Wywiad z Igą Świątek. Równowaga

Adam Romer , foto: AFP

Adam Romer

Rok 2023 był dla ciebie już piątym sezonem w ścisłej światowej czołówce. Czy można powiedzieć, że najlepszym? Czy takie porównania, szczególnie z 2022 rokiem, gdy wygrałaś dwa Wielkie Szlemy, mają sens?

– Nie wiem, kiedy to zleciało, ale też zdecydowanie nie cały ten czas spędziłam w czołówce. Myślę, że zdecydowanie nie warto porównywać sezonów inaczej niż tylko w kontekście sportowego rozwoju, poprawy kolejnych elementów, nad którymi pracuję.

Co nowego pojawiło się w twojej grze, czego nie było w 2022 roku?

– Nie będę wchodziła za bardzo w aspekty techniczne i taktyczne. Trener Wiktorowski ma tak dużą wiedzę, że przede mną wiele pracy i wiele elementów, które możemy szlifować. Nieustannie pracujemy jednak nad serwisem, grą przy siatce i ogólną grą na szybkich nawierzchniach.

Dzięki ciężkiej pracy i talentowi odnosisz niebywałe sukcesy na korcie, które dają wielką popularność w normalnym życiu. Jak to odczuwasz na co dzień? Czy czasami ci to nie ciąży?

– Na co dzień jestem poza Polską, gdzie ta rozpoznawalność jest największa, dlatego przyznam, że nie odczuwam tego jako ciężar, a gdy już jestem w Polsce między turniejami, to zazwyczaj jest to miłe. Właściwie jedyną rzeczą, za którą naprawdę nie przepadam, jest filmowanie i robienie zdjęć z ukrycia.

Kiedy ostatnio udało ci się zrobić zakupy w przysłowiowym spożywczaku?

– Z tym już niestety bywa naprawdę trudno…

Tenisowi poświeciłaś bardzo wiele. Nie brakuje ci czasami zwykłego życia?

– Tenis jest częścią mojego życia i akurat ja, już nawet jako dziecko, całkiem nieźle zdawałam sobie sprawę z tego, co może wiązać się z coraz lepszym graniem. Staram się znajdować przestrzenie dla siebie i robić to, co sprawia mi przyjemność.

A jak to znosi Grappa? Czy nie jest przypadkiem trochę obrażona, gdy wracasz do domu?

– Jakoś dajemy sobie radę.

Jakie jest twoje podejście do korzystania z mediów społecznościowych? Z jednej strony sportowcy często mówią o konieczności dystansowania się od nich, a z drugiej strony często podkreślasz, że sama poruszasz się w tym obszarze, czym zyskujesz wiele sympatii fanów. 

– Media społecznościowe są częścią mojego życia, najbardziej aktywna jestem na Instagramie i X. Świadomie zarządzam moimi nawykami w korzystaniu z telefonu, więc ograniczam to podczas turniejów, kiedy tego potrzebuję, ograniczam korzystanie z niego przed snem, żeby nie wpływało negatywnie na jakość snu i regenerację. Nauczyłam się rozpoznawać, kiedy warto trochę odpuścć sobie obecność w sieci, kiedy potrzebuję uważnego czasu bez ekranów i social mediów. Staram się też nie czytać hejtu, ale czasami trudno tego uniknąć.

Daria Abramowicz, ważny członek w twoim sztabie szkoleniowym, mówiła ostatnio sporo o hejcie, nieprzychylnych komentarzach czy wręcz groźbach, które was spotykają. Jak sobie z takimi sprawami radzić? Jak ty sobie radzisz?

– Myślę, że warto odróżnić merytoryczną krytykę i negatywne opinie od hejtu, czyli formy przemocy. Z krytyki może wyłonić się sporo ważnych wniosków, ale rzeczywiście coraz częściej widzę komentarze, które nie mają zbyt wiele wspólnego z realiami, ponieważ ludzie nie znają mnie i mojego świata, albo są po prostu krzywdzące. Nie sądzę, że akurat to, poza może apelowaniem do kibiców raz na jakiś czas, jestem w stanie zmienić. Pracując ze sobą i pracując nad tym z Darią, dbam przede wszystkim o samoocenę, pewność siebie i odnoszenie się do rzeczywistości, a nie do komentarzy. No i oczywiście staram się po prostu też nie poświęcać temu uwagi, gdy to możliwe.

Wróćmy jednak do touru. Co było dla ciebie trudniejsze do udźwignięcia: utrzymywanie się przez tak wiele tygodni na pozycji liderki rankingu i zewsząd dochodzące głosy o rekordach z tym związanych czy jednak utrata tej pozycji po US Open i kolejna presja związana z oczekiwaniami powrotu na szczyt?

– To złożona kwestia. Czasami praca z sukcesem czy osiągniętym celem jest bardziej wymagająca niż gonienie tego celu i dążenie do jego osiągnięcia. Obie sytuacje są wymagające na swój sposób i wymagają solidnej pracy na korcie i poza nim. Dla mnie to radzenie sobie z coraz większymi oczekiwaniami z zewnątrz jest większym wyzwaniem. A tych jest więcej, gdy wszyscy wokół chcą kolejnych tygodni, w których jestem numerem jeden, otwieram tę przysłowiową piekarnię, wygrywam turnieje.

Czy zwycięstwo w Pekinie, a później szczególnie w Cancun, dało ci dodatkową satysfakcję? Co poczułaś, gdy okazało się, że wracasz na pozycję nr 1?

– Zawsze największą satysfakcję dają mi rzeczy, na które najciężej pracuję, więc tak – w tym przypadku czułam dużą radość, dumę i właśnie satysfakcję.

Masz 22 lata, ale w w czołówce jesteś już od kilku sezonów. Zauważasz jakieś zmiany w zawodowym tourze?

– Zmian jest wiele i na różnych poziomach. Na pewno pojawiają się nowe twarze, zmienia się też kobiecy tenis co do zasady – staje się coraz bardziej fizyczny, szybszy, gramy coraz mocniej. Są też negatywne zmiany dotyczące funkcjonowania touru – trudny kalendarz, coraz więcej grania.

Kolejne zmiany pojawiają się na horyzoncie. Mówi się o nowym regulaminie, możliwości odbierania punktów, gdy nie wypełni się limitu obowiązkowych turniejów. Co o tym sądzisz?

– Zmiany zostały już wprowadzone i część z nich złagodzono dzięki rozmowom z nami – zawodniczkami. Zobaczymy, jak będzie wyglądał nowy sezon, i czy damy radę sprostać wymaganiom postawionym nam przez władze WTA.

Sporo mówiłaś o swoich zastrzeżeniach do działań władz WTA. Czy liczysz, czy liczycie, jeśli mówimy o grupie czołowych tenisistek, na jakieś zmiany? A jeśli tak, to jakie? W komunikacji? W sposobie podejmowania decyzji?

– Przede wszystkim w intensywności kalendarza i zasadach dotyczących obowiązkowych turniejów. Ale tak, dotyczy to także komunikacji, budowania z nami relacji i przede wszystkim budowania jakości kobiecego tenisa, który ma do zaoferowania mnóstwo świetnych historii zawodniczek, dużo dobrego grania i rywalizacji.

Który z turniejów wielkoszlemowych jest dla ciebie najtrudniejszy? Australian Open ze względu na porę i miejsce rozgrywania? Wimbledon, bo trawa jest specyficzna? Czy może Roland Garros z większym ciężarem oczekiwań?

– Chyba nadal Wimbledon. Gra na trawie wciąż ma dla mnie sporo wyzwań i czuję, że to na tej nawierzchni mam najwięcej lekcji do odrobienia.

Jaki w związku z nietypowym przebiegiem przyszłego sezonu i szybkim powrotem na mączkę, na turniej olimpijski, masz ze sztabem plan na trawiastą część kalendarza?

– Na razie skupiam się na najbliższych występach i ufam, że mój zespół będzie razem ze mną podejmował dobre decyzje.

Gdybyś mogła „ukraść” jeden element dowolnej tenisistce, to co by to było i od kogo?

– Chyba serwis Sereny.

Z Tomaszem Wiktorowskim pracujecie od dwóch lat. Wcześniej ponad pięć lat trenowałaś z Piotrem Sierzputowskim. Czy uważasz się za tenisistkę łatwą do prowadzenia, czy wręcz przeciwnie?

– Nie przepadam za określaniem ludzi „łatwymi” lub „trudnymi” – myślę, że każdy z nas jest inny, a o to, jak się ze mną pracuje, pewnie trzeba byłoby zapytać mój sztab. Na pewno czasami sporo dyskutuję, nie ukrywam, że lubię stawiać na swoim, co nie zawsze ułatwia komunikację. Choć coraz rzadziej, to ciągle jednak bywa, że okazuję sporo emocji – ale myślę, że to naturalne. Jestem też pracowita, ufam mojemu zespołowi, mam w sobie dużo determinacji do rozwoju i ciągłej poprawy. Chyba nie jest więc tak najgorzej.

Przed laty opowiadano taką anegdotę o różnorodności podopiecznych Nicka Bollettieriego, którzy trenowali w Bradenton: gdy rano Michael Chang rozpoczynał zajęcia na korcie, Pete Sampras właśnie szykował się do śniadania, a Andre Agassi dopiero przewracał się z boku na bok w swoim łóżku. Nie wiadomo do końca, czy tak właśnie było, ale anegdota oddawała charakter tych chłopaków. Do którego z nich jest ci najbliżej? Jesteś rannym ptaszkiem jak Michael, dbającym o równowagę Pete’em czy niepoprawnym śpiochem-marzycielem jak Andre?

– Lubię równowagę, staram się funkcjonować tak, żeby poza ciężką pracą dobrze o siebie dbać, a przy tym czasami mieć czas na wyspanie się i trochę luzu.

Sporo w mediach mówi się o twojej relacji z Mikaelą Shiffrin. Jak bardzo jest ona zażyła? Kiedy ostatnio miałyście okazję się spotkać?

– Przez to, że obie jesteśmy zajęte naszymi dyscyplinami, kontakt mamy głównie na Instagramie. Dwa razy udało nam się zrobić live na insta dla fanów, co było bardzo inspirujące. Na pewno wspieramy się korespondencyjnie i widzimy nawzajem sporo podobieństw w naszych karierach.

Starasz się propagować czytanie książek. Jesteś często pytana, co aktualnie czytasz. Czy po sezonie 2023, gdy rzuciłaś wyzwanie do przeczytania 12 książek, możesz zarekomendować dwie, trzy pozycje, które sama przeczytałaś, a uważasz je za godne polecenia?

– Najbardziej wartościowa była dla mnie książka o perfekcjonizmie Sharon Martin. Z powieści wygrywa chyba książka Ann Patchett „Tom Lake”.

Jakie masz marzenie na rok 2024? Tenisowe to pewnie zwycięstwo w…?

– Nie zakładam wygrania konkretnego turnieju. Na każdy jedziemy, żeby go wygrać, jak lubi mówić trener Wiktorowski. Czy to będzie możliwe? Tego nie wiemy, ale robimy wszystko, żeby to osiągnąć.

A w życiu poza kortem tenisowym?

– Podróżować i budować dobre wspomnienia, kiedy jestem na turniejach. Znajdować czas dla siebie. Wprowadzić się do mieszkania. A na koniec roku może znowu jakieś fajne egzotyczne wakacje. No i oczywiście koncert Taylor Swift, ale kto wie, kiedy to będzie możliwe przy tym, jak pełny jest kalendarz turniejów.

Ostatnie tygodnie przyniosły ci dwa spektakularne osiągniecia. Wygrałaś po raz drugi plebiscyt „Przeglądu Sportowego” na najlepszego sportowca roku i z polską drużyną dotarłaś do finału United Cup. Można lepiej zacząć nowy sezon? Jakie to ma dla ciebie znaczenie na kolejne tygodnie?

– Na pewno start United Cup daje dużo satysfakcji i dodaje pewności siebie. Pokazuje, że okres przygotowawczy przepracowaliśmy sumiennie i dobrze, widzimy efekty wdrożonych działań. Docenienie przez fanów w plebiscycie „Przeglądu” jest szczególne. Bardzo mnie to buduje, że ludzie tak mnie wspierają i mi kibicują.

Wywiad pochodzi z papierowego wydania nr 136 magazynu „Tenisklub”