US Open: teoria wielkiej rewolucji
Kei Nishikori i Marin Cilić nie pękli w półfinałach z faworytami i zgotowali nam jeden z najbardziej szalonych wielkoszlemowych scenariuszów ostatnich lat. Szaleństwo – jak pokazują wcześniejsze doświadczenia – idzie w takich sytuacjach o krok dalej, dlatego dziś głosi się teorie o tenisowej rewolucji, końcu ery Wielkiej Trójki, zrujnowaniu istniejącego porządku i nadejściu nowego. Pardon?
Wiele imponujących serii zostało w tegorocznym US Open zburzonych. Po raz pierwszy od blisko dziesięciu lat w wielkoszlemowym finale zabraknie Novaka Djokovicia, Rafaela Nadala i Rogera Federera. Na 38 ostatnich wielkoszlemowych finałów, w których zawsze grał przynajmniej jeden z nich, ta trójka zgarnęła 34 tytuły. Robi wrażenie. Ostatni wielkoszlemowy finał bez udziału któregokolwiek z nich miał miejsce w 2005 roku w Melbourne. Marat Safin mierzył się wówczas z Lleytonem Hewittem. Brzmi egzotycznie, nieprawdaż? Po raz pierwszy od dwunastu lat w finale nie będzie nikogo z czołowej czwórki rankingu ATP, co nie zdarzyło się od US Open 2002, kiedy szósty wówczas Andre Agassi walczył z siedemnastym Petem Samprasem. Wreszcie, po raz pierwszy od Rolanda Garrosa 2002 o tytuł zagrają zawodnicy spoza najlepszej dziesiątki. Co prawda, Kei Nishikori na skutek wymysłu Amerykanów o zaplanowaniu finału na poniedziałek, jest już dziś ósmy, ale tylko dlatego, że punkty zdobyte dotąd w Nowym Jorku już mu doliczono.
Przez ostatnie lata przyzwyczailiśmy się do stabilności w męskich rozgrywkach, więc ciężko wydarzeń z tegorocznego US Open nie rozpatrywać w kategorii sensacji. Bo skład finału istotnie sensacją jest. Ci, którzy dla żartu (bo chyba nie na poważnie) postawili pieniądze na takie rozstrzygnięcie, dziś mogą planować drogie zakupy i dalekie podróże. Można zrozumieć, że niespotykane od dekady albo i dłużej zdarzenia wywołują różne szalone emocje, można zrozumieć, że hasła obwieszczające rewolucję, koniec ery czy trzęsienie ziemi są chwytliwe i zaciekawiają czytelnika, trudniej zrozumieć brak chłodnego spojrzenia na sprawę i realnej oceny sytuacji. Szczególnie wśród tych, którzy z tenisem maszerują przez życie.
Patrzę w drabinkę i widzę, że Novak Djoković i Roger Federer dotarli do półfinału (kolejnego) wielkoszlemowego turnieju. Półfinału, nie mylę się. Blisko tytułu i utrzymania starego porządku, do którego wszyscy się przyzwyczaili, a jednak na tyle daleko, żeby mówić o końcu ich ery. Tam przegrali. Bo tego dnia rywale zagrali lepiej, bo oni zagrali słabiej, bo nie są maszynami, które zostały zaprogramowane na wieczne zwycięstwa, chociaż co poniektórzy przez ostatnie lata zdaje się w to uwierzyli. A przecież z Wielkiej Trójki została tym razem tylko Wielka Dwójka, bo Rafael Nadal znów zmaga się z kontuzją i nie grał wcale.
Historia Rogera Federera jest najlepszym przykładem bezsensu tak górnolotnie brzmiących haseł, które – paplane bez zastanowienia i zbyt wcześnie – szybko stają się pustymi frazesami. Kiedy w 2008 roku, po latach dominacji, Szwajcar stracił prowadzenie w światowym rankingu, momentalnie pojawili się odważni, którzy obwieścili schyłek jego kariery i spadek po równi pochyłej. Sytuacja powtórzyła się w kolejnych latach, kiedy nie mógł wygrać wielkoszlemowego turnieju, a potem wypadł w rankingu prawie na koniec dziesiątki. Mało kto wierzył, że wróci do czołówki. A on utarł wszystkim niedowiarkom nosa i dziś jest trzeci, o krok za Rafą, mając w obecnym sezonie trzy tytuły na koncie. W liczbie zwycięstw wyprzedzają go tylko – o ironio – Djoković i Nadal – dwójka, których era podobno się kończy.
Federer ma 33 lata. Dużo jak na zawodowego tenisistę, ale czy trzecia pozycja w rankingu i trzecia w klasyfikacji najbardziej utytułowanych graczy tego sezonu nie są najlepszą z możliwych broni przed krytykami, którzy wietrzą jego koniec? Nadal jest pięć lat od Szwajcara młodszy. Już jak był nastolatkiem ostrzegano, że jego specyficznego stylu gry długo nie wytrzymają jego kolana. Faktycznie, Hiszpan nie raz i nie dwa zmagał się z kontuzjami, ale za każdym razem wracał jeszcze bardziej zmotywowany, jeszcze silniejszy i jeszcze groźniejszy. Zawsze na szczyt. Czy to mało? Djković w maju skończył 27 lat. Tegoroczne słabsze występy w US Open Series dla części tenisowych entuzjastów stały się pretekstem do rozważania, czy z liderem rankingu nie dzieje się aby coś złego. Tyle tylko że Serb za chwilę zostanie ojcem, a to zawsze staje się ważniejsze od najwspanialej rozwijającej się kariery, czego doskonałym przykładem był też Federer. Czy to nie wystarczający powód, aby Nole na chwilę nieco mniej przejmował się treningami i turniejami, a bardziej myślał o żonie i przyszłym potomku?
Ci, których era ma się kończyć, dziś zajmują trzy czołowe miejsca na liście tenisistów. Kei Nishikori i Marin Cilić bez wątpienia dokonali rzeczy wielkiej, ale z całą pewnością nie rozpętali rewolucji. Ochłońmy. 24-letni Japończyk to bardzo utalentowany i efektownie rozwijający się tenisista. Na koncie ma pięć tytułów, w tym roku już dwa, w rankingu jest ósmy, a za chwilę może być piąty, jeśli tylko stanie się pierwszym w historii swojego kraju zwycięzcą singlowego turnieju wielkoszlemowego. Niemniej jednak nie trzeba odwoływać się do zbyt odległej przeszłości, żeby przypomnieć sobie, że takich, którym wróżono wielką karierę i obalenie aktualnych mistrzów było już wielu – Bernard Tomic, Jerzy Janowicz, Milos Raonic czy Grigor Dimitrow. Na razie tylko ostatnia dwójka zdołała wbić się do dziesiątki, ale o zmianie warty nie ma mowy, bo bilans ich pojedynków z Wielką Trójką jest porażający – 0-14 u Kanadyjczyka i 1-10 u Bułgara! Mało? 21-letni Australijczyk nigdy nie dotarł wyżej niż 27. miejsce, ale żal o to może mieć tylko i wyłącznie do siebie, bo głównymi przyczynami jego – jak na razie – porażki są upór i brak pokory. Przypadek Polaka przemilczę. Nishikori przynajmniej pod względem liczb może się pochwalić wynikami lepszymi, bo z Djokoviciem prowadzi 2-1, a z Federerem remisuje 2-2. Tylko na Nadala sposobu, póki co, znaleźć nie umie, bo przegrał z nim wszystkie siedem spotkań. Tak czy siak, do obalenia całej trójki jeszcze mu trochę brakuje.
O ile awansu do wielkoszlemowego finału wciąż młodego, utalentowanego i rozwijającego się Nishikoriego prędzej czy później można się było spodziewać, o tyle pojawienie się w nim Marina Cilicia zaskakuje bardzo. Całkiem prawdopodobne, że dla Japończyka to nie ostatni taki mecz w karierze. W przypadku Chorwata, nie zdziwię się, jeśli będzie to jego jedyna szansa na sukces. Zaledwie o rok starszy od Japończyka Cilić od lat kojarzy się z solidnym, ale niczym niewyróżniającym się tenisistą. Ot, rzetelny zawodnik na drugą dziesiątkę rankingu, którego głównymi atutami z racji 198cm wzrostu są potężny serwis i mocny forhend. Wygrał dziewięć turniejów, ale żadnego z tej najwyższej półki. Raz pokonał Nadala, dziesięć razy na dziesięć spotkań przegrał z Djokoviciem i po raz pierwszy w szóstym pojedynku znalazł metodę na Federera. Żadnego znaku, sygnalizującego powtarzalność takich wyników albo nagłą metamorfozę, nie widać.
Nishikori i Cilić zagrają ze sobą już po raz ósmy. Na razie wyraźnie prowadzi Japończyk, mając na koncie pięć zwycięstw, ale jedyne ich wcześniejsze spotkanie w Nowym Jorku (dwa lata temu) wygrał Chorwat. Wszystkie te statystyki są tylko dodatkiem, bo ranga dzisiejszego pojedynku jest nieporównywalna z poprzednimi, a to burzy w tym przypadku jakiekolwiek koncepcje. Chociaż Nishikori ma już czym się pochwalić, to jest to ciągle za mało, by okrzyknąć go wojownikiem, który dokonał tenisowego przewrotu. Jak pokazuje historia, z takimi hasłami – mimo że ładnie brzmią – warto być ostrożnym. Sam finał zapowiada się jednak bardzo interesująco. Gdybyśmy mieli w nim kogoś z Wielkiej Trójki (albo przynajmniej Andy’ego Murraya) faworyta wskazać byłoby łatwo. W tej sytuacji jest to dużo trudniejsze i chociaż pewnie większość postawiłaby na szalonego i zachwycającego świat Japończyka, ja nie zdziwiłbym się, gdyby po puchar sięgnął Cilić. Obaj są w tym samym punkcie. Obaj stają przed historyczną szansą zdobycia pierwszego wielkoszlemowego tytułu. Obaj muszą opanować nerwy, których nie sposób się w takich okolicznościach pozbyć. To dla nich czysta kartka.



