Wyjść z cienia

Anna Niemiec , foto: AFP

Anna Niemiec

Tegoroczny turniej w Melbourne przypominał „Igrzyska Śmierci”, albo brutalną grę komputerową. Warunki trudne, „trup ścielił się gęsto”. Niespodzianek co niemiara, jedna większa od drugiej.

Tekst: Anna Niemiec

Uprzedzając ewentualne pytania Jenifer Lawrence nie wygrała, ale na pociechę cały czas ma szansę na drugiego Oskara. W Australian Open, tak jak pozostałych turniejach wielkoszlemowych, po czterech rundach z 256 tenisistów i tenisistek zostaje tylko szesnastka. Osiem kobiet i ośmiu mężczyzn, którzy przetrwali australijski upał i nie ulegli przeciwnikom. Nie znaczy to jednak, że im rywali mniej tym łatwiej. Na placu boju pozostali przecież tylko najlepsi. U panów w czołowej ósemce z jednym wyjątkiem, zameldowali się wszyscy zawodnicy, którzy przed turniejem byli wymieniani jako faworyci do zdobycia tytułu. Panie, jak to zwykle bywa, były mniej przewidywalne.

Zawodniczki, które sprawiły dwie największe niespodzianki, w ćwierćfinałach grały ze zmiennym szczęściem. Ana Ivanović uległa w trzech setach Eugenie Bouchard. Z kolei Dominika Cibulkova po pokonaniu Marii Szarapowej, poszła za ciosem i gładko pokonała Simonę Halep. Z perspektywy polskich kibiców, ale podejrzewam, że nie tylko, najciekawiej zapowiadał się ćwierćfinał, w którym naprzeciw siebie stanęły Agnieszka Radwańska i Wiktoria Azarenka. Zdecydowaną faworytką była Białorusinka. „Isia” zdawała sobie sprawę, że czeka ją piekielnie trudne zadanie. Polka wyszła na kort bojowo nastawiona, zdecydowana, żeby „pomścić” wszystkie dotychczasowe bolesne porażki. Kibice przecierali oczy ze zdumienia. Wika w pierwszym secie w ostatnim momencie zdołała urwać gema. W drugiej partii gra się wyrównała. Niestety w końcówce Radwańską zawiódł pierwszy serwis i Wiktoria wyrównała stan rywalizacji.

""

To co się działo w trzecim secie było totalnym zaskoczeniem. Kibice zgromadzeni na trybunach i przed telewizorami zastanawiali się czy krakowianka będzie w stanie stawić opór, silniejszej i rozpędzonej po wygraniu drugiego seta rywalce. Trzeci set, to był koncert gry Polki, która swojej przeciwniczce nie oddała nawet gema. Komentatorzy, dziennikarze, specjaliści prześcigali się w wymyślaniu określeń, które mogłyby opisać to, co na korcie wyprawiała Radwańska. Pojawiło się nawet stwierdzenie, że Aga zawstydziła Harry Pottera. Komplement tym większy, że padł z ust Brytyjczyków. Stawkę półfinalistek uzupełniła Li Na, gładko wygrywając z Flavię Pennettę.

""

Pierwszą finalistką została Chinka, która pokonała Bouchard. Młoda Kanadyjka pomimo półfinałowej porażki, z występu w tegorocznym Australian Open może być bardziej niż zadowolona. Zrobiła furorę. Wszędzie gdzie się pojawiła, podążała za nią armia fanów tzw. Genie Army. Tenisistka po każdym meczu dostawała od swoich sympatyków pluszową zabawkę, która przedstawiała jedno z charakterystycznych dla Australii zwierząt m.in. misia koalę i wombata. Genie Bouchard, której do niedawna najgłośniejszymi osiągnięciami były mistrzostwa Wimbledonu juniorek oraz nagranie razem z Laurą Robson własnej wersji teledysku do przeboju Gangam Style, coraz śmielej poczyna sobie na światowych kortach wśród seniorek. Młoda Kanadyjka ma potencjał, żeby zostać gwiazdą na miarę Any Ivanović czy samej Marii Szarapowej.

""

Media uwielbiają Genie, która nie ma problemu z publicznym przyznaniem się do słabości do swojego rodaka Justina Biebera. Jej idolem w dzieciństwie była Anna Kurnikowa. Kanadyjka urodą Rosjance nie ustępuje, a jej najlepsze osiągnięcie w turnieju wielkoszlemowym już wyrównała. Agnieszka Radwańska w pojedynku przeciwko Dominice Cibulkovej była niestety cieniem samej siebie z dnia poprzedniego. Przeciwko Wiktorii Azarence rzuciła na szalę wszystko co miała i na mecz przeciwko kieszonkowej, ale niezwykle zawziętej tenisistce ze Słowacji, nie zostało już praktycznie nic.

""

W finale obie zawodniczki były bardzo zdenerwowane. W tie breaku pierwszego seta lepiej emocje opanowała Li Na. Wygrana pierwszej partii dodała pewności Chince i w drugiej części pojedynku to ona zdecydowanie rządziła na korcie. Bardziej niż sam mecz pamiętana będzie zapewne przemowa triumfatorki. Świeżo upieczona mistrzyni Australian Open podziękowała między innymi agentowi, za to, że uczynił ją bogatą, mężowi, który w sumie jest „fajnym kolesiem”, ale miał niesamowite szczęście, że ją znalazł. Li Na udowodniła, że nie tylko świetnie gra w tenisa, ale gdy zajdzie potrzeba potrafi błysnąć dowcipem i elokwencją. Ciekawe ile osób po latach będzie pamiętało, że w trzeciej rundzie Chinka była pięć centymetrów od odpadnięcia z turnieju. Lucie Safarova miała w tym pojedynku meczbola i mniej więcej o tyle pomyliła się przy backhandzie wzdłuż linii. Gdyby trafiła, Li pakowałaby walizki. Los bywa przewrotny.

""

W turnieju panów w najlepszej ósemce znalazł się tylko jeden „niespodziewany gość”- Grigor Dimitrow. Wykorzystał szansę, która nadarzyła się po odpadnięciu już w drugiej rundzie faworyta tej części turniejowej drabinki – Juana Martina Del Potro. W ćwierćfinale stawił twardy opór samemu Rafaelowi Nadalowi. Bułgar wygrał seta, dwa kolejne przegrał po tie breakach, w jednym z nich miał kilka piłek setowych. Zaprzepaszczone szanse podłamały go, co szybko wykorzystał Rafa i w czwartym secie przejął kontrolę nad spotkaniem. Pomimo porażki Grigor może być z siebie zadowolony. Udowodnił, że już nie tylko dobrze się zapowiada. Pokazał, że ma uzasadnione aspiracje, aby być kimś więcej niż „Baby Federerem” i wyjść z cienia swojej utytułowanej dziewczyny. Staje się groźny dla najlepszych.

""

Roger Federer w ćwierćfinale przeciwko Andy’emu Murrayowi utrzymał wysoką dyspozycję z poprzednich meczów i zrewanżował się Szkotowi za zeszłoroczną porażkę. Tomas Berdych wzbudził nie lada poruszenie swoim piłkarskim pasiastym strojem. Kibice i dziennikarze lekko się z niego podśmiewywali. Do śmiechu za to na pewno nie było Davidowi Ferrerowi, jego przeciwnikowi w ćwierćfinale. Hiszpan nie mógł sobie poradzić z potężnymi uderzeniami, którymi bombardował go Berdych.

Wszyscy ostrzyli sobie zęby na mecz Novaka Djokovicia, ze Stanislasem Wawrinką. Ich zeszłoroczny pojedynek był najlepszym męskim meczem roku. Szwajcar zaczął słabo, pierwszego seta oddał gładko rywalowi. W dwóch kolejnych podniósł poziom swojej gry, z kolei Djoković popełniał więcej błędów niż normalnie i zrobiło się 2-1 w setach dla Wawrinki. Serb zadania przeciwnikowi ułatwiać nie miał zamiaru i wyrównał stan meczu. W decydującej partii tenisiści szli równo. W końcówce więcej szans dawano Djokoviciowi. Wydawało się, że dzięki większemu doświadczeniu znowu ucieknie spod noża i prześlizgnie się do półfinału. Jednak nic dwa razy się nie zdarza – Szwajcar lepszy 9:7. W zeszłym roku Stanislas Wawrinka walczył dzielnie, zdobył sympatię i mnóstwo nowych fanów na całym świecie, ale zszedł z kortu pokonany. W tym roku nie miał ochoty na powtórkę tego scenariusza. Mecz nie był może tak porywający jak ten z zeszłoroczny, ale to zwycięstwo na pewno smakowało lepiej niż najpiękniejsza nawet porażka.

""

W meczu o finał naprzeciwko Stanislasa Wawrinki Tomas „zbiegły więzień” Berdych. Taki skład półfinału Wielkiego Szlema podziałał trochę odświeżająco. Męski tenis stał się w ostatnich latach bardzo hermetyczny. „Wielka czwórka” rzadko dopuszczała kogoś spoza własnego grona do końcowych faz największych turniejów. Ostatnim, który przełamał hegemonię był Juan Martin Del Potro w 2009 roku podczas US Open. Wcześniej ta sztuka udała się Maratowi Safinowi w Australian Open 2005. Sympatycy „Stana” obawiali się trochę czy ich faworyt zdoła się zregenerować po ciężkim boju przeciwko Djokoviciowi. Obawy okazały się bezpodstawne. Wawrinka wytrzymał zarówno fizycznie jak i psychicznie. Trzy z czterech setów zakończyły się tie breakami i to Stanislas był górą.

""

W drugim półfinale tenisowy klasyk – Roger Federer kontra Rafael Nadal. Szwajcar swoimi poprzednimi występami dał sympatykom nadzieję, że powalczy z najgroźniejszym rywalem. „Maestro” walczył, ale tylko w pierwszej partii, którą przegrał w tie breaku. Im dłużej trwał mecz, tym bardziej Federer wydawał się zgaszony i zrezygnowany. Zupełnie nie mógł sobie poradzić z serwisem Hiszpana. Pierwszego break pointa wywalczył dopiero w połowie trzeciego seta. Nie zmieniło się to, że pojedynki z Rogerem wyciągają z Hiszpana to co najlepsze. Z kolei na szwajcarskiego mistrza „Rafa” jest tym, czym dla supermana był kryptonit. Ogólnie ze swojego występy na antypodach Federer może być zadowolony. Jeśli utrzyma taką formę przez resztę sezonu, to nie będzie można go skreślać z grona faworytów do triumfów w wielkich turniejach. Jedyne czego będzie żałował to, że nie udało mu się doprowadzić do szwajcarskiego finału w Wielkim Szlemie.

""

Przed finałem faworytem, przynamniej na papierze był Rafael Nadal. Byli tacy, którzy już „dopisali” mu czternasty tytuł wielkoszlemowy. Jednak Stanislas Wawrinka miał inny pomysł. Od pierwszych piłek, pokazał, że nie ma zamiaru wdawać się w długie wymiany z głębi kortu. Kiedy tylko miał okazję kończył punkty potężnym forhendem, ale najważniejsze, że w przeciwieństwie do swojego słynnego rodaka, potrafił Hiszpanowi zagrozić również ze strony bekhendowej. W drugim secie nastąpił zwrot akcji. Nadal zgłosił kontuzję i zszedł z kortu razem z fizjoterapeutą. Stanislas Wawrinka bardzo zdecydowanie, chyba aż za bardzo, domagał się od sędziego, żeby wyjaśnił mu przyczynę przerwy. „Rafa” wrócił na kort, ale gołym okiem było widać, że nie jest w stanie rywalizować na 100 procent. Po przegranym drugim secie wydawało się nawet, że Nadal kieruje się już do siatki, żeby podziękować przeciwnikowi za mecz. W ostatniej chwili jakby zmienił zdanie i poszedł na swoje miejsce.

W trzeciej partii Wawrinka się pogubił, stracił koncentrację i przestał sobie radzić z kontuzjowanym rywalem. Rafael nie mógł normalnie serwować, ale z głębi kortu potrafił się jeszcze „odgryźć”. Hiszpan odrobił część strat i zasadne było pytanie czy Szwajcar udźwignie psychicznie, stresującą sytuację. Wawrinka wziął się w garść. Wrócił do poziomu gry, który prezentował na początku spotkania, nie pozwolił na więcej bardziej utytułowanemu rywalowi, wykorzystał swoją szansę, zwyciężył, zdobywając swój pierwszy wielkoszlemowy tytuł, a potem oszalał z radości.

""

Można być zagorzałym fanem Rogera Federera. Można nie przepadać za stylem gry i sposobem bycia na korcie Rafaela Nadala, ale na pewno nie można Hiszpanowi odmówić waleczności i klasy. Nikt nie zdziwiłby się, gdyby „Rafa” przerywał spotkanie, ale on mimo kontuzji postanowił walczyć do końca. Nie chciał zawieść kibiców, którzy kupili bilety, żeby zobaczyć go w akcji. Nie chciał psuć tenisowego święta i „oddać” finału. Po meczu odmówił rozmowy na temat swoich pleców, bo to był dzień „Stana” i nim wszyscy powinni się interesować. Nie da się uniknąć dyskusji pt. „Co by było, gdyby…”. Czy Wawrinka dałby radę wygrać, gdyby nie kontuzja Hiszpana. Tego nigdy się nie dowiemy, ale na pewno można powiedzieć, że Szwajcar był na najlepszej drodze, żeby go tego dnia po raz pierwszy pokonać. Wygrał zasłużenie, to od początku był jego turniej. Stanislas Wawrinka był gotowy, żeby nareszcie wyjść z cienia.

Czytaj także: Powrót starych mistrzów – podsumowanie pierwszego tygodnia Australian Open