Rozmowa z Adamem Romerem dla Sport.pl

/ sport.pl , źródło: sport.pl, foto: Photo-Mach Agency, Marcin Okla

Gorącym tematem w tenisowym świecie jest zakończenie współpracy Igi Świątek z Wimem Fissette’em. O tym opowiada nasz redaktor naczelny, Adam Romer w długiej rozmowie z Agnieszką Niedziałek ze Sport.pl.

 

Agnieszka Niedziałek: Wszyscy oglądający mecze Igi Świątek widzieli, że nie działo się u niej dobrze, a w takiej sytuacji zawsze pojawia się pytanie o zmianę. Przed chwilą dowiedzieliśmy się, że do niej doszło.

Adam Romer: Uważam to za błąd.

 

Błąd, ponieważ doszło do niej teraz czy błąd, bo tym, którego pożegnano, jest Wim Fissette?

– Uważam, że ponosi on konsekwencje za całokształt. Oczywiście, w piłce nożnej zawsze się mówi, że jak nie idzie i drużyna przegrywa, to się zwalnia trenera, bo to jest najprostsze. Ale w mojej opinii Belg ponosi konsekwencje nie swoich win. Nie wiem, czy ktoś się za to na mnie nie obrazi, ale trzeci raz taki sam numer nie przechodzi.

 

Mimo wszystko chyba jednak trudno mówić o szoku, znając specyfikę funkcjonowania sztabu Świątek.

– Każdy w środowisku tenisowym wiedział, że jeżeli ktoś zostanie zwolniony z tego sztabu, będzie to Wim Fissette. Ale to nie rozwiązuje problemu.

 

Skoro półtoraroczna współpraca duetu Świątek – Fissette to już zamknięty rozdział, możemy ją podsumować. Trzy wygrane turnieje i niemało trudnych momentów. Uważasz, że Belg miał szansę się wykazać?

– Oczywiście. Ale on od początku wiedział, do jakiego teamu wchodzi. Moim zdaniem wycisnął z tego bardzo dużo.

 

Ale nie maksimum?

– Tu trzeba pamiętać, że ten team jest ułożony inaczej niż wszelkie inne – nie trener tenisowy jest tam najważniejszy. To, co Fissette mógł zrobić, zrobił. Bo absolutnie jego zasługą jest wygranie Wimbledonu w ubiegłym roku. Udało mu się dotrzeć do Igi i przekonać ją w kwestiach gry na trawie. W innych najwyraźniej mniej. Powtórzę: moim zdaniem zwolnienie Wima zupełnie nie rozwiązuje problemów. To taki ruch, który może na jakiś czas uspokoi nieco sytuację, ale nie dotyka sedna sprawy.

 

Po rozstaniu z Tomaszem Wiktorowskim chwilowo Świątek trenowała pod okiem Dawida Celta, szukając nowego szkoleniowca na dłużej. Spodziewasz się, że teraz może być podobnie? Tzn. że nastąpi okres przejściowy?

– Bardzo, ale to bardzo bym się zdziwił, gdyby ktokolwiek z nazwiskiem przyszedł teraz do tego sztabu. Mówiąc o kimś z nazwiskiem mam na myśli ścisłą światową czołówkę. Po prostu sytuacja, która się zadziała, potwierdza, że nie trener tenisowy jest tam najważniejszy.

 

Chyba że któryś z czołowych szkoleniowców uzna, że zdoła wprowadzić swoje zasady.

– Ok, to już jego ryzyko.

 

W niedzielę anonimowa postać na portalu X wypuściła plotkę, że następcą Fissette’a miałby być Piotr Wozniacki. Ale od początku wydawało się to raczej mało prawdopodobne.

– Moim zdaniem nie jest to mu do niczego potrzebne. Być może rzeczywiście Iga w najbliższym czasie ponownie poprosi o pomoc Dawida Celta. Może on dzięki temu miałby argument, by przekonać ją do gry w kwietniowym meczu reprezentacji Polski w Pucharze Billie Jean King?

 

Za błąd uważasz zwolnienie Fissette’a. A czy był to dobry moment na dokonywanie zmian i bicie na alarm?

– Ja bym poczekał do końca rywalizacji na kortach ziemnych. Moim zdaniem taka prawdziwa weryfikacja nastąpi po Roland Garros. Wtedy bym zobaczył, jakie są wyniki, ranking i przede wszystkim jak wyglądała współpraca z boksem. Bo po wydarzeniach w Indian Wells i Miami to o niej się najwięcej mówiło.

 

Uważasz, że Fissette byłby w stanie coś jeszcze zrobić lepiej lub inaczej w ramach tej współpracy?

– Dla mnie to absolutnie jeden z topowych fachowców w kobiecym tenisie. Kto może Idze pomóc, jak nie człowiek, który trenował choćby Kim Clijsters, Angelique Kerber, Naomi Osakę czy Wiktorię Azarenkę? Ma ogromne doświadczenie. Ale musimy pamiętać, że obecnie, szczególnie w sytuacji kryzysowej, wiele czynników ma wpływ. Pytanie brzmiało, czy tak jak Iga uwierzyła, że może wygrywać na trawie, tak uwierzy Wimowi, że warto dalej iść drogą, którą obrali. Nie wiemy, ile osób bierze udział w podejmowaniu decyzji i kto ma decydujące zdanie. Tylko na podstawie tego, ile osób podpowiadało Idze ostatnio na korcie, miałem wrażenie, że panował tam absolutny chaos komunikacyjny.

 

Po dwóch ostatnich przegranych Świątek mówiła, że musi po prostu wrócić do pracy i próbować uporać się z sytuacją. Nie było nic w stylu: „Muszę przemyśleć, czy podążanie dotychczasową drogą ma dalej sens”.

– Te słowa Igi to pewnego rodzaju formułka, której używa na potrzeby świata zewnętrznego. To, co oni robią za zamkniętymi drzwiami, to już może być inna sprawa.

 

Ale też chyba w przeszłości zdarzało się jej już czasem wyjść poza tę formułkę.

– Do tej pory zawsze była znana z tego, że raczej nie podejmowała gwałtownych decyzji. Jedyna, która przychodzi mi na myśl, to dość zaskakujące zwolnienie trenera Piotra Sierzputowskiego między okresem przygotowawczym a początkiem nowego sezonu. Warto tu przypomnieć, że w swojej dorosłej karierze miała do tej pory trzech szkoleniowców, z którymi pracowała długoterminowo. Stawiała raczej na kontynuację.

 

Po przegranej w Miami odniosła się do dużego spadku jakości gry w meczu i powiedziała, że poprzednio czuła się tak pięć lat temu. Który z jej wcześniejszych występów przychodzi ci na myśl w tym kontekście?

– Powiedziałbym, że nie jest to coś nowego. W ostatnich miesiącach tego typu sytuacje obserwowaliśmy przynajmniej kilkukrotnie. Zachowując pełen szacunek dla Magdy Linette, takie sytuacje zdarzały się też z lepszymi zawodniczkami. Mnie w pierwszej kolejności przychodzą na myśl mecze z Jeleną Rybakiną i Amandą Anisimovą w WTA Finals. Iga też wtedy wygrywała pierwszy set i nagle się okazywało, że nie starczało już na drugi i na trzeci.

 

Tylko wtedy jeszcze brało się pod uwagę, że były to właśnie rywalki ze ścisłej światowej czołówki.

– Tak, oczywiście. Ale jeśli na początku listopada Iga przegrywała z zawodniczkami z top 10 w ten sposób, a teraz – tylko powtórzę: nie odbierajmy tu niczego Magdzie Linette – przegrywa z 50. zawodniczką świata, to można powiedzieć, że problem jest i się pogłębia.

 

W lutym musiała uznać też wyższość 52. na liście WTA Marii Sakkari.

– Tak, nie jest to jednostkowy przypadek. Z drugiej strony, zawsze będę podkreślał, że sytuacja na korcie czy wynik to wypadkowa kilku elementów. Tego, co się dzieje po naszej stronie siatki i tego, co się dzieje po drugiej. Po meczach Igi z Sakkari i Karoliną Muchovą w Indian Wells pojawiły się entuzjastyczne komentarze. Starałem się je nieco tonować, choć oczywiście bardzo mnie te zwycięstwa cieszyły. Wtedy pytanie brzmiało: „Czy to Iga grała tak dobrze, czy rywalki tak słabo?”. Potem było spotkanie z Eliną Switoliną i pytanie zmieniło się na: „Czy to Iga grała tak słabo, czy rywalka tak dobrze?”. Elementów składowych zawsze jest dużo.

Wydaje mi się, że tym, co charakteryzuje ostatnie miesiące w wykonaniu Igi, jest po prostu niestabilność. To jest coś, czego wcześniej nie było. Widzimy jak na razie wyraźną różnicę w stosunku do tego, co Iga pokazywała w 2022 roku, który był wręcz genialny, sezon 2023 był bardzo mocny, 2024 do połowy na pewno bardzo solidny. Zwycięstwo w Wimbledonie, potwierdzone potem triumfami w Cincinnati i Seulu utrzymało poprzedni sezon na pewnym poziomie. Co będzie z obecnym, dopiero zobaczymy.

 

W trzysetowym meczu ze Switoliną 42 niewymuszone błędy, a w trzysetowym spotkaniu z Linette 49. Czy to też znak, że sytuacja się pogarsza?

– Przy ocenie gry Igi trzeba mieć świadomość, że przy jej stylu jest niebezpieczeństwo dużej liczby niewymuszonych błędów, bo gra agresywnie. Oczywiście ten wskaźnik pokazuje nam, w jakiej jest formie, ale i tak relatywnie zawsze będzie miała tych błędów więcej niż takie zawodniczki jak Jasmine Paolini, Switolina czy Coco Gauff. Bo one bardziej bazują na defensywie, regularności. Iga zaś nauczyła się, by próbować narzucać swój styl i tym przez lata wygrywała. To czasami bywa pułapką, szczególnie w zderzeniu z najlepszymi dziś tenisistkami, czyli przede wszystkim Aryną Sabalenką i Rybakiną. One już się nie boją tej ofensywnej gry Igi. A wręcz wymienionej dwójce ten styl bardzo pasuje, bo mają dość siły, by się temu przeciwstawić.

 

Nawet jeśli ryzyko większej liczby błędów jest związane z samym stylem, to boleśnie brzmiały stwierdzenia komentatorów ostatnich meczów Świątek, że wystarczyło, by rywalki trochę poczekały, a ona sama z siebie zaczynała się mylić. Nawet bez dużego nacisku.

– Magda Linette powiedziała potem, że wiedziała, iż musi pozostać w meczu, że dostanie swoją szansę i czekała na nią. I ją dostała. Jeżeli Magda o tym mówi, to znaczy, że wszystkie dziewczyny w tourze to wiedzą. Nawet jeżeli Iga wygra pierwszego seta 6:1 czy 6:0, to one wiedzą, że trzeba się utrzymać w meczu, bo dostaną swoją szansę. To niepokojące, bo pamiętamy mecze, gdzie ona po wygraniu pierwszego seta 6:1 czy 6:2 jeszcze dokładała i dziewczyny nie były w stanie się podnieść spod tego walca. Dziś tak nie jest. Ale też musimy pamiętać, że taki jest tenis. Przypomnieć wystarczy choćby półfinał w Wiedniu Dominica Thiema z Matteo Berettinim. Dwóch fantastycznych zawodników, grali na korcie twardym, w hali. Włoch wygrał pierwszego seta, a w drugim prowadził z przewagą przełamania. Wydawałoby się, że w męskim meczu jest już pozamiatane. Co zrobił Thiem? Czekał na swoją szansę i ją dostał. Miał jednego czy dwa break pointy, wykorzystał je, wygrał drugiego seta, a potem też cały mecz.

Iga trochę podała rękę rywalkom. Dlaczego tak się dzieje? Tego do końca nie wiemy i jesteśmy zdani – niestety – na spekulacje, bo mamy za mało informacji. Iga już od dawna funkcjonuje w pewnego rodzaju bańce, informacje są wypuszczane na zewnątrz w sposób bardzo umiarkowany. Jedni są w stanie tworzyć najbardziej fantastyczne teorie, inni starają się na chłodno to analizować. Ale wciąż są to trochę oceny z drugiej ręki. Do sytuacji z ostatnich miesięcy pasuje powiedzenie starożytnych Rzymian, że sprawa doszła do trzeciego szeregu, czyli jest bardzo poważna. Ale Iga ma ten trzeci szereg, tych doświadczonych żołnierzy. Tylko pytanie, czy będzie umiała to wykorzystać. Tu trzeba wrócić do kwestii teamu – czy on jest w stanie jej pomóc i ją uspokoić. Bo na dzisiaj ewidentnie widać, że ona jest cała rozedrgana.

 

Po meczu ze Switoliną kibice i dziennikarze zwracali uwagę na okrzyki Darii Abramowicz. W Miami psycholożka sportowa komunikaty przekazywała spokojniej, ale tych głosów z boksu było dużo, bo mówili też Fissette i trener przygotowania fizycznego Maciej Ryszczuk.

– Wszystko zależy od tego, czego oczekuje zawodnik, bo tak naprawdę to koniec końców jest sam na korcie. Teoretycznie ludzie pracujący z nim od lat powinni wiedzieć, w jaki sposób mogą mu pomóc. Czy to musi być jakiś gwałtowny bodziec, czy to ma być wręcz uspokajanie. Zawodnicy różnie reagują. Przykładowo Agnieszka Radwańska bardzo nie lubiła jakichkolwiek podpowiedzi z boksu. Pamiętamy jedną z najsłynniejszych interakcji, jakie miała z ojcem na Roland Garros, gdzie w mocno nieparlamentarnych słowach powiedziała mu, by jednak nie komentował tego, co ona robi na korcie.

 

Świątek rok temu w ćwierćfinale w Miami, po kolejnej wskazówce Fissette’a, stwierdziła sfrustrowana, że przecież próbuje robić to, o czym mówił Belg. A po meczu przyznała, że nie lubi dostawać często wskazówek w trakcie rywalizacji. Czy na bazie tego można stwierdzić, że ostatnio błąd popełnił cały sztab, kierując do tenisistki uwagi jedno po drugim?

– Jeżeli jest tak, jak mówisz, to świadczyłoby to o pewnego rodzaju desperacji teamu. Mam wrażenie, że wszyscy, którzy siedzą w boksie Igi, zaczynają reagować trochę bezradnie. Musimy mieć świadomość, że emocje nigdy nie są dobrym doradcą w takich sytuacjach. Oczywiście, pięć razy łatwiej mówić – a jeszcze łatwiej napisać to w internecie i być najmądrzejszym – że trzeba zachować chłodną głowę i czekać na swoją szansę. Iga tego typu mecze miała już w swojej historii i wygrywała je chłodną głową. Ale to było dawno. Wydaje mi się, że wszyscy – ona i cały team – zapętlili się trochę w tym wszystkim.

Dochodzi do całkowitego rozjazdu wizerunku – gdzie Iga ciągle jest postrzegana jako absolutnie topowa zawodniczka i faworytka w większości swoich meczów – i rzeczywistości, bo kończy je jako przegrana. To oczywiście powoduje pewnego rodzaju frustrację. Nie jest tak, że ona nagle przestała umieć grać forhend, bekhend, czy słabiej serwuje. Wszyscy narzekają na jej serwis. Owszem, dwa lata temu na pewno serwowała lepiej, ale nikt nie jest wolny od tego typu problemów. Najlepsi na świecie tenisiści mają niesamowite wahania formy serwisowej, bo jest to jeden z najbardziej złożonych elementów. Nagle może wypaść jeden klocek i wszystko nam się rozsypuje. Zaczynamy majstrować, zaczynamy coś próbować zmienić i jest jeszcze gorzej, zamiast być jeszcze lepiej.

 

Świątek i Fissette zgodnie zapowiadali, że celem będzie wprowadzenie większego urozmaicenia do jej gry, które ma pomóc Polce utrzymać się w ścisłej czołówce. Uważasz, że te zmiany jej zaszkodziły? A może to, co teraz obserwowaliśmy, to był okres przejściowy, który jest wliczony w koszty?

– Myślę, że to są dwa oddzielne problemy. Iga jest na tyle świadomą i dobrą zawodniczką, że zdaje sobie sprawę, iż musi urozmaicać grę, by wygrywać. I tu znowu musimy bazować na spekulacjach, bo mamy zbyt mało informacji od samej Igi czy teamu, ale – opierając się na jej inteligencji – myślę, że ona doskonale widzi, że jej najgroźniejsze rywalki w ostatnich kilkunastu miesiącach bardzo dokładnie odrobiły pracę domową i grają nieporównywalnie lepiej. Jeżeli popatrzymy na serwis Sabalenki, Rybakiny czy Anisimowej, to one rzeczywiście są teraz potęgą. Ich mecze idą w kierunku męskiego tenisa, gdzie w secie może się zdarzyć jeden, dwa, trzy break pointy, które są na ogół kasowane dobrym serwisem. Iga tego nie ma i ewidentnie utrudnia jej to obecnie grę, szczególnie z tymi najlepszymi rywalkami.

Czy udaje jej się coś dobudować do tenisa? Ja tylko powiem, że wszyscy najwięksi – a ja absolutnie Igę umieszczam w tym gronie – zmieniali swój tenis w trakcie kariery. Novak Djoković, Roger Federer i Rafael Nadal rozbudowywali, eksperymentowali i wydaje mi się, że Iga też musi być otwarta na tego typu rzeczy. A to, że tego typu rzeczy się sprawdzają, to mamy przykład z zeszłego roku – uwierzyła Wimowi, że może wygrywać na trawie. Bez tej takiej trochę może bezkrytycznej wiary w to, co Fissette jej mówił i co przepracowali na Majorce, a potem w Bad Homburg, nie byłoby sukcesu na Wimbledonie. Jest więc tutaj potencjał. Iga jest bardzo inteligentną zawodniczką i czasami może jej to trochę szkodzić, ale w bardzo wielu przypadkach pomaga. Dziś, jak już mówiłem, trzeba sięgnąć po trzeci szereg, te najgłębsze zasoby. Ona je ma. Pytanie, czy będzie umiała je właściwie wykorzystać.

 

Czy tym trudniej może jej być wprowadzać te zmiany, skoro osiągnęła tyle sukcesów w kilka lat, bazując na dotychczasowym stylu? W jej świadomości mogło się utrwalić, że to była recepta na sukces. Czy łatwiej byłoby jej się przestawić, gdyby zaczęto te zmiany wprowadzać wcześniej?

– Nie wiem, chyba nie. Rafa Nadal zmieniał serwis w wieku dwudziestu paru lat. Lepszym przykładem jest tu nawet bekhend Hiszpana. Jako nastolatek w ogóle nie miał tego uderzenia, właściwie tylko przebijał piłkę na drugą stronę. Kilka lat później nagle zaczął grać bekhend, który wygrywał mu punkty. To samo było z wolejem. Przecież on ciągnięty wołami stawał przy siatce, a parę lat później – też w wieku dwudziestu paru lat – nagle się okazało, że ma dobrego woleja. Abstrahując od tego, że zdobył olimpijskie złoto w deblu, w którym wolej jest ważny. Możesz zmieniać swój tenis, jeżeli twoja pewność siebie jest na wysokim poziomie. Jeżeli jest na niskim, to jakakolwiek zmiana, która wymaga wysiłku, zapłacenia ceny, porażek nawet, może pogłębiać frustrację.

 

I mamy błędne koło.

– Tak, trochę mamy takie błędne koło. Posłużę się tu zestawieniem Igi i Sabalenki. Ta druga jest teraz absolutnie na topie, dlatego, że ma z czego czerpać pewność siebie i nie bazuje tylko na tenisie. Przecież przegrała ostatni finał WTA Finals, przegrała po raz drugi finał Australian Open, w którym była faworytką. To jest powód do tego, by się frustrować.

 

Rok temu mocno przeżywała przegrany finał Roland Garros, a trzy lata temu finał US Open.

– To są wszystko powody do frustracji, a mimo to ma dość pewności siebie, której źródłem jest to, co zbudowała sobie obok tenisa. Ma narzeczonego, który jest różnie postrzegany, ale ona czuje się z nim super. Pokazuje się z nowym pieskiem, może się pochwalić pierścionkiem z brylantem.

 

Kręci filmiki umieszczane w mediach społecznościowych.

– Tak jest. Niektórym może się to wszystko podobać lub nie, ale Białorusinka z tego czerpie swoją pewność siebie, którą dokłada do pewności posiadanej na korcie. I to pozwala jej dość bezboleśnie na dziś przejść przez te wydawałoby się dość bolesne porażki i doprowadzać do sytuacji, że w kolejnym takim meczu radzi sobie lepiej. Tak było w finale w Indian Wells – mimo piłki meczowej dla Rybakiny. Pokaż mi, gdzie Iga Świątek ma tę swoją pewność siebie budować.

 

Do tego krzyki Sabalenki i okazywanie przez nią niezadowolenia na korcie, którymi irytuje część kibiców, wydają się jej pomagać w powrocie do dobrej gry. Mam wrażenie, że gdy Polka bije się ze złości po udach lub w inny sposób okazuje frustrację, to jedynie utrudnia jej to potem utrzymanie koncentracji.

– Każdy zawodnik jest inny. Może Sabalenka się w ten sposób oczyszcza ze złych emocji. Mam czasami wrażenie, że u Igi te emocje raczej się nawarstwiają. Znowu spekulujemy, ale może gdyby złamała rakietę na korcie, to co prawda wszyscy by o tym pisali, ale może to by jej pomogło.

 

Tylko że już rzucała nią o kort kilka razy i nie pomogło.

– Tu wchodzimy w aspekt, w którym nie czuję zbyt pewnie i znów spekulujemy. Możemy się zacząć zastanawiać, z czego to wynika. Czy to tylko dlatego, że jest osobą introwertyczną, nielubiącą okazywać zbyt wielu emocji. A może jest tak, że jeżeli nie układa się dobrze na korcie, to na ogół ma to przyczynę poza kortem. I to jest trochę moja teoria – niepotwierdzona, ale jest na to wiele przykładów u innych tenisistów. Dziś zawodowy sport, profesjonalny tenis jest tak wyśrubowany, że najmniejsze zaburzenie, najdrobniejsza rzecz poza kortem, która zaburzy ci rutynę, może wpłynąć na to, jak będziesz grać. Nie wiemy, czy tam jest jakieś zaburzenie, czy nie. Czy jest coś takiego, co wpływa na grę Igi. Spekulujemy.

 

W ramach dalszego spekulowania – część obserwatorów ma teorię, że problemy Polki z pewnością siebie i stabilnością zaczęły się od pozytywnego wyniku testu antydopingowego.

– Widziałem tę teorię. Ja może nawet cofnąłbym się jeszcze trochę. Do absolutnie wielkiego, choć według mnie niesłusznego, rozczarowania wynikającego z niezdobycia złotego medalu olimpijskiego w Paryżu. Przecież ten brąz to był pierwszy tenisowy krążek igrzysk dla Polski od stu lat. Fakt, w półfinale Iga nie zagrała dobrze, ale też trafiła na jedyną zawodniczkę, której zależało na złocie nie mniej niż jej. Bo w Chinach pozycja mistrzyni olimpijskiej jest chyba nawet większa niż u nas w kraju. Qinwen Zheng dzięki temu wystrzeliła do poziomu globalnej gwiazdy, nagle w świadomości rodaków stała się kimś. Bardzo jej na tym zależało.

Od tego momentu u Igi nawarstwiło się parę rzeczy – ta trochę moim zdaniem nieuzasadniona frustracja po braku złotego medalu, rozstanie z trenerem Tomaszem Wiktorowskim i wspomniany już test antydopingowy. Trzy bardzo poważne kwestie, które przy tak delikatnej konstrukcji, jaką ma Iga, mogły zaburzyć pewne rutyny. I tu rola ludzi, którzy z nią pracują. Żeby nie mówić zbyt ogólnie – tu rola Darii Abramowicz jako psychologa sportowego, żeby to przepracować. Trzeba tu też wspomnieć o tym, o czym mówię nie tylko ja, ale i inni komentatorzy – Daria Abramowicz jest tam wszystkim, ale w ostatniej kolejności psycholożką sportową. Jest najważniejsza.

 

Uważasz to za problem?

– Muszę się tu odwołać do dyskusji z 2022 roku, którą odbyliśmy w gronie dziennikarzy po zwycięstwie Igi w Roland Garros. Jeden z kolegów, który też od wielu lat śledzi tenis, powiedział, że jesteśmy uprzedzeni, bo team Igi jest zbudowany w nietypowy sposób. Bo po pierwsze, najważniejszą osobą jest w nim psycholog sportowy, a nie trener tenisa, a po drugie, najważniejszą osobą jest kobieta, a nie mężczyzna. Każdy ma prawo do swojej opinii. Jeżeli coś dobrze funkcjonuje, to nie ma się co czepiać. Pytanie tylko, czy to dalej dobrze funkcjonuje. Nie znam się na psychologii, ale wielu ludzi mówi, że rola psychologa sportowego jest trochę podobna do zadania rodzica – ma ukształtować osobę, z którą współpracuje i wypuścić ją w świat. I tu chciałbym postawić kropkę, by dalej w to nie wnikać. Bo nie jest to moja materia.

 

Ale trudno nie zauważyć, że coraz więcej osób – obserwując zachowanie Świątek na korcie – stwierdza, że formuła tej współpracy mogła się po wielu latach wyczerpać.

– Tu wracamy do tego, o czym mówiłem przed chwilą – Daria Abramowicz ma bardzo wiele funkcji w tym teamie, ale raczej w ostatniej kolejności psychologa sportowego. To Iga jej płaci, to jej decyzja, jej sprawa i nikomu nic do tego. Ale oczywiście, wszyscy oceniają ją przez pryzmat wyników.

 

Wynikowo wygląda to tak, że na razie w tym sezonie w turniejach indywidualnych Świątek docierała maksymalnie do ćwierćfinału. Ostatnio po raz pierwszy od prawie pięciu lat przegrała pierwszy mecz w zawodach. Z jednej strony, to i tak była bardzo długa seria i kiedyś musiał nadejść jej kres. Ale niepokoi to, że kiedyś Polka była znana z wyszarpywania zwycięstw, a teraz często takie spotkania przegrywa. I nieraz wydaje się, że brakuje jej wiary w odwrócenie sytuacji.

– Wydaje mi się, że dość uzasadnione jest tu porównanie sytuacji do występu Igi w Guadalajarze w 2021 roku, gdy też okazywała frustrację jeszcze przed zakończeniem meczu. I znowu będę spekulował – może trzeba się gdzieś cofnąć, może trzeba nad czymś popracować, może trzeba trochę wyluzować. Nawet nie jestem w stanie powiedzieć, czy przejście teraz na ulubione korty ziemne pomoże Idze, czy przy obecnej dozie frustracji, jeśli coś pójdzie nie tak, to…

 

Będzie to odczuwane z podwójną mocą.

– Dokładnie.

 

Po przegranej w Miami Świątek przyznała, że zawsze miała tendencję do nadmiernej analizy, a ostatnio przybrało to mocno na intensywności i ma problem, by poradzić sobie z tym. To wiąże się chyba z inteligencją, o której wcześniej wspominałeś.

– Uważam, że Iga jest niezwykle inteligentna. Mamy zaś przykłady na to, że inteligencja – tak, jak ją postrzegamy – nie musi pomagać w tenisie, bo czasami pewne rzeczy są intuicyjne. Gdzie wręcz powiedziałbym, że rozkładanie ich na czynniki pierwsze utrudnia, zamiast pomagać.

 

Czytałam w sieci opinię, że Świątek częściej myli się obecnie właśnie nie w pośpiechu, ale w sytuacjach teoretycznie bardziej dla niej komfortowych, czyli gdy ma czas na przygotowanie.

– Słyszałem opinię człowieka, który na technice tenisowej zna się nieporównywalnie lepiej ode mnie, że Iga jest za szybka. To ciekawa teoria. Musimy mieć świadomość, że ona jest jedną z najlepiej poruszających się na korcie zawodniczek, ale może czasami właśnie jest tak, że zamiast zdać się na intuicję, to „myśli za dużo” i stąd zdarzają się te błędy w dość prostych sytuacjach. Ale z drugiej strony, każdy, kto kiedykolwiek był na korcie, wie, że jak nie idzie, to niezwykle trudno jest odwrócić losy meczu. Trzeba mieć wtedy pewność siebie, umiejętności, siłę charakteru. Naprawdę masa rzeczy musi się na to złożyć. A jeśli myśli kłębią się w głowie, to często tenisiści mówią o sztywnej ręce, o heblu. Nagle nie grają tego, co potrafią. I dotyka to tak samo mistrzów wielkoszlemowych, jak i amatorów. Musimy o tym pamiętać przy ocenie.

 

Pospekulujmy na koniec raz jeszcze. Uważasz, że po wydarzeniach z ostatnich tygodni nie ma raczej szans, by Świątek dołączyła do składu Polek na mecz Pucharu Billie Jean King z Ukrainą w Gliwicach?

– Nie wiem. Z tego, co słyszałem, pierwotnie nie planowała tego startu. Umówmy się, zawsze lepiej zostawić to wolne piąte miejsce, bo a nuż dzień przed Iga powie, że zagra.

 

Tyle że w kryzysowym momencie ona chyba woli potrenować w spokoju. Podobne rozważania były rok temu i w Radomiu jej zabrakło.

– Przy okazji listopadowego startu w Gorzowie Wielkopolskim bardzo podkreślała, że było fajnie. Doceniała wsparcie kibiców itd. Może sobie to teraz przypomni? Może to jej pomoże?

 

Ale wtedy miała znacznie niżej notowane rywalki i było właściwie pewnym, że wygra. Teraz mierzyłaby się m.in. ze Switoliną i o zwycięstwa na przełamanie byłoby znacznie trudniej.

– To prawda, ale też Iga jest rasowym zawodowcem, jest stworzona do wyzwań. Gdzie się lepiej przełamać, niż mając całą halę za sobą w meczu reprezentacji, czyli z drużyną u boku?

 

Pytanie tylko, jak ta pełna hala zadziałałaby w obecnej sytuacji. Bo może to być dodatkowy czynnik, nakręcający spiralę nadmiernego analizowania pomyłek. Pomyliłam się, a tłum osób w hali, które na mnie liczą, to widziały.

– I znów gdybamy. Są zawodnicy, których pełna hala rodaków buduje i są do takich występów wręcz stworzeni. Są też tacy, którzy lubią mieć trybuny przeciwko sobie. Ukuło się wiele lat temu stwierdzenie, że polscy tenisiści nie lubią grać u siebie, bo to dodatkowy stres. Ale przecież z tych trybun naprawdę nikt im źle nie życzy i wszyscy trzymają za nich kciuki. Wracając do Igi, warto trzymać do ostatniej chwili to wolne miejsce w składzie. Może jednak zdecyduje się zagrać. A to byłoby na pewno fantastyczną sprawą dla kibiców.