Wimbledon: Radwańska Express
W ciągu niespełna pięciu godzin Agnieszka Radwańska zapracowała na szósty wielkoszlemowy ćwierćfinał w karierze. I musiałaby stać się katastrofa, żeby w końcu nie dochrapała się półfinału.
W pierwszym starciu w tegorocznym Wimbledonie Magdalena Rybarikova przyszpiliła krakowiankę do kortu na nieco ponad półtorej godziny, potem było już niewiarygodnie łatwo. Jelena Wiesnina i Heather Watson solidarnie broniły się przez niecałą godzinę, z sensacyjnie przedzierającą się przez turniej Camilą Giorgi zeszło Polce paręnaście minut dłużej. Poważne rywalki usunęły się same, nie czekając na ingerencję Radwańskiej. Na którąś z najpoważniejszych natrafić może dopiero w finale.
Jeszcze nigdy polska rakieta numer jeden w tak zawrotnym tempie nie dostała się do najlepszej ósemki turnieju wielkoszlemowego. Jeśli w przeszłości osiągała tę fazę rozgrywek, poprzedzała awans pełnokrwistymi bataliami, w których albo wyszarpywała przegrane mecze (jak z Nadią Pietrową w Australian Open 2008), albo prawie oddawała wygrane (ze Shuai Peng podczas Wimbledonu 2009). Zdarzało się też, że mordęga towarzyszyła jej od pierwszej rundy (Kimiko Date-Krumm i Bethanie Matteks-Sands w inauguracyjnych pojedynkach dwóch ostatnich edycji Australian Open). Spokojnie, komfortowo i szybko nie było nigdy. Aż do teraz.
Ekspresowa przeprawa Polki przez turniej jest przede wszystkim jej zasługą. Popełniając średnio 3,5 niewymuszonego błędu na set, ładując w karo serwisowe ponad 70% pierwszych podań i zasypując rywalki piłkami notorycznie lądującymi w sąsiedztwie końcowej linii, można wierzyć w pokonanie każdego. A Radwańska nie musiała przecież ogrywać zawodniczek wybitnych. Jej dotychczasowe rywalki nie tylko jeszcze niczego wielkiego nie zwojowały – najmocarniejsza z nich, Wiesnina, jest 79. zawodniczką globu – ale i w starciach z krakowianką nie zaprezentowały czegokolwiek, co mogłoby przysporzyć jej choćby symbolicznych trudności. Ich siermiężny, ograniczony do młotkowatego bombardowania z końcowej linii tenis idealnie pasował Polce. Na jednorodność i schematyczność gry oponentek ripostowała sprytem, opanowaniem oraz tłamszącą przewagą zaawansowania technicznego.
W ćwierćfinale będzie Radwańskiej trudniej, lecz w zasadzie tylko nieznacznie. Przeciwniczką Polki będzie Maria Kirilenko – Rosjanka, z którą swego czasu często grywała debla. Grywała z nią także w singlu i zazwyczaj wymownie zwyciężała. Z siedmiu pojedynków wygrała pięć, w tym cztery ostatnie. Za Polką w zasadzie przemawia wszystko – nawierzchnia, którą szczególnie sobie ceni, ranking, bezpośrednia rywalizacja. Co więcej, młodsza o 2 lata krakowianka ma także przewagę doświadczenia – przed półfinałową granicą w zmaganiach wielkoszlemowych zatrzymywała się już pięciokrotnie, Rosjankę ta przykrość spotkała dotychczas zaledwie raz.
A jeśli i tę przeszkodę przeskoczy – albo ominie w jakiś inny sposób – natrafi w końcu na rywalkę z półki bardzo wysokiej – albo na Angelique Kerber, która w czwartej rundzie zmiotła z kortu Kim Clijsters, albo Sabine Lisicki, rewelacyjną pogromczynię Marii Szarapowej. Obie tenisistki zachwycają w tegorocznym Wimbledonie, ale Polki przestraszyć nie mogą. Radwańska i Kerber znają się jak łyse konie, wskutek czego ich mecze niemal zawsze przeistaczają się w wyczerpujące, trzysetowe boje. Raz wygrywa jedna, raz druga. Obie grają w tym roku nadzwyczajnie, ale na trawie faworytką ma prawo czuć się Polka. Z Lisicki na papierze powinno być odrobinę łatwiej. Gdy przed paroma miesiącami zmierzyły się w Dubaju, Polka utoczyła z wyniku idealnego ledwie trzy gemy. Problem w tym, że po zawodniczce obdarzonej nieprawdopodobną siłą rażenia, która w dodatku rozjechała po drodze liderkę światowego rankingu, można oczekiwać gry na astronomicznym poziomie.
Pewne jest w zasadzie tylko to, że młode Niemki nie są jeszcze zawodniczkami pokroju sióstr Williams i Kim Clijsters, które przed laty nękały Polkę w ćwierćfinałach, czy koszmarnej dla krakowianki Wiktorii Azarenki, dającej jej wycisk niemal na każdym kroku. Nawet Daniela Hantuchova, która jako pierwsza odcięła Radwańskiej dostęp do wielkoszlemowego półfinału, była mocarniejsza od Niemek.
Tomasz Wiktorowski z pewnością będzie przestrzegał przed przedwczesnym wściubianiem Polki do finału. Już w przededniu pojedynków z zawodniczkami spoza czołowej setki albo z jej obrzeży apelował, by nie zapędzać się w prognozach i domniemaniach, lecz skupić na wydarzeniach najbliższych. Grzechem byłoby jednak nie wspomnieć, jak wielka perspektywa przed Radwańską się kreuje. A pomyśleć, że jeszcze przed startem turnieju szanse utyskującej na zmęczenie krakowianki jawiły się w bardzo ponurych barwach.

