Welcome to the jungle!

Mateusz Grabarczyk, foto: AFP

Mateusz Grabarczyk

Jeszcze pół rok temu nie wiedzieliśmy, kiedy i czy w ogóle Roland Garros się odbędzie. Dziś świętujemy największy w historii sukces w polskim tenisie. Iga Świątek nie tylko wygrała wielkoszlemowy turniej, ale wygrała go w zachwycającym stylu, deklasując rywalki w siedmiu perfekcyjnych meczach i bijąc przy okazji masę rekordów. Trudno o szczęśliwszy moment w tym zwariowanym czasie.

Igę poznałem, gdy miała 15 lat. Już wtedy zaskakiwała dojrzałością i niezwykle profesjonalnym podejściem. Kiedy podczas pierwszej wspólnej rozmowy zapytałem ją o tenisowe marzenia, odpowiedziała: – Myślę, że usatysfakcjonowałoby mnie wygranie przynajmniej dwóch turniejów wielkoszlemowych i utrzymanie się w pierwszej trójce WTA przez dłuższy czas. Celowo nie wspomniała o fotelu liderki, zaznaczając, że ważniejsza jest dla niej stabilna pozycja w czołówce, niż chwilowa euforie z bycia numerem jeden. Wystarczyły cztery lata, aby część planu została zrealizowana, chociaż nie wątpię, że dzisiaj odpowiedź na to pytanie byłaby inna. Do rankingowego podium też ma już niedaleko, bo od poniedziałku będzie 17. rakietą świata. Kolejne rozmowy, wypowiedzi w mediach, ale przede wszystkim postawa na korcie przekonywały mnie coraz bardziej, że koniec kariery Agnieszki Radwańskiej to nie koniec polskich sukcesów w kobiecym tenisie. Polka od dawna sygnalizowała, że może osiągnąć bardzo wiele, ale w najśmielszych snach nie przypuszczałem, że sukces tego kalibru przyjdzie tak szybko i w takim stylu.

W Paryżu Iga najbardziej urzekła mnie koncentracją. Trudno uwierzyć, że 19-letnia dziewczyna, która rozgrywa dopiero drugi pełny seniorski sezon w karierze i po raz siódmy startowała w wielkoszlemowym turnieju, była w stanie utrzymać skupienie na tak wysokim poziomie we wszystkich meczach przez dwa tygodnie. Z tym elementem problemy ma prawie każdy, nie wyłączając Rogera Federera, Rafaela Nadala czy Novaka Dżokovicia. I ten element był też jednym z głównych do poprawy w tenisie Polki, o czym wielokrotnie mówiła sama tenisistka. Spokój, dobre nastawienie i panowanie nad emocjami zaowocowały jednak tym, że to Iga dyktowała warunki na korcie niemal w każdym momencie każdego meczu. Wychodziło jej wszystko. Zachwycała siłą i precyzją uderzeń, postępującymi rotacjami, które odrzucały przeciwniczki od linii końcowej, kątowymi zagraniami nie gorszymi od samego Nadala i wreszcie czarowała skrótami. Nic więc dziwnego, że w pokonanym polu pozostawiła między innymi zeszłoroczną finalistkę Marketę Vondrousovą, byłą liderkę rankingu i dwukrotną wielkoszlemową triumfatorkę Simonę Halep oraz wreszcie tegoroczną mistrzynię z Australii Sofię Kenin. Niewiele zabrakło, aby z Paryża wyleciała w podwójnej koronie, bo w deblu dotarła do półfinału.

Po spektakularnym zwycięstwie nad Simoną Halep w czwartej rundzie tenisowy świat oszalał na punkcie Polki. Takie szokujące wygrane i szum wokół młodego „underdoga” – jak sama o sobie mówi – często nie wróżą nic dobrego na kolejne mecze. Tym bardziej, że zarówno w ćwierćfinale, jak i półfinale Iga stała się faworytką – zarówno ze względu na ranking  jak i na bazie tego, czego dokonała z Halep. Odnalazła się w tej roli wyśmienicie, nie tracąc koncentracji, omijając medialną wrzawę wokół siebie i konsekwentnie krok po kroku realizując plan. Nie tylko postawa podczas meczów, ale i luz w rozmowach na korcie tuż po nich pokazywały, że Polka jest niezwykle silna mentalnie.

Zwycięstwo w Paryżu zajęło Idze osiem godzin i dwadzieścia cztery minuty, czyli średnio godzinę i dwanaście minut na mecz. Wygrała bez straty seta, czego na kortach Rolanda Garrosa nie widziano od trzynastu lat, kiedy takim osiągnięciem popisała się Justine Henin. We wszystkich turniejach wielkoszlemowych w XXI wieku tej sztuki dokonało tylko pięć tenisistek. Oprócz wspomnianej Belgijki były to jeszcze: Serena Williams, Maria Szarapowa, Venus Williams i Marion Bartoli. W siedmiu meczach Iga przegrała tylko 28 gemów. Ostatnio tak dobrym wynikiem mogła się pochwalić 23 lata temu Martina Hingis podczas US Open, a o jeden gem lepszym Monica Seles w 1992 roku też w Nowym Jorku. Kończąc ten kącik statystyczny warto dodać, że Polka została jedenastą najmłodszą tenisistką z wielkoszlemowym tytułem w erze Open, a czternastą nastolatką w ogóle, która sięgnęła po to najcenniejsze trofeum. I mógłbym tak grzebać w statystykach jeszcze długo, ale tych kilka wymienionych jest wystarczającym świadectwem ogromu wyczynu, jakiego dokonała Iga.

Iga i cały jej sztab, bo to także ich sukces – trenera Piotra Sierzputowskiego, Macieja Ryszczuka odpowiedzialnego za przygotowanie fizyczne i psycholog Darii Abramowicz, która w ten sposób otrzymała chyba najlepszy prezent na przypadające dziś urodziny. Z całą pewnością wielką zasługę w tym, gdzie jest dzisiaj Iga, mają też jej tata Tomasz i siostra Agata, o których 19-latka bardzo często wspomina.

Na tym kończy się dla Polki ten zwariowany sezon. Lepszej klamry w roku, w którym nic nie było pewne i w którym w ciągu sześciu tygodni odbyły się dwa wielkoszlemowe turnieje na różnych kontynentach, nie można było sobie wymarzyć. Kultowy kawałek „Welcome to the jungle”, który stał się dla niej elementem przedmeczowej rutyny podczas wychodzenia na kort, chyba już na zawsze zajmie w muzycznym repertuarze Polki szczególne miejsce. Dżungla, do której trafiła, wygrywając Rolanda Garrosa, jest tym miejscem, w którym od początku kariery chciała być. I, do którego – jak śpiewają Guns N’Roses – nie trafia się za darmo.

Chapeau bas!