Z drugiej B do drugiej setki

Michał Jaśniewicz , foto: Jan McIntyre

Michał Jaśniewicz

W grudniu 2008 roku odwiedziliśmy Kasię Piter w domu, na treningu i w szkole. Była wtedy uczennicą klasy IIb. W grudniu 2013 Katarzyna Piter jest już dawno po maturze, ale nadal należy jej szukać w drugiej – tym razem drugiej setce rankingu WTA, i to całkiem wysoko. Niewiele zabrakło, aby w Australian Open 2014 nie musiała grać w turnieju eliminacyjnym.

Tekst Artur St. Rolak, Poznań 

– Co się zmieniło przez te pięć lat? – powtarza pytanie. – Bardzo dojrzałam jako człowiek i, co za tym idzie, jako tenisistka. Trwało to dłużej niż u innych zawodniczek, bo wyniki przyszły później niż bym chciała. Wszyscy jednak bardzo w to wierzyliśmy i bardzo ciężko na to pracowaliśmy.

Team Katarzyny Piter to obecnie tata Dariusz i brat Jakub. Pierwszy nauczył ją grać od podstaw i ukształtował jako zawodniczkę. Drugi, sam nie osiagnąwszy spodziewanych wyników, został sparingpartnerem i trenerem siostry towarzyszącym jej podczas wyjazdów na turnieje. Przez kilka tygodni między krótkimi wakacjami (tenisistka spędziła je w Dubaju i Amsterdamie) a rozpoczęciem nowego sezonu razem ćwiczyli w Poznaniu. Na obiekcie Grunwaldu zawsze mają do dyspozycji kort ziemny, jeśli natomiast potrzebują czegoś szybszego, twardszego, to jadą do centrum treningowego w Sobocie. Tata, jako były lekkoatleta i nauczyciel wychowania fizycznego, świetnie „ogarnia” trening ogólnorozwojowy, natomiast nad tenisowym pracują z nią obaj.

Jak każdy młody chłopak chciałem awansować do pierwszej setki rankingu światowego, ale ułożyło się inaczej. Sam nie mogłem, więc zamierzam zrobić to razem z Kasią – mówi Jakub. – Teraz, kiedy siostra ma przerwę w startach, on nadrabia czas na uczelni. Akademia Wychowania Fizycznego? To nie dla niego. Kiedy sam jeszcze grał w tenisa, nie mógłby pogodzić sportu z nauką. Wybrał więc prawo i administrację na Uniwersytecie Adama Mickiewicza. Nie jest lekko, ale daje radę. Właśnie pozdawał zaległe egzaminy i został studentem czwartego roku.


Wyścig z czasem

Najtrudniejsza zmiana w życiu Katarzyny zaszła w kwietniu 2012 roku. Mama tenisistki już od jakiegoś czasu chorowała na raka. Raz czuła się lepiej, raz gorzej, więc życie w rodzinie państwa Piterów toczyło się normalnie – mąż opiekował się żoną, córka grała w turniejach, a syn studiował i pomagał w karierze Magdzie Linette.

Katarzyna startowała w Stanach Zjednoczonych, kiedy dostała od taty wiadomość, że stan mamy szybko się pogarszał. Zawodniczka natychmiast zrezygnowała z kolejnych turniejów i wróciła do domu. – Czy zdążyłam? Tak… Cały czas wierzyłam, że mama na mnie czeka. Była bardzo silna… To jej zasługa, a nie medycyny, że była z nami tak długo.

W tym okresie Katarzyna Piter była „zaoczną słuchaczką” akademii tenisowej w Amsterdamie. Pojechała za namową brata, który był tam wcześniej. – Czułam, że potrzebuję jakiejś odmiany, chciałam spróbować czegoś nowego – mówi zawodniczka.

Spróbowała. Poza sprawami czysto sportowymi zawsze miło wspomina ludzi, u których zamieszkała. Nie musiała ani zamykać się w czterech ścianach pokoju hotelowego, ani doświadczać wątpliwych uroków życia w klubowym internacie. Tak się zaprzyjaźniła z gospodarzami, że to właśnie u nich, na ich zaproszenie, spędziła część tegorocznego urlopu.

W akademii Michiela Schapersa, w 1988 roku 25. tenisisty świata, ćwiczyła pod okiem samego szefa, który w jej grze zmienił przede wszystkim serwis. Nie mógł jednak podróżować z nią z turnieju na turniej, więc wysyłał asystenta, Adama Gagnona. Chemii między tym trenerem a zawodniczką jakoś nie było, więc po przymusowym powrocie z turniejów w USA Katarzyna postanowiła zostać już w domu.

Tortury na żywo
W sierpniu 2010 roku, po wygraniu w Koksijde turnieju ITF (25 tys. USD), Katarzyna Piter awansowała na 214. miejsce w rankingu WTA. Skok do drugiej setki wydawał się wtedy jedynie kwestią czasu. Zamiast poprawy pozycji przyszły jednak spadki. Tamten sezon zakończyła na 242., kolejny na 324., a 2012 – aż na 376. miejscu. To właśnie te dwa i pół roku ma na myśli mówiąc o ciężkiej pracy, która długo nie dawała oczekiwanych rezultatów.

2013 też nie zaczął się nadzwyczajnie, bo od trzech porażek w pięciu meczach, i to eliminacyjnych. Dopiero w czwartym starcie udało się jej wygrać cztery pojedynki z rzędu i awansować do półfinału „25” w Meksyku. Na prawdziwy przełom musiała poczekać jeszcze prawie trzy miesiące – do turnieju takiej samej rangi we Włoszech.

W Grado dotarłam do finału, ale najważniejszy był tam dla mnie mecz drugiej rundy eliminacji. Wygrałam z Liną Stanciute 6:0 w trzecim secie, udowadniając sobie, że potrafię się przełamać i wytrzymać takie pojedynki psychicznie. Pod tym względem ten mecz był dla mnie trudniejszy niż wiele kolejnych, nawet na większych turniejach – twierdzi Katarzyna Piter.

O trudach śledzenia jej występów na odległość mogą coś powiedzieć tata i brat. – Nie ma na świecie nic gorszego niż „live score”! To najbardziej denerwujący sposób obserwowania meczu – zapewniają. Podczas challengera w Poznaniu pan Dariusz kilka razy dziennie zaglądał do biura prasowego, aby sprawdzić aktualny wynik. W 2013 roku ITF uruchomiła na swej stronie internetowej funkcję „livescoringu”. Jest ona jednak jeszcze niedostępna na urządzenia mobilne, więc co jakiś czas tata zawodniczki sprawdzał wyniki w turniejowym komputerze.

Za każdym razem powtarzał, że planem na sezon 2013 było takie miejsce w rankingu, aby jego córka „załapała się” do eliminacji US Open. – Wtedy mogłam już zdecydować się na udział w większych turniejach – dodaje zawodniczka.

Cała Polska widziała
A to, co było później, większość kibiców zapewne pamięta, choć nie w szczegółach. US Open – druga runda kwalifikacji; Seul – finał kwalifikacji; Ningbo (challenger WTA 125 tys.) – druga runda turnieju głównego po przejściu eliminacji.

Ciąg dalszy przypomnieć sobie znacznie łatwiej, ponieważ występy Polki w Linzu i Luksemburgu mogliśmy obejrzeć w telewizji. W sumie dziewięć wygranych meczów, w tym cztery z rywalkami z pierwszej setki, i 132 punkty do rankingu (za zwycięskie eliminacje oraz drugą rundę i ćwierćfinał). Rok 2013 Piter zakończyła dwoma challengerami w Azji, które dały jej kolejne 45 punktów.

""

Nie każda tenisistka z drugiej setki rankingu singlowego ma na stronie WTA wizytówkę ze zdjęciem. Katarzyna zasłużyła sobie na nią świetnymi występami w deblu. W 2011 roku, w parze z Kristiną Mladenovic, awansowała do finału turnieju WTA w Kopenhadze. W 2013 – tydzień po Wimbledonie, którego partnerka Piter została mistrzynią w grze mieszanej – Polka i Francuzka zdobyły tytuł w Palermo. Miniony sezon poznanianka zakończyła na 81. pozycji w rankingu deblowym. – Sukces w Kopenhadze był trochę przypadkowy. Znacznie wyżej cenię Palermo. Nie dlatego, że zwyciężyłyśmy, lecz dlatego, że grałam dobrze i przed, i po tym turnieju.

Zamieniając imprezy ITF na WTA, nie poczuła się obco. Od dawna zna wiele rywalek, niektóre jeszcze z czasów juniorskich. Jeśli coś zrobiło na niej wielkie wrażenie, to tylko Wielki Szlem. – Omal nie zderzyłam się w drzwiach z Andy’m Murrayem. Powiedział „Sorry!” i przepuścił mnie przodem – wspomina tenisistka. Jej brat zwrócił natomiast uwagę na uprzejme zachowanie innego gwiazdora: – Roger Federer przytrzymał windę, abym zdążył wsiąść. To dla mnie coś niesamowitego!

""

Do trzech razy sztuka
Z tamtego „tenisklubowego” reportażu (nr 36) dowiecie się na przykład, że Kasia uczyła się nie tylko polskiego, matematyki, angielskiego i geografii, ale także jazdy samochodem. Mieszkając pod Poznaniem, traciła mnóstwo czasu na dojazdy do szkoły i na korty. Marzyła więc o samochodzie i prawie jazdy, które pozwoliłyby jej uniezależnić się od możliwości czasowych taty.

W końcu mam prawo jazdy i auto, wspólne z Kubą, ale nie było łatwo. Przede wszystkim nie miałam kiedy wyjeździć tych 30 obowiązkowych godzin, bo ciągle brakowało mi czasu. Kiedy już z dużym wyprzedzeniem zapisałam się na egzamin, to z powodu wyjazdu musiałam go przekładać. No, ale zdałam – mówi z dużą dumą w głosie. Z mniejszą, gdy dodaje, że za trzecim razem. A już bez dumy, że raz trafiła zderzakiem w bramę garażu.

W tamtym numerze (luty 2009) opisaliśmy i pokazaliśmy na zdjęciu kolekcję butów tenisistki. Butów nie było widać, bo stały na półce zapakowane w pudełka z dokładnymi opisami. Najpierw marka producenta, a potem szczegóły: czarne balerinki, czerwone z kokardką, cieniowane szpilki z czubeczkami… – Te pudełka już dawno zniknęły. Mama zrobiła mi specjalną półeczkę na buty. Kilka par do wyboru zawsze stoi przy wyjściu, żebym mogła szybko zdecydować, które akurat będą najlepiej pasowały – wyjaśnia.

Na wszelki wypadek dodaje (bo nam, facetom, od czasu do czasu chyba jednak trzeba o tym przypominać), że lubi wstawić lub włożyć na półkę lub do szafki coś nowego. Jak nie parę butów, to torebkę; jak nie torebkę, to jakiś ciuszek. – Bardzo lubię na przykład markę „Solar”. Zauważyłam, że kupuje ją coraz więcej coraz młodszych dziewczyn.

Zakupy to był jeden powodów wyjazdu na urlop do Dubaju. – Pierwszy, bo chciałam poleżeć na plaży. Drugi, bo pogoda jest tam gwarantowana. Trzeci, bo to dużo bliżej niż na przykład Karaiby. A czwarty to właśnie sklepy – wyjaśnia Katarzyna.

Jajecznica – palce lizać!
Tenisistka nie ma chłopaka, bo nie ma na niego czasu. Jedna randka na miesiąc? Rozmowy głównie przez telefon? Uśmiechy wyrażane jedynie za pomocą emotikonów? Nie, dziękuje bardzo. Przyszli kandydaci na jej partnera powinni już teraz pędzić na kurs tańca. Katarzyna uwielbia tańczyć i skarży się, że ma okazję to robić stanowczo zbyt rzadko. Już dawno obiecała sobie, że kiedyś się zapisze na lekcje. – Mam poczucie rytmu. Gdy tylko usłyszę muzykę, to aż mnie nosi – tłumaczy.

Zdecydowanie gorzej niż na parkiecie czuje się w kuchni. Przyznaje, że na razie marna z niej pani domu. Trening czyni mistrza także w tym przypadku, a kiedy ona ma ćwiczyć się w gotowaniu i pieczeniu, jeśli całe tygodnie spędza poza domem? A jeśli nawet jest w Poznaniu, to i tak najczęściej jada „na mieście”. – Ale jajecznicę robi świetną! – zapewnia brat.

Marzenia/plany (niepotrzebne skreślić) mają wspólne. ¬– Nie chcemy o nich mówić na wyrost – zastrzega Jakub, ale Katarzyna wpada mu w słowo: – Każdy tenisista chciałby być w dziesiątce albo numerem jeden. Albo wygrać Wimbledon… Na razie chcę wejść na stałe do WTA Tour i grać w największych turniejach.

Pan Dariusz tylko przytaknął. Dzieci powiedziały wszystko. Nic dodać, nic ująć.

""