Więcej niż kropka nad „i”

Natalia Kupsik , foto: AFP

Dawno, dawno temu Novak Dżoković zadebiutował w wielkoszlemowym finale. A może wcale nie tak dawno? Nie kłóćmy się o to. Jego historii należy się lekko bajkowa narracja. Niezależnie od tego, że wczoraj na korcie doczekał się happy endu innego niż ten, o który wszyscy pytali.

Zaczęło się we wrześniu 2007 roku. To wtedy po raz pierwszy Serb dotarł do fazy bezpośrednio decydującej o mistrzostwie w jednym z czterech najważniejszych turniejów sezonu. Jak to z debiutami bywa, nie wszystko wyglądało tak, jak sobie wymarzył. Zwłaszcza wynik. Były dwa tie-breaki i siedem piłek na wagę seta, ale nie wykorzystał z nich żadnej. Musiał jeszcze obejść się smakiem. Zatrzymał go będący w szczytowej formie Roger Federer. O wstydzie nie mogło być mowy, ale niedosyt męczył go na pewno.

– Wprawdzie nie wygrałeś tego meczu, ale zaskarbiłeś sobie nasze serca. Wiem, że jeszcze tu wrócisz – podczas ceremonii dekoracji wybrzmiały zagłuszane burzą oklasków słowa Jane Brown Grimes. Nic niezwykłego. Podobne wyrazy uznania z ust kolejnych prezesów narodowych związków tenisowych przez wielkoszlemowe sceny przewijały się cyklicznie. Tym razem jednak urosnąć miały do rangi czegoś znacznie większego niż kurtuazyjny slogan. „Dżoker” dopiero się rozkręcał, a na ukazanie światu przedsmaku swojego geniuszu wybrał nie byle jakie miejsce – Arthur Ashe Stadium, czyli największy kort globu.

Na wysokim koniu

Od tego momentu minęła grubo ponad dekada, podczas której Dżoković zamiast po prostu na najważniejsze tenisowe areny wracać, wolał je kolejno podbijać. Nic nie robił sobie z tego, że byli już Federer i Nadal, a obok nich cała lista ocierających się o szczyt. Nie wspominając nawet o plejadzie zgasłych gwiazd, po których pozostały nienaruszalne długo rekordy. Novak nie zraził się nimi wcale. Zamiast tego rzucił im wyzwanie. Nie chciał być jednym z wielu. Krok po kroku zdobywał kolejne przyczółki. Zabrał się za cele długoterminowe, a te potrafią napsuć krwi. Poza talentem i szczęściem wymagają bowiem żelaznej dyscypliny. Ale efekty nie sposób z czymkolwiek porównać.

Rekord pod względem liczby tygodni spędzonych w roli lidera rankingu, miano jedynego, który aż dziewięciokrotnie wygrał Australian Open, czy zostanie ostatnim przedstawicielem „wielkiej trójki” nadal znoszącym napór świeżej krwi. To kosmiczne wyczyny i Novak Dżoković cieszył się z każdego z nich. Wiedział, że zdefiniują jego sportową wielkość. Ale na celowniku ciągle miał coś jeszcze. Przymierzał się do strzału w wymarzone „oczko”.

O tym, że jego tegoroczny start w US Open będzie wyjątkowy mówiło się od miesięcy. Coraz głośniej w miarę tego, jak niepokonany okazywał się kolejno w Melbourne, Paryżu i Londynie. Nieoczekiwana porażka w Tokio zniweczyła wprawdzie nadzieje na Złotego Wielkiego Szlema, ale ten kalendarzowy pozostał nad wyraz realny. A wraz z nim bardziej niż kiedykolwiek przybliżyła się perspektywa stania się samodzielnym rekordzistą pod względem liczby triumfów dla każdego tenisisty najcenniejszych. Na Flushing Meadows historia jakby zatoczyła koło, stwarzając Dżokoviciowi przestrzeń do ukoronowania zapoczątkowanego przed laty dzieła. Serb nie zamierzał dłużej czekać. Z mniejszym lub większym wysiłkiem rozprawił się kolejno z każdym z sześciu rywali, by na krótko przed finałem stwierdzić, że choć wszyscy chcą, by się na temat swojej epokowej szansy wypowiedział, tak naprawdę „nie ma o czym mówić”. Z twarzy nie schodził mu zadziorny uśmiech, ale do sprawy podejść planował zadaniowo. Z głową na tyle „zimną”, na ile to tylko możliwe. Niewątpliwie zależało mu jednak bardzo. – Zamierzam włożyć w ten mecz całe moje serce, duszę, ciało i umysł. (…) Zagram tak, jak gdyby to było ostatnie spotkanie w mojej karierze – obiecywał.

Znajome drżenie

Tej jesieni do walki o tytuł mistrza US Open po raz enty przystąpił jako faworyt. Na kort wyszedł w roli zawodnika doświadczonego i utytułowanego – z pewnością bardzo różniącego się od pretendenta, którym był w roku 2007. Miał przy tym mieć dużo łatwiej, bo zamiast z Rogerem Federerem spotkał się „tylko” z obecnym wiceliderem rankingu. Po dwóch tygodniach zmagań na drodze do upragnionego celu stanąć mógł mu jeszcze Daniił Miedwiediew. Wszystkie znaki na ziemi i niebie zapewniały jednak, że to się raczej nie stanie. I wtedy Rosjanin przypomniał nam na czym polega piękno sportu. Tak, jak przed kilkunastoma laty nie pozwolił Nole na wygranie choćby seta. Na konto Serba nieoczekiwanie wpłynęło jednak coś, do czego od lat tęsknił. I chyba nie spodziewał się już nigdy dostać. – Kibice sprawili, że poczułem się bardzo wyjątkowy. Mile mnie zaskoczyli. Na zawsze zapamiętam wsparcie, energię i sympatię, których mi dziś dostarczyli. To jest powód, dla którego się rozpłakałem – wyznał.

Zostawmy na razie na marginesie kwestię tego, na ile w oczy gryzło zachowanie części obecnych na trybunach Arthur Ashe Stadium. Bądźmy szczerzy, nie pierwszy raz zasiadającym przed prestiżową sceną zabrakło adekwatnych do miejsca pobytu manier. Wydaje się jednak, że na znacznie więcej uwagi zasługuje coś innego. To zabrzmi absurdalnie, ale przyglądając się zagrzewanemu do boju, ale bezradnemu jakby na własnym podwórku mistrzowi, pomyślałam nagle, że Miedwiediew nieświadomie wyświadcza mu sporą przysługę. Na własne oczy pokazuje, że to dobry moment, by wyjść z lepionego przez lata z kolejnych pucharów kokonu. Novak Dżoković marzył o rekordowym, dwudziestym pierwszym szlemie, ale łzy, które po meczu stanęły mu oczach zdradziły chyba, czego potrzebował znacznie bardziej. Mam dziwne wrażenie, że gdyby napisał 21. rozdział pięknej historii – wbrew pozorom – niewiele by się w jego życiu zmieniło. Do nazwiska dopisano by mu po prostu kolejny rekord. Ale przegrał wyraźnie. Znów mógł się poczuć lekko, jak w roku 2007, gdy nie musiał być wcale w meczu o wielką stawkę niepokonany, by widzieć i słyszeć, że uwielbia go tłum.

Owacje na stojąco

W finale tegorocznej edycji US Open tenisowy świat przekonał się, że Novak Dżoković jednak nie jest maszyną. Pękła unosząca się nad głowami od miesięcy bańka. Czy to umniejsza jego sportowej klasie? Wprost przeciwnie. Tego rodzaju rysę uważam za jej najdobitniejsze świadectwo. Głupio się przyznać, ale mamy tę słabość, że wszystko nam powszednieje. Nawet to, co wybitne. Po części być może wolno zrzucić to na karb tego, jak działa ludzki umysł. Upraszczamy, sprowadzamy do poziomu schematu, by oszczędzić energię, uporać się z nadmiarem bodźców. Tak czy inaczej to chyba dobry moment, by to, co nam w ten sposób umyka, uwypuklić. Prawda jest taka, że Novak Dżoković rok po roku śrubował kolejne rekordy, choć za każdym razem było równie trudno, a nawet trudniej.

O tej niewdzięcznej regule uprzedzono go już na wstępie. Po pamiętnym finale US Open 2007 zrobił to jego pogromca, który trząsł wtedy tenisową elitą, a po puchar mistrza nowojorskiego szlema sięgnął po raz czwarty z rzędu. Podczas ceremonii dekoracji przyznał natomiast, że okupił go bolącym od kilku dni z nerwów brzuchem oraz trzęsącymi się, zimnymi dłońmi. – Wydaje się, że jestem doświadczonym zawodnikiem i że przywykłem do takich sytuacji, ale do tego się nie przywyka – powiedział. Patrząc z odległości łatwo wyprzeć to ze świadomości, dać się ponieść nieadekwatnym reakcjom. Poza sportowym podwórkiem na jedną z takich odpowiedziała kiedyś Agata Kulesza, która stanowczo sprzeciwiła się podobno założeniu, że „nie trzeba jej już chyba chwalić”. Słusznie. To nie w porządku, że po przekroczeniu pewnego pułapu wielkości uznajemy ją za cechę gatunku. Paradoksalnie zaczynamy zachwycać się jakoś mniej. Novak Dżoković nie zagrał wczoraj wybitnego meczu, ale pozostał wybitnym tenisistą. A przy okazji wyciągnął z serca niemałą zadrę. To był dobry finał US Open. Dla niego i dla dyscypliny, której podporządkował każdy swój dzień.

Natalia Kupsik