W którymś momencie może zabraknąć pieniędzy – rozmowa z Magdaleną Fręch

Antoni Cichy , foto: Antoni Cichy/Tenisklub

Antoni Cichy

Magdalena Fręch to jedna najzdolniejszych tenisistka młodego pokolenia w Polsce. Musi się jednak borykać z różnymi problemami – także tymi natury finansowej. 17-latka opowiada grze w różnych zakamarkach świata, budowaniu rankingu, nauce i …kulinariach.

Z Magdaleną Fręch rozmawia Antoni Cichy

W rankingu WTA awansowała pani już do czwartej „100” i utrzymuje dobrą tendencję. Kolejny krok?
Ważne, żeby się nie cofać, nie spadać w rankingu. Wzięłam ostatnio udział w juniorskich mistrzostwach Europy, a teraz mam nadzieję zagrać w juniorskim US Open. Taki jest przynajmniej plan. Trzeba iść do przodu krok po kroku.

Jest pani zadowolona z występu w Szwajcarii?
Tak, ponieważ na co dzień nie gram w tego typu turniejach. Omijam juniorskie ITF-y. Myślę, że dobrze przystąpić do takich rozgrywek, sprawdzić się w roli faworytki, bo pozwalał mi na to ranking WTA. To na pewno ciekawa przygoda i chętnie doświadczyłabym czegoś podobnego w US Open.

Trudno piąć się w rankingu WTA? Wielu turniejów w Polsce, do których mogłaby pani otrzymać dziką kartę, nie ma…
Oczywiście, że tak. Jest bardzo trudno. Trzeba jeździć po świecie i cały czas zdobywać punkty, bo przeciwniczki nie śpią i też grają. Są tysiące dziewczyn, kobiet, które chcą znaleźć się w czołowej setce rankingu WTA. Trudno się przebić. Na szczęście w Polsce mamy coraz więcej turniejów. Bardzo się cieszę, że znajdują się na to pieniądze.

Jaką ma pani wizję budowania rankingu? Raczej mniejsze turnieje ze słabszą obsadą czy większe, mocniej obsadzone, w których można zdobyć więcej punktów?
Niestety, przepisy ITF mówią, że nie mogę zagrać w więcej niż 18 turniejach rocznie. To bardzo skomplikowane, bo nie jestem w stanie wziąć udziału we wszystkich imprezach, w których bym chciała. Musimy robić selekcję i dokładnie wybierać turnieje, na które pojadę. Oczywiście, na większych można zdobyć więcej punktów przy mniejszej liczbie meczów, ale są za to lepsze przeciwniczki. Wszystko zależy od obsady turnieju.

Czym się pani kieruje, wybierając te imprezy? Odległość i koszty też mają znaczenie?
Oczywiście, że patrzymy na koszty. Są kraje, w których wyżywienie i hotele są bardzo drogie, więc zamiast na jeden turniej wolimy pojechać na dwa mniej kosztowne.

A sponsorzy? Można liczyć na jakieś wsparcie?
Na razie ich nie ma. Dokładamy wszelkich starań, cały czas szukamy sponsorów, ale niestety nie jest to łatwe w Polsce. Mam nadzieję, że kiedyś uda się jakiegoś znaleźć.

Z czego to może wynikać? Jest pani bardzo młodą zawodniczką, a już jedną z najlepszych w kraju.
Sama nie wiem. Nie jestem w stanie sobie tego wytłumaczyć. Wielokrotnie próbowaliśmy do tego dojść, ale po prostu z naszym polskim rynkiem nie jest najlepiej.

Kto panią w takim razie wspiera finansowo?
Wiadomo, że część środków uzyskuje się z wygranych. Wspiera też Ministerstwo Sportu i Turystyki, które przekazuje pieniądze. Właściwie to starcza ich tylko na dwa-trzy turnieje w roku, ale staram się je odpowiednio rozdysponować. Czasem przekaże też coś Polski Związek Tenisowy. Próbuję jakoś składać te pieniądze, ale nie stać mnie na wyjazd na każdy turniej. Mam świadomość, że w którymś momencie może tych środków zabraknąć.

Mistrzostwa Polski to przepustka do kariery? Cenniejsze od medali są chyba dzikie karty do turnieju WTA w Katowicach oraz mocnego ITF w Sobocie.
Zawsze to mistrzostwo Polski, złoty medal. Niestety, nie mam z tego tytułu zbyt wielu przywilejów oprócz wspomnianych dzikich kart. Myślę, że minione mistrzostwa Polski były moimi ostatnimi. Nie mam już nic więcej do udowodnienia.

Nie ukrywajmy, mistrzostwo Polski w tenisie różni się od tego w innych sportach. Numerem jeden w kraju i tak jest Agnieszka Radwańska. Myśli pani już teraz o przejściu drogi od najlepszej Polki w mistrzostwach do najlepszej w rankingu WTA?
Mam taką nadzieję. Oczywiście, przede mną bardzo długa droga, jeszcze wiele wygranych meczów, no i tych przegranych. Myślę, że trzeba się nastawić na ciężką, mozolną pracę, znosić porażki i wszystkie przeciwności, żeby kiedyś dojść tam, gdzie jest Agnieszka.

Przed rokiem w Katowicach miała pani okazję zagrać z zawodniczką z czwartej „10”, spotykała się też z tenisistkami z okolic „100”. To przepaść czy ta różnica nie jest aż tak ogromna?
Myślę, że największą różnicę robi doświadczenie. Zawodniczki z drugiej czy trzeciej setki mają podobne umiejętności. Ale na korcie wychodzi właśnie to doświadczenie w wybieraniu rozwiązań, budowaniu punktów, przygotowaniu psychicznym czy fizycznym.

A czego pani brakuje, żeby dorównać tym zawodniczkom?
Właśnie tego doświadczenia. Każda zawodniczka musi się ogrywać. Choćby w Sobocie były tenisistki, które grają co tydzień, robią sobie jedynie kilka dni wolnego raz na parę miesięcy. Jest to okupione naprawdę katorżniczą pracą.

Jakie są pani słabe i mocne strony na korcie?
Oj, tego to nie mogę zdradzać. (śmiech) Zwłaszcza słabych stron! Myślę, że to zależy od dnia.

Sprawia pani na korcie wrażenie bardzo opanowanej osoby.
Staram się, ale to naprawdę bardzo trudne. Oczywiście, jak każdej zawodniczce zdarzają mi się wybuchy złości. Na meczach staram się być opanowana, ale na treningach bywa ciężko.

To jest kontrolowane czy po prostu taka pani natura?
W czasie spotkania wolę do wszystkiego podchodzić spokojnie, bo wiem, że jeśli na siebie pokrzyczę, to i tak nic mi to nie da. Chociaż czasem dobrze wyrzucić z siebie złość. Zdaję sobie sprawę, że na pewnym poziomie to jednak nie przystoi.

Ma pani inny wentyl emocji?
Żeby nakrzyczeć? (śmiech)

Niekoniecznie musi być krzyk. (śmiech)
Odpoczynek jak najbardziej. Myślę, że jest na pierwszym miejscu. Pozwala wyciszyć się, wyluzować i odciąć od tego wszystkie, co mnie otacza. No i wtedy złość sama przechodzi.

Stara się pani współpracować z trenerem od przygotowania fizycznego, może psychologiem?
Jeśli chodzi o trenera od przygotowania fizycznego, to mam stałego, a z psychologiem czasem współpracuję. Bywało kilka razy, że była potrzebowałam jego pomocy. Na razie mój trener od tenisa sprawdza się jednak jako psycholog.

W jednym z wywiadów mówiła pani, że raczej odpuszcza sobie zwiedzanie miasta i odpoczywa w hotelu. Jak wygląda w takim razie pani turniejowy dzień?
Przede wszystkim wychodzimy coś zjeść – z reguły gdzieś w mieście. Najczęściej w takiej formie, żeby sobie siąść, zjeść i trochę posiedzieć. A potem trzeba odpoczywać już w hotelu, żeby nie męczyć nóg i przygotować się na następny dzień. Zwiedzanie zostawiam sobie na koniec, już po turnieju.

Gra pani na różnych kontynentach, nawet w nieco bardziej egzotycznych miejscach. Można zwiedzić trochę świata.
Tak, bo łatwiej tam o punkty. W Europie turnieje o wysokiej puli nagród, na przykład 50 tysięcy dolarów, są bardzo mocno obsadzone, a w takiej Japonii podobnego typu rozgrywki wyglądają całkiem inaczej. Aczkolwiek też jest wiele Japonek, które dobrze grają w tenisa. Mimo wszystko jest łatwiej.

To zupełnie inna kultura. Nie ma więc obaw, że wybierając potrawy z miejscowej kuchni, coś może zaszkodzić?
Dokładnie tak, ale trzeba próbować wszystkiego. Myślę, że jak się nie zaryzykuje… w sumie to i tak nie miałabym wtedy co jeść. (śmiech)

Zdarzyło się, że takie jedzenie zaszkodziło przed meczem?
Oj, było tak parę razy. Nie miało to na szczęście wpływu na mecz, bo zdążyłam dojść do siebie już wcześniej. Generalnie próbujemy dobierać jedzenie tak, żeby mi nie zaszkodziło.

Rozmawiamy o turniejach rozgrywanych na innych kontynentach, budowaniu rankingu, a przecież wciąż się pani uczy. Już za rok matura…
Tak, został mi rok. Chodzę do prywatnej szkoły zaledwie 200 metrów od domu. Kiedy wracam, podskoczę tam tylko, żeby zaliczyć to, co mam, a tak uczę się sama w domu. Na pewno jest trudniej. Należę do słuchowców, więc jeśli nauczycieli coś czyta, to dla mnie lepiej. Szybciej wchodzi wtedy do głowy. A tak, czytając i ucząc się, męczę się sama ze sobą.

Tenis to jedyna droga? Czy na wszelki wypadek postawi sobie pani ambitne założenia przed maturą?
Na początku planuję ją zdać, a potem zobaczymy, jak będzie układała się moja kariera. Mam nadzieję, że zajmowanie się tylko i wyłącznie tenisem będzie tą właściwą drogą. Zdaną maturę trzeba jednak mieć i na tym chcę się skupić w przyszłym roku. Oczywiście, oprócz turniejów.

Po maturze szkoła nie będzie już pani trzymać w kraju. Chciałaby pani wyjechać i trenować za granicą?
To jest uwarunkowane wieloma czynnikami. Żeby wyjechać i trenować za granicą, trzeba mieć na to pieniądze. Wiadomo, musi być trener, którego też trzeba opłacać. A to nie takie proste w naszych realiach. Mam nadzieję, że wkrótce wszystko się ułoży, znajdzie się sponsor, osoba, która mi umożliwi kontynuowanie treningów w innym miejscu. Na razie nie wybiegam jednak aż tak daleko w przyszłość.

Czyli Łódź na razie wystarczy?
Musi wystarczyć. (śmiech)

Ładne miasto.
Tak, no ale Łódź to Łódź. (śmiech)

Ale chyba ma pani gdzie trenować?
Oczywiście, jest teraz akademia, na kortach której trenuję. Warunki są naprawdę bardzo dobre. Akademię wybudowano właściwie w szczerym polu, dzięki czemu jest spokój, cisza i można się skoncentrować tylko na treningach. Wiadomo jednak, że brakuje jako takiej opieki. Właściwie to wszystkiego.

Dziękuję za wywiad i życzę powodzenia.

*Magdalena Fręch urodziła się 15 grudnia 1997 roku w Łodzi. Niedawno awansowała do czwartej setki rankingu WTA i jest szóstą najwyżej notowaną Polką. 20 lipca znalazła się na 378. miejscu – to jej najlepszy rezultat w karierze. Czterokrotniea zdobywała tytuł mistrzyni Polski – dwukrotnie na hali i dwukrotnie na kortach otwartych.