprawdziłam jej smaku. W każdym razie nic takiego nie przychodzi mi teraz do głowy.
Jeśli umówimy się, że sezon 2012 był dla pani beczką miodu, to pewnie znalazłaby się w niej także łyżeczka dziegciu. Co – z pani punktu widzenia – było do wygrania, a jednak zostało przegrane?
– Nie da się ukryć, że finał w Tokio. Z Pietrową zagrałam przynajmniej o klasę gorzej niż wcześniej z Karoliną czy Andżeliką. Na pewno mecz z Szarapową w Stambule. Nie wiem, czy by to coś zmieniło, ale gdyby udało mi się pokonać ją w dwóch setach, to mecz z Errani mógłby być dużo krótszy. Zamiast sześciu setów tylko cztery, zamiast siedmiu godzin cztery i pół… A jeśli poradziłabym sobie jeszcze i Azarenką, to pojedynek z Sereną mógł wyglądać zupełnie inaczej. Możemy dalej tak gdybać, ale to nie ma sensu.
Kilka razy rozmawialiśmy o tym, czy czasem lepiej trzymać język za zębami, niż mówić wszystko, co się myśli. Jak z perspektywy kilku miesięcy ocenia pani swoją wypowiedź na temat porażki na igrzyskach olimpijskich?
– A co powiedziałam?
Że igrzyska nie są ważne dla tenisisty…
– Nie wiem, skąd to się wzięło, ale na pewno nie z moich ust. Zrobiono później z tego jakiś dziadowski film, chociaż ja nigdy niczego takiego nie powiedziałam. Nawet nie były to moje słowa tak zmontowane, tylko omówienie niby mojej wypowiedzi. Naprawdę powiedziałam tylko coś w style, że trudno – przecież z powodu porażki się nie powieszę ani nie podetnę sobie żył. Jeśli ktoś wyciągnął z tego wniosek, że mi nie zależało na medalu, to jest idiotą. Cóż, takie mamy społeczeństwo i takie media… Szkoda, że dziennikarze wolą dowalać pokonanym, niż mówić o tych, którzy odnieśli sukces. Ja nie będę ryczała przed kamerą po każdej porażce, bo ludzie tak wolą. Sama sobie nie mam nic do zarzucenia, więc tym bardziej nie mam za co przepraszać. Inni mają igrzyska raz na cztery lata, a tenisiści cztery razy w roku, co chyba jeszcze nie każdy rozumie.
Znacznie lepiej zrozumiały panią władze WTA, które zapowiedziały akcję edukacyjną wśród najmłodszych tenisistek, aby nie szły w ślady Wiktorii Azarenki i Marii Szarapowej i nie zagłuszały samolotów startujących z lotnisk w pobliżu kortów. Aż taki posłuch w centrali ma czwarta tenisistka świata?
– Nie wiem, czy to moja zasługa, ale faktycznie jest taka inicjatywa, aby uczyć je grać trochę ciszej. Jeśli jednak faktycznie dołożyłam do tego jakąś cegiełkę, to bardzo się cieszę.
Turniej WTA wraca do Polski. Jakiej gazety by nie przeczytać, ze wszystkich wynika, że jeśli spotkamy panią w Katowicach, to wyłącznie na trybunach. Naprawdę koleżanki z kortu nie chciały pomóc? Czytelnikom wyjaśnijmy, że tenisistka z czołowej dziesiątki świata może zagrać tylko w jednym turnieju rangi International w każdej połowie sezonu. Pani dokonała zobowiązującego wyboru, zanim jeszcze zapadły pierwsze decyzje o przeniesieniu zawodów z Kopenhagi do Katowic.
– Właśnie dlatego musiałam poprosić WTA o zgodę. Nie byłam na tym spotkaniu, głosowanie odbywało się beze mnie, więc nie wiem, kto był za, a kto przeciw temu, żeby zrobić wyjątek i pozwolić mi zagrać w Polsce. Ale do nikogo nie mam o to żalu, bo przepisy powinny być jednakowe dla wszystkich.
Przez pewien czas dyżurnym tematem polskich mediów był „trener Agnieszki Radwańskiej”. Ostatnio o tym cicho, czyli można wyciągnąć wniosek, że wszystko zostało dogadane i – do odwołania – w Krakowie pracuje pani z tatą, a po świecie jeździ z Tomaszem Wiktorowskim?
– Dokładnie tak, pod tym względem nic się nie zmieniło. Przez cały listopad i grudzień trenowałam z tatą.
No i z siostrą. Wasz tata przy każdej okazji podkreśla, że ostatni sezon był bardzo udany nie tylko dla pani, ale też dla Urszuli. Wreszcie znów możecie planować sezon razem, a nie osobno. Będzie raźniej na korcie?
– Widziałam, jak ciężko na to pracowała i to się jej po prostu należy. Nie wiem jednak, czy nasze plany startowe będą się całkiem pokrywały. W kilku przypadkach raczej nie. Wiem natomiast na pewno, że najlepiej robi mi się zakupy z Ulą, więc bardzo się cieszę, że będziemy miały na to znacznie więcej okazji niż ostatnio.
A propos wydawania pieniędzy… Dlaczego nie chwalicie się, że pomagacie ludziom w potrzebie? O udziale sióstr Radwańskich w akcji „Szlachetna paczka” poinformowała nawet strona WTA, ale przecież na tym nie kończy się wasza działalność charytatywna. Może trochę szczegółów?
– W „Szlachetną paczkę” jesteśmy zaangażowane od kilku lat, jednak w tym roku było o tym głośno. Ale to chyba nie o to chodzi, żeby się taką działalnością chwalić, prawda? To się powinno robić dla innych, a nie dla siebie.
Jest pani dobrą wróżką, czy raczej czarownicą? Ma pani w domu szklaną kulę, w której czyta przyszłość?
– A powinnam?
Rok temu, kiedy dyskutowaliśmy o zmianie warty, na jaką od pewnego czasu zanosiło się w kobiecym tenisie, stanowczo pani przestrzegała, aby jeszcze nie skreślać Sereny Williams. No i nie dała się skreślić!
– Wykrakałam, prawda? Mimo że w rankingu nie jest pierwsza ani druga, to jednak to był jej sezon. Wygrała wszystko, na czym najbardziej jej zależało, i to jeszcze w jaki sposób!
Naprawdę była taka mocna, czy tylko strach przed nią miał wielkie oczy? Sama przecież niedawno przyznała, że po drugim secie finału Wimbledonu omal nie wpadła w panikę i nie straciła wiary w zwycięstwo.
– Tenis to sport i każdy zawodnik jest do ogrania. Serena potrafi jednak „spiąć się” na najważniejsze mecze. Im wyższa stawka i im trudniejsza rywalka, tym ona lepiej gra. Może oddać w sumie gema lub dwa równie dobrze piątej, jak i pięćdziesiątej tenisistce w rankingu.
A jak będzie w 2013 roku? Co podpowiada pani szklana kula… – ups, intuicja?
– Wiadomo, że Serena już nie ma dwudziestu lat, ale jeśli zdrowie jej pozwoli, to ciągle trzeba będzie na nią uważać. Uważam też, że w czołówce raczej wiele się nie zmieni. Mam nadzieję, że w pierwszej czwórce będziemy najwyżej zamieniały się pozycjami.
Piątej nie wpuścicie?
– Ewentualnie Ulę!


