Wimbledon: iluzja wyjątkowości

Krzysztof Domaradzki , foto: AFP

Krzysztof Domaradzki

Wart 80 mln funtów dach hulający nad głowami zawodników tak, jakby zarządzał nim niezrównany jajarz, szef turnieju zbywający dziennikarzy odpowiedziami, którymi mógłby zadowolić co najwyżej troglodytów, anachroniczne zwyczaje plądrujące zmagania tenisistów w stopniu wystarczającym, aby porównać je do średniowiecznych ceremoniałów. To już nie jest magia Wimbledonu. Raczej marnie zakamuflowana iluzja wyjątkowości.

Polakowi trudno jest oceniać tegoroczny Wimbledon, całkowicie pomijając występ Agnieszki Radwańskiej. Jeżeli w ogóle można zapomnieć na moment o brawurowych czterech rundach, postrzelonym ćwierćfinale, genialnym półfinale i batalii z ikoną kobiecego tenisa, która dołożyła krakowiance głównie dlatego, że w kryzysowym momencie wypaliła komplet petard, jest to bardzo trudne. Zresztą, nie warto zapominać. Skoro Radwańską przez kilka lat zawistnicy – ochrzczeni w sieci hejterami – ostrzeliwali zewsząd nieuprzejmościami i dyskredytacjami, to nie wypada zamilknąć po sukcesie wyłupującym ordynusom oczy. Ale jeśli nie zrobi się tego teraz, to dwutygodniowe zmagania rozmyją się, a wszelkie niedociągnięcia zasną niepostrzeżenie pod grubą warstwą kurzu. I wimbledoński mit wciąż będzie bezrefleksyjnie pielęgnowany.

A nie powinien być. Przynajmniej nie bezrefleksyjnie. W tym roku organizatorzy dali mnóstwo powodów do tego, by ich besztać do woli, łajać za całokształt organizacyjny – a właściwie dezorganizacyjny – zamiast chwalić za to, że wbrew niewdzięcznej aurze wszystko skończyło się pomyślnie, czyli zgodnie z terminem.

Komplikacje zaczęły się na długo przed rozpoczęciem tegorocznego turnieju. Świadomość, że trzy tygodnie po Wimbledonie na korty All England Clubu wparują złaknieni medali zawodnicy i fani olimpijskiej rywalizacji, najwyraźniej obezwładniła włodarzy imprezy. Można bowiem odnieść wrażenie, że zamiast poświęcić całą uwagę perfekcyjnej organizacji najbardziej problematycznego, bo najobficiej tonącego w strugach deszczu turnieju wielkoszlemowego, skupili się na zapewnianiu, iż trawa wytrzyma i trudy Wimbledonu, i rywalizację olimpijczyków. Mieszanka szczepów Jessica, Pontiac i Melbourne okazała się niezawodna, jastrzębie Rufus i Hector (zastąpił tego pierwszego, kiedy ten padł ofiarą złodziejstwa) patrolowali korty bezbłędnie, bohatersko odpędzając gołębie i sroki w godzinach porannych, ale Richard Lewis, nowo mianowany szef turnieju, zarządzał zawodami w sposób tragikomiczny. Kto wie, czy wspomniane drapieżniki nie uczyniłyby tego lepiej od niego, gdyby tylko uzbroić je w moc decyzyjną.

Debiutujący głównodowodzący w zasadzie sam skazał się na porażkę. Już wiele tygodni temu kąsał opinię publiczną buńczucznymi obietnicami, odważnymi zapewnianiami i butą, która, jak pewnie wtedy sądził, miała dodać mu pewności siebie i punktów w rankingu popularności. Zamiast tego po niecałym tygodniu zmagań dziennikarze zaczęli domagać się jego głowy.

Potknięć Lewisa i jego świty było bez liku, w zasadzie wszystkie podejmowane przez nich działania polegały na jak najsprawniejszym wygrzebywaniu się z błota, a nie na zapobieganiu upadkom. Czasem wychodziło im to przeciętnie – niektóre mecze, w tym finałowy kobiet, musieli przerywać niedługo po ich rozpoczęciu, albowiem złowieszcze prognozy, które pierwotnie lekceważyli, okazywały się trafne – czasem nie wychodziło im to wcale – np. wtedy, gdy zasłonili kort na cały dzień, a z nieba nie utoczyła się nawet kropla, albo gdy rozdziawili niepotrzebnie zasłonięty dach na parę minut przed faktycznym oberwaniem chmury.

O ile pewne organizatorskie gafy miały charakter loteryjny i ich przyczyną była błędna interpretacja nie do końca przejrzystych faktów lub brak właściwego wyczucia, o tyle znaczna ich część stroiła na nietakty logiczne. „Nie ma intencji rozgrywania w Londynie sesji nocnej” – powiedział Lewis, tłumacząc dziennikarzowi „Timesa”, dlaczego zasunięcie dachu jest konieczne wtedy, gdy do kontynuowania meczu wystarczy jedynie włączyć sztuczne oświetlenie. Gdyby owe wyjaśnienie wypełzło z ust dwunastolatka tłumaczącego się z niecnego występku, powiedzielibyśmy, że jest sprytny, lecz brakuje mu wyobraźni. Dyrektorowi turnieju wielkoszlemowego takich komplementów prawić nie wypada. Zamiast tego lepiej zapytać, czy bardziej opłaca się czekać 40 minut na to, aż dach zostanie zasunięty, a widzowie najpierw wyproszeni, a następnie ponownie upchnięci w klimatyzowanej hali, czy lepiej zapalić światła bez zbędnego gderania i dokończyć toczący się pojedynek. Konwenanse i zwyczaje, o których Lewis nader chętnie wspomina, nic nie mówią o robieniu dorosłych ludzi w balona i wmawianiu im, że za świeżo rozpostartym dachem nie kryje się nieprzenikniona ciemność, lecz niewzruszona jasność dnia.

O sprzecznościach, jakie drzemią w niezbadanej głowie szefa turnieju, najlepiej świadczy jego opór przed rozgrywaniem meczów na korcie centralnym o wcześniejszej porze. Lewis, jeszcze raz powołując się na tradycję, stanowczo zaprzeczył, jakoby na arenie głównej możliwe było pojedynkowanie się przed godz. 13.00. Niby ma to jakieś uzasadnienie, lecz chwilę wcześniej ten sam człowiek bajdurzył o ukłonie w kierunku widzów, telewidzów i ogólnie wszystkich, którzy dzięki jego dobromyślności mogą śledzić wimbledońskie zmagania wieczorami. Niemal kipiał dumą, niedosłownie wychwalając się, jaką to nowoczesną, progresywną i przychylną obserwującym politykę turniejową prowadzi. Na kilometr capi podwójną moralnością.

Ale nie tylko Lewis zasłużył na naganę. Dachu nie wybudowano wczoraj, lecz w 2009 roku, a wtedy za wimbledońskimi sterami zasiadał Ian Ritchie – inteligentny wesołek z miną gagatka, którego dzisiaj w Londynie wspomina się z utęsknieniem. Ritchie nauczył się wimbledońskiej ogłady, aby wdrożyć ją do rugby. Lewis obrał kierunek odwrotny – chaos wniósł do świata przystrzyżonego na 8 milimetrów. Ale za konstrukcję i funkcjonowanie dachu winy nie ponosi.

Podwójna moralność, która parę linijek wyżej wypomniałem Lewisowi, jest w ogóle problemem współczesnych Brytyjczyków. Zjednoczone Królestwo nadal uważa się za ostoję dobrych manier, poszanowania dla tradycji, tolerancji, racjonalnego rozdzielenia sfer sacrum i profanum. Obecnie jednak Anglikom i ich sąsiadom bliżej jest mściwych impertynentów, którzy w ateistycznym uniesieniu tłamszą najeżdżających ich włości muzułmańskich imigrantów, prześcigają się w żłopaniu piwska, żarciu extasy i wciąganiu amfetaminy, a na dodatek przodują w zestawieniach sumujących liczbę nieletnich matek. Dżentelmenów bezpowrotnie wyparli bohaterowie filmów Guya Ritchiego („Porachunki”, „Przekręt”) czy Danny’ego Boyla („Płytki grób”, „Trainspotting”).

Mając na uwadze zmianę, jaka nastąpiła w brytyjskim społeczeństwie, wiele dziwów z tegorocznego Wimbledonu wkrótce pewnie przejdzie do turniejowego uzusu: wart 80 mln funtów dach hulający nad głowami zawodników tak, jakby zarządzał nim niezrównany jajarz, szef turnieju zbywający dziennikarzy odpowiedziami, którymi mógłby zadowolić co najwyżej troglodytów, anachroniczne zwyczaje plądrujące zmagania tenisistów w stopniu wystarczającym, aby porównać je do średniowiecznych ceremoniałów. To już nie jest magia Wimbledonu. Raczej marnie zakamuflowana iluzja wyjątkowości.

Na szczęście magiczności Wimbledon nie wyzbył się jeszcze całkowicie. Ale zawdzięcza ją nie szefostwu i tym, którzy dbają o nienaganną jakość trawników czy wyzuty ze spontaniczności minimalistyczny wystrój wnętrz, lecz tenisistom. A dokładniej parze tegorocznych triumfatorów zmagań singlowych – Serenie Williams i Rogerowi Federerowi. Oboje przekroczyli już trzydziestkę, oboje znajdują się po stokroć bliżej kresu niż początku kariery, oboje zachwycili świat dyspozycją, jakiej na światowych kortach dawno nie widziano. W ich zwycięstwach bez wątpienia kryło się coś diabelskiego.