Magdalena Fręch: wyszłam na prostą

, foto: AFP

Magdalena Fręch weszła w 2020 rok jako 188. rakieta świata. W rozmowie z nami tłumaczyła, dlaczego spadek w rankingu nie musi wiązać się z rozczarowaniem i jak to jest przez 9 miesięcy grać z bolącym nadgarstkiem. Teraz ze zdrowiem jest już w porządku, więc przyszłość rysuje się w jasnych barwach. 

– Pierwsza połowa 2019 roku była dla mnie wymagająca mentalnie. Miałam dużo punktów do obrony, chociażby w Australian Open i Roland Garros, a do tego doszedł bolący nadgarstek. To przykre, kiedy wiem, że nie jestem w stanie grać i trenować, a punkty uciekają – bez ogródek powiedziała Fręch. Na potwierdzenie jej słów można napisać, że w Melbourne i Paryżu broniła 150 punktów. Jak na tenisistkę z drugiej setki rankingu WTA to naprawdę sporo. Dość powiedzieć, że obecnie do zajmowania 188. lokaty wystarcza jej 318 punktów. Łatwo więc policzyć, że dobre wyniki w dwóch Wielkich Szlemach mogą stanowić nawet połowę dorobku zawodniczek z zaplecza top 100. – Problemy się nawarstwiały i pojawiła się swego rodzaju presja. Bardzo się cieszę, że udało mi się ją zwalczyć i wyszłam na prostą. Zmobilizowałam się i potrafiłam później skupić się wyłącznie na grze – mówiła zawodniczka.

Presję udało się zwalczyć, pozostaje pytanie – co z nadgarstkiem. Pod tym względem też na szczęście jest lepiej. Swego rodzaju potwierdzeniem gotowości był dobry występ naszej reprezentantki w grudniowej imprezie ITF w  Dubaju. Cztery zwycięstwa (dwa w eliminacjach i dwa w turnieju głównym) na pewno można uznać za udane przetarcie przed wyzwaniami stojącymi w 2020 roku. – Nie zwalczyłabym jednak presji, gdybym nie wyleczyła tego nadgarstka. To był priorytet. Walczyłam z bólem przez dziewięć miesięcy, więc naprawdę długo. Teraz mogę powiedzieć, że ten problem za mną i bólu nie odczuwam. Z optymizmem patrzę w przyszłość – przekonywała Fręch. Więcej o jej występie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i związanym z tym przesądem pisaliśmy w tym miejscu.

Oprócz pozytywnego akcentu na koniec roku w Dubaju, wartym odnotowania wynikiem na pewno była pierwsza runda US Open. Fręch po raz pierwszy od Roland Garros 2018 zdołała przejść przez wielkoszlemowe eliminacje. Wówczas cieszyła się jednak nie tyle z przerwania złej passy, co z tego, że została wynagrodzona za cierpliwość i upór. – Myślę, że to, co wydarzyło się w 2019 roku przełoży się na kolejne lata. Tenis to nie tylko zwycięstwa i pięcie się w rankingu, więc minionego sezonu nie nazwę rozczarowującym. Dużo się nauczyłam pod kątem mentalnym, ale też życiowo. Wiele z niego wyniosłam i mam nadzieję, że to zaprocentuje w przyszłości – podsumowała 22-latka.

Skoro mowa o przyszłości, to dla Magdaleny Fręch pierwszym turniejem w 2020 roku będzie najprawdopodobniej ITF w Canberze. Pula nagród (25 tysięcy dolarów) nie robi dużego wrażenia, ale na liście zgłoszeń znalazło się aż 19 zawodniczek z drugiej setki. Niemal każdy chce spróbować swoich sił jeszcze przed startem Australian Open, a zawodniczki biorące udział w eliminacjach (jak chociażby Fręch) są w o tyle gorszej sytuacji, że mają tydzień mniej czasu na zaliczenie próby generalnej. Początkowy plan obejmował turniej WTA Premier w Brisbane, jednak Polka wolała nie ryzykować, że nie dostanie się do drabinki i zostanie na lodzie. W kolejnych tygodniach i miesiącach to właśnie imprezy głównego cyklu mają wypełniać kalendarz naszej reprezentantki. – Turnieje WTA przede wszystkim, ale nie wykluczam startów w ITF-ach. Zobaczymy, na co ranking będzie pozwalać. Swoją drogą, mam nadzieję, że po australijskiej części sezonu będzie już lepszy niż obecnie – optymistycznie zakończyła Fręch.

Szymon Adamski