Włoskie mistrzynie w wersji mini
Ledwo sięgają Marii Szarapowej do ramion i wydają się anachronicznymi wybrykami, które lepiej odnalazłyby się w czasach drewnianych rakiet. Pomimo jawnych ograniczeń, dokonały czynów wielkich, o które nikt nie śmiał ich nawet podejrzewać. Sara Errani i Francesca Schiavone dały nadzieję, że na najwyższym poziomie można wygrywać, grając inaczej niż wszyscy.
O Errani podczas US Open głośno było głównie dlatego, że, po pierwsze, pokonała kreowaną na wielką tenisistkę Angelique Kerber, a po drugie – spotkała się w ćwierćfinale z Robertą Vinci. Włoszki nie ukrywają, że ich zażyłość wybiega daleko poza kortowe ramy. Gdy dziennikarze indagują, na czym polega ich deblowa siła, przyjaźń przytaczają w pierwszej kolejności. – Chyba nie chcecie nas skłócić? – pytała drwiąco Errani na konferencji prasowej po deblowej wygranej z Julią Goerges i Kvetą Peschke. Był wtorek. Następnego dnia Włoszki miały zagrać przeciwko sobie w ćwierćfinale turnieju wielkoszlemowego.
Pojedynek wygrała Errani – młodsza, zwinniejsza, dysponująca większą dynamiką i pewnością siebie. Ta, która jeszcze niedawno w tenisie miała nie zaistnieć. I gdyby nie kilka sprzyjających czynników, pewnie by nie zaistniała.
Wiele lat temu Włoszka zjeździła najważniejsze miasta na tenisowej mapie świata, by znaleźć miejsce, w którym jej potencjał się objawi. Próbowała swoich sił w akademii Nicka Bollettierego na Florydzie, szkoliła się w Walencji, siłowała się z rówieśniczkami we Włoszech. Wszędzie mówili jej, że wielką tenisistką nie będzie. Bo za niska, rachityczna, bez szczególnie czułej ręki. Radzili zająć się czymś innym, bo talentem zdoła – przy wybitnie sprzyjających wiatrach – doczłapać najwyżej do pierwszej pięćdziesiątki rankingu.
Nie zraziła się ani nieprzychylnymi prognozami, ani kilkoma chudymi sezonami. W 2012 r. dokonała rewolucji w swoim tenisowym warsztacie – zmieniła rakietę na dłuższą (porzucenie Wilsona na rzecz Babolata kosztowało ją 30 tys. dolarów) i nabrała krzepy. Efekty okazały się piorunujące: zaliczyła cztery wielkoszlemowe finały (jeden w singlu i trzy w deblu), wygrała dwanaście turniejów (cztery w grze pojedynczej, osiem w podwójnej), a w poniedziałek wdrapała się na siódme miejsce w rankingu WTA Tour (w grudniu ubiegłego roku była czterdziesta piąta). Równie okazałym dorobkiem, łącząc dokonania singlowe i deblowe, może pochwalić się tylko Serena Williams. Dla największych rywalek Errani stała się kimś na wzór Davida Ferrera – doskonale przygotowaną fizycznie, regularną do bólu, zawsze bojowo nastawioną przeciwniczką.
Zbliża się koniec sezonu, a mierząca 164 centymetry Włoszka znajduje się na doskonałej pozycji do szturmu na czołowe lokaty. Lada moment może wskoczyć na piąte miejsce w zestawieniu – przed nią będą jedynie zawodniczki fizycznie zgniatające całą konkurencję (Wiktoria Azarenka, Szarapowa i Williams), a także Agnieszka Radwańska. Polka może jednak zlecieć za Errani. Trudno przypuszczać, by dla krakowianki kolejny październik okazał się równie opasły (przed rokiem królowała w Azji, na przestrzeni dwóch tygodni wygrywając w Tokio i Pekinie). Gdyby Włoszce udało się przeskoczyć Radwańską (zakładam, że z wyprzedzeniem Kerber i Petry Kvitovej problemów mieć nie będzie), zostanie czwartą rakietą globu, a zatem wyrówna najlepszy wynik Franceski Schiavone – tenisistki, której dokonania być może rozkręciły wir popisów Errani i Vinci.
Kiedy Polacy czekali na następców Jadwigi Jędrzejowskiej i Wojciecha Fibaka, Włosi wierzyli, że i u nich wkrótce pojawią się sukcesorzy Nikoli Pietrangellego czy Adriano Panatty – pierwszy na przełomie lat 50. i 60. walczył o miano największego specjalisty od gry na mączce, drugi w 1976 r. sięgnął po wielkoszlemowy triumf w Paryżu. Zamiast nich doczekali się Schiavone – wojowniczki, która najpierw onieśmielała stylem gry, niejednokrotnie stając się obiektem drwin, a potem zadziwiała skutecznością swoich poczynań.
Przed dwoma laty Włoszka niespodziewanie dobrnęła do finału Rolanda Garrosa. A gdy pokonała w nim faworyzowaną, obudowaną górą mięśni Samanthę Stosur, jej triumf stał się jedną z większych sensacji ostatniej dekady. Filigranowa Włoszka prezentuje bowiem unikalny styl, który dziś jest już rzadkością. Zabawia kibiców forhendem, który Bradowi Gilbertowi i Chrisowi Fowlerowi przypomina strzał z bicza, technicznymi cackami i walecznością, której nie powstydziliby się najwięksi wojacy. Wydawało się, że grając w ten sposób, w XXI w. sukcesów osiągać się nie da. Tymczasem Schiavone nie tylko pokusiła się o sensację, ale i po roku dowiodła, że jej wyczyn nie wyrósł z przypadku – w 2011 r. padła w Paryżu dopiero w finale.
Włoskie specjalistki od gry na mączce wyraźnie dzieli styl (Errani uderza typowo rzemieślniczo, Schiavone zakrawa na artystkę), ale mają też mnóstwo wspólnego: krasnale gabaryty, północnowłoskie pochodzenie, chorobliwą waleczność i ogromne pokłady determinacji. Historie obu poruszają wyobraźnie, pozwalając mieszkańcom Półwyspu Apenińskiego wierzyć, iż nawet nacje nie trzęsące od lat czołówką mogą dorobić się największych gwiazd dyscypliny. Od Włoszek na tenisowym topie bardziej roi się tylko od Rosjanek, Amerykanek i Czeszek. Nawet Włochów w pierwszej setce doliczyć można się już sześciu, choć pięć lat temu mieściło się tylko trzech. Postęp jest niezaprzeczalny.
Na singlową eksplozję wciąż czeka Vinci. W Nowym Jorku była już jej bliska – zanim poległa z Errani, rozgromiła m.in. siostry Radwańskie. Czekają także włoscy tenisiści, którzy często wydają się zbyt skrępowani, by otwarcie próbować złamać panującą hierarchię. Ich indolencja na tle popisów kieszonkowych rodaczek prezentuje się momentami groteskowo. Andreas Seppi urwał dwa sety Novakovi Djokoviciovi w Paryżu, ale nie śmiał posunąć się dalej. Fabio Fognini ma jedną z najsubtelniejszych rąk w cyklu, ale zamiast wykorzystywać ją nieustannie, popisuje się nią odświętnie, kilka razy w meczu, jakby zależało mu wyłącznie na chwilowym poklasku. Filippo Volandri potrafił ograć Rogera Federera, ale międzynarodowy rozgłos zawdzięcza korupcyjnemu zamieszaniu i wykryciu w jego organizmie salbutamolu. Mistrz pokroju Panatty jeszcze się nie pokazał.



