Wimbledon niedokończony. Rozmowa z Alicją Rosolską

Szymon Adamski , foto:

Alicja Rosolska w grudniu ubiegłego roku została mamą. Od początku jednak wiedziała, że chce wrócić na korty. W Roland Garros wystąpiła u boku Coco Vandeweghe, a planuje również występy w Wimbledonie i Igrzyskach Olimpiskich w Tokio. W rozmowie z Tenisklubem opowiedziała o macierzyństwie i drodze powrotnej na światowe korty.

 

Z Alicją Rosolską rozmawia Maria Kuźniar.

 

Trochę się zmieniło w twoim życiu. Od kilku miesięcy jesteś mamą.

– Trochę?! Zmieniło się bardzo dużo, ale jeśli miałabym oceniać, to tylko na korzyść. Spełniam się jako mama, Charlie jest naszym oczkiem w głowie. Praktycznie każdego dnia odkrywam coś nowego. Nie jestem wyjątkiem, jak każda mama jestem wpatrzona w moje dziecko, które oczywiście jest najpiękniejsze na świecie.

Tenisowa rodzina w Polsce rośnie i rośnie. Jako kibice możemy się tylko cieszyć.

– O tak, nawet się z tego śmiejemy wszyscy. Jesteśmy w stałym kontakcie, zresztą trudno się temu dziwić. Tyle lat razem w tourze, wspólne występy w Pucharze Federacji, z kim mam być bliżej, jak nie z ludźmi ze świata tenisa. Śmiejemy się czasem, że nasze dzieci będą razem grać, trenować. Wiadomo, na razie to takie gdybanie. Maluchy są jeszcze faktycznie maluchami. W każdym razie z Agnieszką Radwańską mam częsty kontakt, też jest mamą, a jej synek jest niewiele starszy od mojego. Czasem jednak dzwonię o coś podpytać. W sylwestra mieliśmy właśnie taką sytuację: coś nas zaniepokoiło u Charliego, gdzie tu dzwonić, wieczór, wiadomo, wszyscy świętują. Trochę panikowaliśmy. Chwyciłam za telefon do Agnieszki podpytać, czy nie zna przypadkiem pediatry, który dojeżdża do domu i może być dostępny w taki wieczór. Okazało się, że pediatrą jest tata Piotrka Gadomskiego, czyli chłopaka Uli. Zadzwonilismy i uspokoił nas przez telefon oraz poradził, jak zadziałać, za co jeszcze raz mu serdecznie dziękujemy. Oczywiście mam też kontakt z Martą Domachowską i Jurkiem Janowiczem. Ich syn jest starszy, więc jak chcę o coś dopytać, to kontaktuję się również z nimi.

Kibice raczej nie muszą obawiać się o przyszłość polskiego tenisa. Takie geny nie mogą się zmarnować.

– Wszyscy z tego żartujemy, że zadbaliśmy o przyszłość polskiego tenisa. I fajnie, że wszystkie dzieci są plus minus w podobnym wieku. Teraz różnicę jeszcze widać, ale za kilka lat będzie praktycznie niewidoczna. Jeśli nasze dzieci pokochają tenis, a na pewno będą miały z nim kontakt, jeśli zdecydują się nie tylko grać dla przyjemności, ale i połączyć to z zawodem, to pewnie będą spotykały się w rozgrywkach juniorskich, na początku na polskich kortach, a później… Kto wie? Wiadomo, że byłoby super patrzeć, jak rywalizują na zawodowych kortach. Na razie jednak to wychodzenie w przyszłość. Choć widziałam, że Filip, syn Marty i Jurka, już chwyta za rakietę. Żartujemy również, że to byłby chyba koniec świata, gdyby żadne z naszych dzieci nie grało w przyszłości profesjonalnie. Ale nie będziemy ich do niczego zmuszać. Poza tym to geny jednak o niczym nie decydują. Historia zna i takich, którzy talent ewidentnie odziedziczyli po rodzicu, ale i takich, którym jakoś nie idzie. Sebastian Korda rozwija się znakomicie, wychodzi z cienia ojca. Podobno nieźle idzie w rozgrywkach juniorskich synowi Lleytona Hewitta. Z drugiej strony niedawno karierę skończyła Mari Osaka, która nie osiągnęła nawet ułamka tego, co Naomi, a przecież to siostry. Może Charlie odziedziczył w genach smykałkę do tenisa, kto wie… Ale jeśli nawet, to czy zdecyduje się ją wykorzystać, to już zupełnie inna kwestia. Nasz syn z pewnością pozna tenis, to nieuniknione, sam jednak zdecyduje, czy to jest coś, czym będzie chciał się zająć. Oczywiście będę szczęśliwa, jeśli Charlie wybierze tenis, ale będę równie zadowolona, jeśli np. wybierze krykiet. Choć myślę, że tenis pokocha. Nie będzie miał innego wyjścia, skoro od małego będzie widział, jak jego mama trenuje.

No właśnie – mama trenuje i wraca do tenisa!

– O, tak! Od początku wiedziałam, że wrócę. W moim przypadku ciąża i macierzyństwo były tylko przerwą.

A kiedy urodziłaś, nie zmieniłaś zdania?

– Nie tylko ty o to pytasz. I może faktycznie, gdyby cała sytuacja miała miejsce kilka lat temu, wyglądałoby to inaczej. Ale teraz świat tenisa dba o rodziców. Na turniejach są takie małe klubiki, mini przedszkola, gdzie można zostawić dziecko pod opieką, ma się czas na trening, głowa jest spokojna. Jest mnóstwo udogodnień, których jeszcze jakiś czas temu nie było. Dużo jest tenisowych rodziców, którzy próbują łączyć życie prywatne i zawodowe. Jak widać, dużej liczbie z nich się to udaje. Mam nadzieję, że mi również. Tak zresztą planowaliśmy z mężem, że będziemy jeździli razem. Nie wyobrażam sobie zostawić Charliego w Polsce i ruszyć z walizkami na turnieje. Wiadomo jaki jest tenis – piękny, ale i bardzo wymagający. Nie miałabym szans, żeby spędzać czas z synkiem, patrzeć, jak uczy się nowych rzeczy. Byłabym non stop w podróży, a to wszystko nie sprzyjałoby ani dziecku, ani mi jako mamie, ani jako tenisistce. Podczas treningów czy spotkań nie mogłabym skupić się na grze, tylko rozmyślałabym. Taki powrót, jak dla mnie, byłby niemożliwy. Będziemy zatem jeździli wszyscy razem. Zobaczymy w praniu jak wyjdzie, ale jestem dobrej myśli. Na kort wracam powoli, na razie nie mogę za dużo powiedzieć, bo jednak miesiące przerwy swoje zrobiły. Po pierwszym treningu pojawiły się zakwasy, ale to akurat normalne. W każdym razie – wracam.

Naturalne pytanie: kiedy?

– I tu zaczynają się schody, bo naprawdę nie wiem. Wszystko zależy od sytuacji pandemicznej, ale i od stanu mojego zdrowia. Poza tym ciągle jeszcze uczę się być mamą. Nie wykluczam, że zagram na Roland Garros, choć mam tu jeszcze sporo wątpliwości. Jeśli nie uda mi się pojechać do Paryża, będę chciała wystąpić na Wimbledonie. Mam z tym turniejem dobre wspomnienia, bo w 2018 roku z Abigail Spears dotarłyśmy do półfinału. Marzy mi się poprawienie tego wyniku, choć wiadomo że, przynajmniej teraz, będzie o to trudno. Priorytetem są igrzyska olimpijskie w Tokio, tam chcę zagrać już na pewno. Wydaje mi się, że po kilku miesiącach treningu ciało wróci do formy. Wciąż jednak jest wiele niewiadomych. Pewnie wiedziałabym więcej, gdyby sytuacja była normalna, gdyby nie było koronawirusa. A tak, kiedy wszystko zmienia się tak naprawdę z dnia na dzień, mogę tylko planować, a pandemia moje plany zweryfikuje.

Skoro plany nie są jeszcze pewne, to nie ma co pytać o ewentualną partnerkę deblową?

– Nie mam pojęcia, z kim zagram. Oczywiście rozmawiałam jeszcze przed przerwą macierzyńską z kilkoma dziewczynami, trudno jednak było mi się z nimi umawiać. Kiedy nie grałam, każda z nich znalazła sobie partnerkę. Jeśli będzie im się grało dobrze, gdy będą miały dobre wyniki, to trudno, żeby rzucały wszystko tylko dlatego, że wracam na kort.

Rozpoczęcie współpracy z zupełnie nową partnerką, tuż po powrocie, z perspektywą ważnych imprez może byc trochę ryzykowne…

– Różnie z tym bywa. Czasem jest tak, że gramy dopiero pierwszy mecz razem, a mam wrażenie, że znamy się doskonale. Pamiętam, że miałam tak na przykład z Jeleną Ostapenko, z którą świetnie się uzupełniałyśmy. Wiadomo, że lepiej gra się z kimś, kto wykorzystuje podczas gry podobne schematy, co ja. Zawsze jednak przy rozpoczęciu współpracy trzeba się dotrzeć, potrenować, ustalić taktykę czy pomysł na dany mecz. Poza tym przed przerwą macierzyńską też nie miałam wciąż tej samej partnerki, trochę zmieniałam w zależności od decyzji innych dziewczyn. Nie ma jednak tego złego. Gra z różnymi zawodniczkami sprawia, że muszę być elastyczna, uczę się nowych rzeczy, ma to swoje plusy. Oczywiście, kiedy gra się z jedną partnerką przez lata, wiadomo czego się spodziewać, znamy swoje mocne i słabsze strony, łatwiej nam reagować na konkretne sytuacje w meczu. To kwestia zaufania, kiedy na przykład wiem, że dane zagranie lepiej wykona partnerka, ale, tak jak mówię, w każdej sytuacji można znaleźć pozytywne strony. I tego się trzymam.

Z drugiej jednak strony zbliżają się igrzyska. Sama podkreślasz, że to twój priorytet. W takim razie z kim chciałabyś zagrać?

– Rozmawiałam wstępnie z Magdą Linette i Igą Świątek, żeby zorientować się, jakie one mają plany i cele. Iga planuje grać singla i miksta, a Magda singla i debla, więc mam nadzieje, że razem z Magdą będziemy miały wystarczająco mocny ranking, aby dostać się do turnieju.

A jak idą treningi?

–  Początki nie były łatwe, bo ciało musiało się przystosować, znowu złapać ten rytm treningów, odbijania, spędzania czasu na korcie. Jest trochę łatwiej, kiedy kocha się to, co się robi. Mam wszystko poukładane, mogę liczyć na duże wsparcie rodziny, trenera od przygotowania fizycznego Sławka Fotka oraz koleżanek z kortów – trenuję czasem z mamuśkami, czyli Isią i Martą, więc naprawdę nie mam na co narzekać.

Ostatnio w WTA było trochę tych rodzicielskich powrotów. Na przykład Jelena Wesnina zapowiedziała, że skupi się raczej na deblu, ale nie zamyka przed sobą drzwi w singlu. Nie myślałaś, żeby też jeszcze raz spróbować?

–  Nie, zdecydowanie nie. Singiel to zupełnie inna gra, nie dałabym rady łączyć debla i indywidualnych występów, bo przede wszystkim wiązałoby się to z koniecznością gry w różnych turniejach. W deblu mogę wykorzystać swój zamrożony ranking w 8 startach, wiec w tej chwili mogę zostać w WTA Tour, z kolei w singlu musiałabym zacząć od zera, od najmniejszych turniejów rangi ITF. Wiem, że czasem po przerwie chce się spróbować czegoś nowego, ale znam siebie, swoje możliwości. Mam jeszcze trochę do wygrania w deblu. Ten półfinał Wimbledonu pokazał, że zdobycie tego najważniejszego tytułu jest możliwe. Liczę, że w najbliższych latach uda się to zrealizować.