Po morderczym, ponad czterogodzinnym boju Ben Shelton pokonał Carlosa Alcaraza i awansował do półfinału US Open. Całe spotkanie zakończyło się dokładnie o 3:33 w nocy, bijąc historyczny rekord turnieju pod względem pory zakończenia meczu, ale co ciekawe, na pomeczowych konferencjach u żadnego z nich nie było widać złości czy skrajnego wycieńczenia. Zamiast tego obaj po prostu cieszyli się z kapitalnego widowiska, jakie chwilę wcześniej stworzyli.
Dla Carlosa Alcaraza był to pierwszy start po ponad czteromiesięcznej przerwie spowodowanej kontuzją nadgarstka. Hiszpan, mimo bolesnej porażki po super tie-breaku nie szukał wymówek i nie krył zadowolenia ze swojej postawy.
– Zgodnie z tym, co mówiłem przed turniejem, moim celem było po prostu wyjść na kort, rywalizować w takich meczach i cieszyć się zdrowiem. Było blisko. Dlatego nie zamierzam być rozczarowany brakiem zwycięstwa. Jestem po prostu szczęśliwy i dumny z tego, jak walczyłem – wyznał 23-latek.
Morderczy dystans pięciu setów nie pozostał jednak bez wpływu na organizm powracającego do gry Hiszpana.
– Po trzecim secie byłem fizycznie bardzo zmęczony, ale znalazłem w sobie siłę, by dać z siebie coś ekstra. W piątej partii czułem się coraz lepiej, ale grałem przeciwko jednemu z najlepszych. On jest bestią. To niesamowity zawodnik, pełen mocy – docenił rywala Alcaraz.
Hiszpan zwrócił również uwagę na kluczowy element, który zadecydował o końcowym triumfie Amerykanina.
– Serwis to niezwykle ważna broń w takich momentach. Kiedy starasz się przezwyciężyć własne problemy fizyczne, a on tak dobrze serwuje, nakłada to na ciebie ogromną presję. Zastanawiasz się tylko, czy uda ci się przebić piłkę na drugą stronę. Bądźmy szczerzy, zyskuje w ten sposób ogromną przewagę – analizował Carlitos. Mimo przegranej, podsumował swój występ optymistycznie: – Opuszczam kort szczęśliwy. Wychodzę z uśmiechem, zdrowy, a to jest dokładnie to, czego teraz potrzebowałem.
Zupełnie inne, choć równie pozytywne emocje, towarzyszyły Benowi Sheltonowi. Reprezentant gospodarzy odniósł swoje pierwsze zwycięstwo nad Carlosem Alcarazem, rozgrywając, jak sam przyznał najbardziej satysfakcjonujący mecz w karierze.
– Sam udział w takim meczu to było po prostu fantastyczne przeżycie. Kosmiczny poziom, czas spędzony na korcie, walka łeb w łeb i ciągłe zwroty akcji… Musimy to docenić. Niezależnie od tego, czy bym wygrał, czy przegrał i tak schodziłbym z kortu uśmiechnięty – stwierdził Amerykanin.
Kluczem do jego sukcesu okazała się szybka reakcja po przegranym pierwszym secie i agresywna gra na returnie, która pozwoliła mu przełamać Hiszpana aż cztery razy w dwóch kolejnych partiach.
– Byłem wkurzony po pierwszym secie, ale przełamanie w ostatnim gemie przed tie-breakiem dodało mi pewności siebie. Wiedziałem, że mój serwis będzie funkcjonował tylko lepiej. Skoro już wyczułem return na tyle, by go przełamać, oceniłem swoje szanse na drugą partię jako bardzo dobre. Kiedy już złapałem rytm i przełamałem go trzy razy, grało mi się znacznie łatwiej i swobodniej – tłumaczył Shelton, który w walce o finał zmierzy się ze swoim dobrym przyjacielem – Francesem Tiafoe.
Zanim jednak uwaga kibiców skupi się na tym wewnątrz-amerykańskim starciu, warto docenić postawę pokonanego. Biorąc pod uwagę, że dla Carlosa Alcaraza był to pierwszy start od kwietniowego turnieju ATP 500 w Barcelonie, sam awans do ćwierćfinału US Open i gotowość do wielogodzinnej walki stanowią bardzo optymistyczny znak przed resztą sezonu.