WTA Finals. Czy ostatnia może być pierwszą?

Szymon Adamski, foto: AFP

Szymon Adamski

Czterdzieści dni czekała Ashleigh Barty na to, aż pozna nazwiska wszystkich przeciwniczek w Finałach WTA. Sama zapewniła sobie w nich udział już 9 września, natomiast ostatnia z zakwalifikowanych – Belinda Bencic – dopiero w przedostatnim możliwym terminie. Czy na tej podstawie można wysnuć jednak jakiekolwiek wnioski?

Przejdźmy od razu do odpowiedzi, a ta brzmi: nie. I nawet jeśli Barty ostatecznie sięgnie po tytuł w Shenzhen, a Bencic przepadnie po fazie grupowej, nie trzeba będzie wstydliwie wycofywać się z własnego zdania. Po prostu tak może wyglądać układ sił w nadchodzącym tygodniu, co jednak w żaden sposób nie będzie się łączyć z wcześniejszymi wynikami w sezonie. Bo z tenisistkami jest jak z dziewczynami w piosence Połomskiego – ,,nie wie się, czy dobrze jest, czy może jest, może jest już źle”.

Debiut liderki

Za Ashleigh Barty nie przemawia wiele. Jest co prawda liderką rankingu opartego na zdobyczach punktowych, ale już chociażby pod względem turniejowych zwycięstw ustępuje Karolinie Pliszkovej, a gorsze od niej nie są Bianca Andreescu i Naomi Osaka. Co więcej, tylko jedno z trzech tegorocznych trofeów Australijka wywalczyła na nawierzchni twardej. Robi się jeszcze ciekawiej, kiedy zerknie się w rubrykę tegorocznych zwycięstw nad zawodniczkami z czołowej dziesiątki. Okaże się, że od Barty więcej ma ich Belinda Bencic, która do WTA Finals załapała się rzutem na taśmę. To może doświadczenie przemawia za Australijką? Też nie, przecież Barty do jedna z trzech debiutantek w turnieju mistrzyń, jeśli weźmiemy pod uwagę grę pojedynczą. W dwóch poprzednich sezonach brakowało jej około dziesięciu pozycji do awansu, a wcześniej nawet nie myślała o zwieńczeniu sezonu wśród najlepszych tenisistek. To akurat zrozumiałe, bo czemu takie myśli miałyby nachodzić krykiecistkę. W latach 2014-2015 Barty występowała w zespole Brisbane Heat.

Wróćmy jednak do tegorocznych finałów WTA. To, że Barty nie będzie występować w roli faworytki, nie koliduje z tym, że w gronie ośmiu najlepszych znalazła się zasłużenie. Aż do Wimbledonu pozostawała najjaśniejszym punktem tegorocznych rozgrywek. Była przyjemnym powiewem świeżości w zdominowanych przez wciąż narastającą fizyczność kobiecych rozgrywkach. Jej subtelne slajsy i woleje stanowiły pożądaną alternatywę dla atakujących bez ładu i składu konkurentek. Mówiąc wprost: jej styl gry się wyróżniał, a przy okazji podobał się publiczności. Ponadto, na Barty zawsze można było liczyć. Podczas gdy inne zawodniczki z czołówki przeplatały efektowne zwycięstwa gorzkimi porażkami, Australijka wystrzegała się wpadek. To zaprocentowało w Paryżu, gdzie w drodze po życiowy sukces musiała pokonać szereg niżej notowanych rywalek (najwyżej sklasyfikowaną z nich była Madison Keys – na 14. miejscu).

Ashleigh Barty rozgrywa więc przełomowy, bardzo udany sezon i na pewno chce zakończyć go z przytupem. Co ciekawe, wcale nie musi mieć to związku z WTA Finals. 23-latka z Ipswich, w przeciwieństwie do pozostałych uczestniczek imprezy w Shenzhen, ma jeszcze zobowiązania wobec drużyny narodowej. W drugi weekend listopada zrobi wszystko co w jej mocy, by poprowadzić Australię do pierwszego od ponad 40 lat zwycięstwa w Pucharze Federacji.

2019, czyli stabilizacja

Równie intensywna, choć nieco inaczej rozłożona w czasie, jest końcówka sezonu w wykonaniu Belindy Bencic. Szwajcarka przez ostatnie 4 tygodnie grała w Wuhan, Pekinie, Linzu i Moskwie, szukając punktów potrzebnych do zakończenia sezonu w top 8. Pierwsze trzy imprezy nie poszły co prawda po jej myśli, ale w stolicy Rosji sięgnęła po trofeum, dzięki czemu cel udało się zrealizować. Powstaje pytanie: jakim kosztem? Pozostałe uczestniczki Finałów WTA nie miały aż tak napiętego grafiku w ostatnim czasie, więc i sił na ostatnie zawody mogą mieć więcej. Z drugiej strony zbawienna dla Bencic może się okazać tygodniowa przerwa pomiędzy turniejem w Moskwie, a finałami w Shenzhen. Wcześniej władze WTA zdawały się nie dostrzegać problemu, że między jedną a drugą imprezą był zaledwie jeden dzień przerwy.

Co więcej można napisać o Bencic? Podobnie jak Barty będzie debiutantką. Kompleksów względem bardziej doświadczonych powinna się jednak wystrzegać, a pomóc jej w tym mogą wspomnienia z Dubaju. Nie tak odległe, bo z lutego tego roku. Wówczas Bencic w trzy dni pokonała Halep, Switolinę i Kvitovą, zdobywając w ten sposób pierwszy od czterech lat tytuł w głównym cyklu. Podsumowując dobiegający końca sezon Szwajcarka nie zwraca jednak uwagi na poszczególne wyniki, a na równy poziom prezentowany przez ostatnie dziesięć miesięcy. Z jej słów wynika, że to właśnie stabilizacji brakowało jej najbardziej w poprzednich latach.

Dobry wynik w WTA Finals będzie zatem wisienką na torcie. A to, że z drugiego szeregu można skutecznie zaatakować, udowodniła przed trzema laty Dominika Cibulkova. Słowaczka również awansowała do turnieju finałowego z siódmego miejsca, wygrywając jedną z imprez w końcówce sezonu. W Singapurze (tam wówczas rozgrywano Finały WTA) nikt nie dawał jej większych szans, a mimo to sięgnęła po trofeum. Trudno o lepszą inspirację, biorąc pod uwagę najbliższe otoczenie 22-letniej Szwajcarki. Ze Słowacji pochodzą Ivan Bencic i Martin Hromkovic, czyli prywatnie ojciec i sympatia tenisistki, a zawodowo jej trenerzy.