Trzej królowie

Szymon Adamski, foto: AFP / East news

Szymon Adamski

Jeden biega w gumowcach i usuwa wodę z posesji sąsiadów, drugi przebudowuje i otwiera kolejne przedszkola, trzeci wspiera WOŚP. To wszystko w czasie wolnym, kiedy pokazują ludzkie oblicza. W pracy, czyli na korcie, postrzegani są zupełnie inaczej. Kibice widzą w nich bogów, przeciwnicy – niedoścignione wzory, a eksperci – mistrzów w swoim fachu.

Rafaela Nadala, Novaka Dżokovicia i Rogera Federera znają wszyscy ci, których serca biją sportowym rytmem. Na ich widok tłumy szaleją z radości, za każdym razem spodziewając się tenisowej magii. ,,Każda sztuczka składa się z trzech faz. Pierwsza to obietnica. Magik pokazuje coś zwyczajnego: talię kart, ptaka albo człowieka. (…) Następnie sprawia, że coś zwyczajnego staje się czymś niezwykłym. (…) Istnieje jeszcze trzecia faza, to najtrudniejszy fragment – tak zwany prestiż”. To pierwsze słowa wypowiadane w filmowym ,,Prestiżu”, traktującym o rywalizacji dwóch iluzjonistów. A gdybyśmy tak za talię kart i ptaka podstawili seledynową piłkę i rakietę tenisową? No właśnie… Hiszpan, Serb i Szwajcar od dawna szczycą się osiągnięciem trzeciej fazy.

Trójca plus

Przez ostatnie lata tenisowe tęgie głowy mierzyły się z pytaniem, z ilu części składa się ten gwiazdozbiór – trzech czy może jednak czterech? Odpowiedziały padały przeróżne. Teraz już wiemy, że ci którzy w gronie największych widzieli miejsce dla Andy’ego Murraya, zwyczajnie się pośpieszyli. Najpierw wrzucali Szkota do jednego worka z mistrzami, a dopiero później szukali argumentów dla jego w nim obecności, często zwracając uwagę na to, co jeszcze może osiągnąć.

Sympatyków talentu Murraya należy jednak zrozumieć. Fascynacja nadludźmi jest bardzo popularna, co nie znaczy, że powszechna. Ta luka została wypełniona właśnie przez nich. Szkot, w przeciwieństwie do wielkiej trójki, potrafił eksponować na korcie własne słabości. Monologi wyrażające brak zadowolenia ze swojej gry, strojenie min czy bluzgi pod adresem trenerów może nie były godne pochwały, ale oddawały chwilowe poczucie bezradności. Takie oznaki o wiele trudniej dojrzeć obecnie obecnie u Federera, Dżokovicia czy Nadala, chociaż w przeszłości bywało z tym różnie.

Statystyki dla Brytyjczyka są nieubłagane. Turnieje wielkoszlemowe wygrywał ,,tylko” w trzech sezonach, a jego przepis na sukces miał stosunkowo krótką datę ważności. Dżoković takich triumfalnych sezonów miał trzy razy więcej, a i tak pod tym względem pozostaje za plecami Nadala i Federera. Trudno w to uwierzyć, ale Hiszpan i Szwajcar rozegrali po jedenaście sezonów, w których zdobyli co najmniej jeden wielkoszlemowy tytuł mistrzowski.

Każdy jakoś zaczyna

Niewiele osób pamięta, że pierwszy triumf Rogera Federera w turnieju wielkoszlemowym pokrywa się z debiutem Rafaela Nadala w imprezach tej rangi. To Wimbledon z 2003 roku. Prahistoria! – można wykrzyknąć, spoglądając w drabinki z tamtych zawodów. Spośród rozstawionych wówczas singlistów, tylko dwóch wciąż kontynuuje kariery. I będzie to naciągane stwierdzenie, biorąc pod uwagę, gdzie w tej chwili znajduje się Tommy Robredo.

Odczuwałem presję ze wszystkich stron. Wygrana jest dla mnie ogromną ulgą. Mam tylko nadzieję, że nie jest to moje ostatnie zwycięstwo – powiedział tuż po wspomnianym triumfie na londyńskiej trawie Szwajcar. Jak bardzo nie próbowalibyśmy wczuć się w jego ówczesne położenie, to perspektywa czasu robi swoje i kąciki ust idą do góry. Zresztą już w 2003 roku tę wypowiedź uznano za kurtuazyjną. – Wydaje się to mało prawdopodobne. (…) Wielu jego przyjaciół, w tym zawodowych graczy, przypuszcza, że po wygraniu pierwszego Szlema stanie się wyjątkowo trudny do powstrzymania – pisał na łamach ,,The Guardian” Stephen Bierley.

Pierwsze zwycięstwo Nadala przyszło niespełna dwa lata później. W tym miejscu nadchodzi pora na kolejną ważną informację, która pod naporem tych mniej istotnych mogła osunąć się w niepamięć. To właśnie w trakcie Roland Garros 2005 doszło do pierwszego pojedynku Rafaela Nadala z Rogerem Federerem w historii imprez wielkoszlemowych. W kolejnych latach oglądaliśmy nowe epizody tych gwiezdnych wojen, za każdym razem w finale lub półfinale.

W tej historii również nie brakuje humorystycznego akcentu. Stryj Toni był ponoć bardzo mocno zaniepokojony, kiedy zobaczył, że w drabinkowe pobliże jego podopiecznego trafił Richard Gasquet. Stryj bał się, że reprezentant gospodarzy może pokrzyżować plany Rafie już w trzeciej rundzie. Późniejszy mistrz całej imprezy uspokoił i całą rodzinę, i wszystkich fanów, wygrywając 6:4, 6:3, 6:2. Nadal i Gasquet spotkali się później jeszcze trzynaście razy, a Francuz ugrał zaledwie dwa sety.

Nie zapominajmy o Dżokoviciu. Serb jako jedyny z wielkiej trójki przegrał pierwszy finał Wielkiego Szlema. Pozbierał się jednak bardzo szybko, minęły cztery miesiące, nastał styczeń 2008 roku i Nole był już gotowy na sukces. Złośliwi mogą zapytać: jak nie być gotowym na sukces, skoro po drugiej stronie siatki napotyka się dar od losu w postaci Jo-Wilfrieda Tsongi? Rzeczywiście, klasa przeciwnika – jak na finał Wielkiego Szlema – nie była najwyższa. Dżoković wcześniej pokonał jednak wspieranego przez tysiące australijskich kibiców Lleytona Hewitta, mistrza wytrzymałości – Davida Ferrera, oraz zawsze ofensywnie usposobionego Rogera Federera, mającego wówczas już 12 tytułów wielkoszlemowych na koncie. Serb był jak kameleon – dostosowywał się do panujących warunków, a na każdego rywala znalazł skuteczną receptę.

Z perspektywy trybun popisy starszego brata śledzili Marko i Dżordże Dżokoviciowie. – Spośród trzech braci to najmłodszy jest uważany za najbardziej utalentowanego. To przerażająca myśl, że mogliśmy zobaczyć zwycięzcę turnieju z mniej więcej 2015 roku i to mógł nie być Novak – takimi słowami została zwieńczona relacja ze spotkania finałowego dla ,,The Telegraph”.

Rok 2015, Australian Open – po raz piąty w Melbourne zwycięża Dżoković. Novak Dżoković.

Chwilo trwaj

Lata mijały, a palma pierwszeństwa przechodziła z rąk szwajcarskich do hiszpańskich, z hiszpańskich do serbskich, z serbskich znów do szwajcarskich – i tak w kółko. Stan Wawrinka i wspomniany wcześniej Andy Murray napsuli trochę krwi hegemonom, ale kosztowało to ich kawał zdrowia. Obecnie powróciliśmy do stanu, w którym jest wielka trójka i długo, długo nic, a dopiero później grupa pościgowa z Marinem Cziliciem, Juanem Martinem del Potro (też już zresztą trzydziestoletnim), Dominikiem Thiemem czy Alexandrem Zverevem. Ktoś z boku pomyśli: ależ to musi być nudne. Większość osób z tenisowego światka myśli jednak na odwrót: ależ to jest ciekawe. Tu wracamy do wątku zasygnalizowanego już wcześniej – kibice sportowi są bardzo podatni na fascynację nadludźmi. Podoba im się, że tenis dostarcza aż trzech Goliatów. Cieszą się, kiedy zjawi się jakiś Dawid i pokona któregoś z mocarzy; nie płaczą, gdy zwycięski wczoraj Dawid jutro przegra z jednym z Goliatów. Niby coś nowego, a jednak wszystko pozostaje na swoim miejscu. Wypisz wymaluj sytuacja z ostatniego Australian Open i próba podboju Melbourne przez Stefanosa Tsitsipasa.

Przed finałem z udziałem – jakże by inaczej – Nadala i Dżokovicia na stronie internetowej ,,Tenisklubu” pojawiła się nieco prowokująca zapowiedź tego przedstawienia. Z jednej strony podawaliśmy argumenty za tym, że czeka nas świetne widowisko, z drugiej, pisaliśmy wprost, że taki zestaw pierwszoplanowych aktorów już mógł się przejeść publiczności. Komentarze nie pozostawiły wątpliwości. Nic się nie przejadło. Kibice Hiszpana i Serba byli w siódmym niebie, bo ich idole mieli zagrać przeciwko sobie już po raz 53.

Z jakich przyczyn dominacja Goliatów jest aż tak pociągająca? Może chodzi o ich różnorodność? Tak jak na boisku piłkarskim, gdzie Leo Messi i Cristiano Ronaldo są stale do siebie porównywani, choć już na pierwszy rzut oka różni ich bardzo wiele. Łączy za to skala umiejętności i wspólny wyścig o miano najlepszego. Rzeczywiście nawet laik jest w stanie wykazać podstawowe różnice w stylu gry Dżokovicia, Federera i Nadala. Oferują tę samą, najwyższą jakość, zdobywając ją w zupełnie odmienny sposób. Każdy po swojemu, każdy ze stale powiększającą się rzeszą kibiców za plecami.

Forhend i bekhend to nie wszystko

Federer, Dżoković i Nadal z graczy dobrych stali się bardzo dobrymi, później wspaniałymi, obecnie są żywymi legendami. Pochwał nie szczędził im w niedawnym wywiadzie dla L’Euqipe Sebastien Grosjean, niegdyś czwarta rakieta świata. – Oni są kosmitami – wypalił Francuz. I dodał – Kiedy ktoś dominuje tak jak obecnie Novak, musisz go podziwiać i szanować. Powinieneś go wychwalać, jak robią to Rafa i Roger.

O ile wszelkie nawiązania do kosmosu mają w ostatnim czasie pejoratywne zabarwienie w oczach kibiców, o tyle nie sposób nie przyznać racji Grosjeanowi. Wielka trójka wydostała się poza obręb ludzkich standardów. Zadziwiająco długo utrzymuje się na szczycie, odpierając kolejne ataki wiele lat młodszych przeciwników. Sami są jak wino – im starsi, tym lepsi. A to wcale nie jest takie oczywiste.

Przebijanie piłki na drugą stronę siatki to tylko część tenisowej sztuki. Do osiągnięcia znaczących sukcesów potrzeba czegoś więcej: świetnego przygotowania fizycznego, doskonałej odporności na trudy walki, nieustannej motywacji do starań o kolejne zwycięstwa. W tych aspektach trudno podejrzewać o postęp zawodników, którzy są już po trzydziestce, a to, co mieli do zdobycia, już dawno zdobyli. Federerowi, Nadalowi i Dżokoviciowi stale się jednak udaje dalszą motywację, aby wciąż się rozwijać.

Skąd ją czerpią? Na ten temat najchętniej wypowiada się Serb. Nie miał problemu z tym, żeby opisywać dziennikarzom stan przygotowania mentalnego nawet wtedy, gdy był on daleki od ideału. – Kiedyś tenis dawał mi radość. Teraz nie czuję motywacji do gry. Straciłem równowagę, a ona ma w życiu ogromne znaczenie. Muszę na nowo odzyskać wewnętrzną radość z uprawiania tenisa – mówił szczerze do bólu pod koniec 2016 roku.

Ostatnimi czasy pod tym względem jest lepiej. W 2018 roku ,,Nole” dążył do zdobycia jako pierwszy w historii ,,złotej korony”, czyli wygrania wszystkich turniejów z serii ATP Masters 1000. Cel zrealizował. Musiała pojawić się zatem kolejna motywacja. Zupełnie inna od poprzedniej, związana nie z żadnym szczególnym wynikiem, a z radością, jaką niesie za sobą uprawianie sportu. – Nie zamieniłbym swojego życia, nawet gdybym mógł odzyskać ręce i nogi – mówi Theo Curin, idol Dżokovcia. 18-letni Francuz uczestniczył już w igrzyskach w Rio de Janeiro i był bardzo bliski wywalczenia medalu na 200 metrów stylem dowolnym. Bardzo lubi grać też w tenisa.

Dżoković mówi wprost: – To bohater. Bez rąk, bez nóg. Niemożliwe nie istnieje.

Dojrzała dominacja

22 maja 2017 roku to dla wielkiej trójki znacząca data. Tego dnia najmłodszy z tego grona Novak Dżoković skończył 30 lat. Od tego czasu rozegrano osiem finałów wielkoszlemowych – wszystkie kończyły się tak samo. Mistrzowie pozostawili młodzieży nagrody pocieszenia w postaci udziału w finale. Co więcej, nic nie zapowiada, by to obecny sezon miał przynieść przełom.

Niekiedy można odnieść wrażenie, że ich kluczem do sukcesu tych trzech wspaniałych jest umiejętność rozkładania sił. Kiedy inni je tracą na turniejach niższej rangi, oni odpoczywają od tenisowych obowiązków lub trenują pod czujnym okiem całych sztabów fachowców. Z czego to wynika? To błędne koło: tenisiści na dorobku chcą wygrać jakikolwiek turniej, bo przeczuwają, że w Wielkich Szlemach nie będą mieli za wiele do powiedzenia. Grają więc w większości imprez, za każdym razem chcąc zgarnąć pełną pulę. Federer, Nadal i Dżoković podchodzą do tego zupełnie inaczej. Czy Hiszpan lamentował po porażce z Dominikiem Thiemem przed własną publicznością? Czy Serb panikował po tym, jak na początku obecnego sezonu przegrał z Roberto Bautistą-Agutem? Czy Szwajcar powiększył liczbę startów w związku z poszukiwaniem okazji na piękny jubileusz i setne turniejowe zwycięstwo?

Nie, nie i nie. Zachowywali spokój. Przecież oni doskonale zdają sobie sprawę z własnych możliwości. Wiedzą, że nie muszą wygrywać wszystkiego, bo już wcześniej zdążyli wszystko wygrać.

Jak na tym wychodzą? Nadal przegrał z Thiemem w Madrycie, ale miesiąc później nie dał mu najmniejszych szans w finale Roland Garros. Dżoković nie dał rady Bautiście-Agutowi w Dausze, ale miesiąc później nie miał sobie równych w Australian Open. Federer nie obronił punktów za zeszłoroczne zwycięstwo w Rotterdamie, ale dzięki temu odpowiednio przygotował się do zawodów w Dubaju i liczba jego zwycięstw w imprezach głównego cyklu jest już trzycyfrowa.

Każdy jakoś kończy

Kiedyś jednak wielka trójka zejdzie ze sceny i zgasi po sobie światło, doprowadzając do rozpaczy miliony kibiców  na całym świecie. Marzeniem wielu jest pewnie, żeby każdy z nich odszedł na emeryturę będąc na szczycie, wciąż przypominając siebie samego z najlepszych czasów. Nikt nie chce doświadczać widoku słabego Federera / Nadala / Dżokovicia. Bo przecież oni zawsze byli dobrzy, bardzo dobrzy albo wybitni. W innych wersjach ich nie znamy.

Z drugiej strony, dopóki wciąż zachwycają swoją grą, nikt nie dopuszcza myśli, że być może są to ich ostatnie podrygi. Z racji wieku wydaje się, że najbliżej mety jest Federer. – Nie wiem, kiedy zakończy karierę. Roger stara się nie myśleć o przyszłości, bo twierdzi, że wtedy nie idzie do przodu – tłumaczy jego agent Tony Godsick.

Jak wielką wyrwę pozostawiają po sobie Szwajcar, Hiszpan i Serb? – Nie boję się, że w Hiszpanii zrobi się po mnie pustka. Na pewno w naszym kraju pojawi się jakiś inny Nadal – prognozuje Rafa. W jego przypadku takie podejście jest zrozumiałe. Może konkretnego następcy nie widać, ale w hiszpańskich akademiach adeptów tenisa nie brakuje. Warunki do rozwoju mają bardzo dobre. Dżoković może wiązać nadzieje z Miomirem Kecmanoviciem, obecnie jednym z najwyżej notowanych nastolatków w rankingu ATP i mocnym kandydatem do gry w tegorocznych finałach ATP Next Gen. Jak nietrudno się domyślić, to właśnie Nole uchodzi za wzór dla zdolnego młodzieńca. Pod tym względem w najgorszej sytuacji jest Szwajcar. W Bazylei i okolicach na próżno szukać młodego zawodnika, który miałby potencjał, aby niedługo zostać nowym Federerem.

A co się stanie z kończącymi karierę mistrzami? O nich martwić się raczej nie trzeba. Stronią od rozgłosu związanego z wywoływaniem skandali. Przykuwają uwagę na korcie, natomiast poza nim wiodą raczej spokojne i bardzo dostatnie życie. Pieniędzy mają tak dużo, że chętnie dzielą się z potrzebującymi. Każdy z nich od dawna ma własną fundację. Część, którą pozostawiają dla siebie, rozsądnie inwestują.

Ale przecież pule nagród w zawodach wielkoszlemowych stale rosną. Największe premie za zwycięstwa najprawdopodobniej wciąż przed nimi. Odbierając czeki na rekordowe sumy, znów będą mogli powiedzieć: odczuwałem presję ze wszystkich stron. Wygrana jest dla mnie ogromną ulgą. Mam tylko nadzieję, że nie jest to moje ostatnie zwycięstwo.

A czas jakby się zatrzymał…