Uświadomiłam sobie, że naprawdę należę do tego grona. Wywiad z Igą Świątek

Mateusz Grabarczyk, foto: AFP

Mateusz Grabarczyk

Za Iga Świątek przełomowy rok. W obszernej rozmowie wspominamy i analizujemy ten czas, ale też zastanawiamy się, co dalej. Skróconą wersję rozmowy mogliście znaleźć w najnowszym wydaniu naszego magazynu. Teraz nadszedł czas na publikację pełnej wersji. 

Z Igą Świątek rozmawiał Mateusz Grabarczyk.

Jak zdrowie?

– Właściwie teraz jest wszystko w porządku. Mniej więcej miesiąc temu bardzo zaczęła boleć mnie stopa. Okazało się, że to efekt przeciążenia, które z kolei mogłoby doprowadzić do złamania zmęczeniowego. Zadziałaliśmy profilaktycznie i zaczęłam chodzić o kulach, aby stopa odpoczęła.

To ta sama, którą miałaś operowaną?

– Tak, ale z tamtą kontuzją nie ma to nic wspólnego. Mam tylko dwie stopy, więc było 50 procent szans, że padnie na tę samą (śmiech).

Skoro musiałaś odpocząć od tenisa, to miałaś pewnie więcej czasu dla siebie.

– To nie jest tak, że nie grałam w ogóle. Trenowaliśmy ze stołka, ale w pewnym momencie uznałam, że wolę zrobić przerwę. Między innymi także po to, żebym poczuła głód tenisa. Ale jak nie grałam, to się uczyłam. No dobra, oglądałam też serial i czytałam Dana Browna.

I zaczęłaś boksować.

– Tak, na ogólnorozwojówce wprowadziliśmy taki element. Kiedyś już miałam jedne zajęcia z boksu, ale one polegały głównie na tłumaczeniu mi postawy i sprawdzaniu stabilności mojego ciała i praktycznie nie wykonywałam ruchów rękami. A teraz ćwiczę ciosy.

Chociaż sama studziłaś trochę emocje, poprzednią rozmowę kończyliśmy z nadzieją, że podczas kolejnego spotkania będziesz już w czołowej setce rankingu, może nawet pięćdziesiątce,  i wspominałaś, że najważniejsze dla Ciebie są postępy krok po kroku w spokojnym tempie. Minął niecały rok, a jesteś w okolicy 60. miejsca. Szybko poszło…

– Rozpoczynając grę w WTA nie wiedziałam zupełnie, czego się spodziewać. Oczywiście, moim celem było znalezienie się i zagoszczenie na dobre w czołowej setce, ale nie sądziłam, że stanie się to tak szybko. Prawda jest jednak taka, że skoncentrowałam się na pracy w ciągu roku i nie zastanawiałam się, gdzie w rankingu aktualnie jestem. Trochę samo wyszło.

W kobiecych rozgrywkach brakuje wyraźnej liderki. Czy to sprawia, że łatwiej jest się przebić wyżej, czy wręcz przeciwnie – przez to, że wiele dziewczyn gra na podobnym poziomie, to trudniej awansować?

– Szczerze mówiąc, nie wiem, bo nigdy nie znalazłam się w okolicznościach ze stabilną czołówką i wyraźną liderką rozgrywek. Umówmy się, że taka jest nasza, kobieca natura, że jesteśmy trochę zmienne i trudno znaleźć obecnie tenisistkę, która gra bardzo równo. Może Bianca Andreescu przejawia takie cechy i za to ją bardzo podziwiam.

W takim razie co jest kluczowe, żeby się przebić dzisiaj na sam szczyt? Mentalność?

– Tak, bez wątpienia. Dlatego ja zaczęłam współpracę z psychologiem. Dobrym przykładem na to jest właśnie Bianca, bo ona cały czas podkreśla, że psychika jest najważniejszym element sportu. Do tego medytuje. Dla mnie też ta sfera jest bardzo istotna, tylko ja nie nauczyłam się jeszcze korzystać z wszystkich dobrodziejstw, jakie daje psychologia. Nawet w wywiadach powtarzam, że wielu rzeczy jestem świadoma, ale być świadomym to jedno, a wprowadzić w życie to co innego. Nad tym ciągle muszę pracować.

Ty też medytujesz?

– Nie, nie umiem, ale bardzo chciałabym się nauczyć.

Zmiany, zmiany, zmiany…

Jeśli już wywołałaś do tablicy psychologa, to porozmawiajmy chwilę o współpracy, którą nawiązałaś z Darią Abramowicz.

– Mam ją zawołać?

Widać, że macie świetny kontakt, więc nie musimy zawracać jej głowy. To była Twoja decyzja o włączeniu do sztabu psychologa?

– Ja zawsze chciałam współpracować z psychologiem. Spotykałam się czasami z Pawłem Habratem, ale to nie były regularne sesje. Z Darią poznałyśmy się przez Warsaw Sports Group. W ciągu kilku pierwszych miesięcy nie odzywałam się wiele na spotkaniach z nią, ale to wynikało z tego, że jej nie znałam. Podczas wyjazdu do Stanów Zjednoczonych i Kanady coś „zaskoczyło” i zaczęłyśmy rozmawiać bardzo otwarcie.

Na czym przede wszystkim się skupiacie?

– Bardzo różnie to wygląda. Rozmawiamy zarówno o aspektach technicznych, z którymi mam aktualnie problem na korcie, ale Daria ma też wizję długofalową. Pracujemy też nad tym, żebym umiała usystematyzować swoje życie, podporządkowując je sportowi.

Co Ci sprawia obecnie największy problem w tenisie? Z boku łatwo dostrzec pewne wahania koncentracji. Co nie jest też dziwne, bo jesteś bardzo młodą tenisistką i dopiero wchodzisz w świat WTA. Zgodzisz się z tym, że to element, nad którym musisz popracować? 

– Zgodzę, aczkolwiek ja uważam, że nad wszystkim muszę pracować. Jeśli chodzi o koncentrację, to ja mam tendencję do nakręcania się, na co tracę bardzo dużo energii i potem mi tej energii brakuje, aby ponownie się skupić.

Jak wpłynęło na Ciebie rozstanie z Jolantą Rusin-Krzepotą?

– To był bardzo trudny moment. Miałyśmy bardzo dobrą i trochę wyjątkową relację. Nie była ona tylko zawodowa, ponieważ trenerka Jola pomagała mi także w życiu prywatnym. Można powiedzieć, że się przyjaźniłyśmy i była dla mnie autorytetem. Dalej jest, bo utrzymujemy kontakt.

Czy to była jej decyzja?

– Tak. Dużo rzeczy się na nią złożyło, ale ja to szanuję i rozumiem jej wybór.

Kto ją zastąpi?

– Na razie jesteśmy na etapie sprawdzania, ale właściwie już od kilku tygodni trenuję ze Sławomirem Fotkiem. Ma nieco inną wizję, do której ja też muszę się przyzwyczaić, ale zaczynamy sobie ufać i układamy powoli tę współpracę, więc idzie to w dobrym kierunku.

Piotr Sierzputowski, Daria Abramowicz i Sławek Fotek – to będzie sztab, z którym wejdziesz w sezon 2020?

– Tak, wszystko na to wskazuje. Oczywiście, nigdy nic nie wiadomo, ale mam nadzieję, że nic się już nie zmieni.

„Underdog” z sukcesami

Wróćmy do podsumowania Twojego debiutanckiego sezonu w WTA. Na początek w pigułce. Ja rzucę hasło, a Ty spróbuj wybrać jedno wydarzenia najbardziej do niego pasujące. Najmilsze wspomnienie…

– Moment po meczu z Naomi Osaką w Toronto. Ona podeszła do mojego zespołu i z nimi rozmawiała, a ja się rozciągałam i przyglądałam. Potem też razem trenowałyśmy. Pierwsza rakieta świata odezwała się do takiego underdoga (śmiech). To było takie wow!

Największy sukces sportowy…

– Czwarta runda Rolanda Garrosa.

Najlepszy mecz…

– Są dwa. Zwycięstwo w drugiej rundzie z Karoliną Woźniacką w Toronto i następna runda z Naomi Osaką. Mimo że to spotkanie już przegrałam, byłam bardzo zadowolona z gry.

Największe zaskoczenie…

– Pokonanie Karoliny Woźniackiej. I dorzuciłabym też zwycięstwo z Monicą Puig w Paryżu. Grałam wtedy z kontuzją, a ja zawsze miałam problem z odcięciem się od bólu, więc byłam zaskoczona, że tym razem udało mi się to pokonać i wygrać.

Najbardziej bolesny moment…

– Porażka w pierwszej rundzie Wimbledonu, ale patrząc szerzej, to całe dwa tygodnie od Eastoburne do Londynu mi zupełnie nie wyszły.

Największa stracona szansa…

– Nie traktuję porażek jako stracone szanse. Każda czegoś mnie uczy i mówię to z pełną świadomością, a nie jako jakiś wyświechtany frazes. Mogłabym uznać mecz z Simoną Halep w Paryżu za straconą szansę, ale – mimo że gładko tam przegrałam – czegoś się nauczyłam. Wyciągnęłam wnioski i dzięki temu później spotkania z Karoliną Woźniacką czy Naomi Osaką wyglądały już zupełnie inaczej.

To teraz trochę mniej hasłowo. Wrzucając na Instagrama post, w którym poinformowałaś o zakończeniu sezonu, napisałaś, że był on pełen wzlotów i upadków. Co miałaś na myśli?

– Chodziło mi o to, że zabrakło mi stabilizacji. Zaczęłam od turnieju w Auckland, gdzie kompletnie nie miałam pewności siebie, potem w Australian Open osiągnęłam drugą rundę i się trochę odblokowałam, ale w Indian Wells i Miami znowu poszło mi gorzej. Na mączce miałam świetne wyniki, a dwa tygodnie na trawie – jak już wspominałam – całkowicie mi nie wyszły. Jadąc do Waszyngtonu i Toronto, miałam w pamięci swoje ostatnie mecze z kortów twardych z USA, a okazało się, że grało mi się zupełnie inaczej. Trochę nie wiedziałam, czego się spodziewać po sobie, wyruszając na kolejny turniej. W przyszłym sezonie nie chciałabym się znaleźć w podobnej sytuacji, więc mam nadzieję, że to poprawię.

Analizowaliście z zespołem przyczyny takich wahań?

– Wydaje mi się, że działo się tak po pierwsze dlatego, że do Wimbledonu miałam problem z taktyką i realizacją założeń, które przekazywał mi trener Sierzputowski. Potem to się poprawiło. Po drugie, od turniejów w Stanach, gdzie widać było znaczną poprawę, bardzo dużo współpracowałam z Darią i mentalnie czułam się znacznie silniejsza.

Czego najbardziej nauczył Cię ten pierwszy sezon w WTA?

– Trudno powiedzieć, czego najbardziej, bo nauczyłam się wszystkiego po trochu. Przede wszystkim, wiem, jak wygląda cały tour i organizacja turniejów. Wiem, czego się spodziewać i jak ułożyć kalendarz startów na kolejny sezon. Zyskałam więcej pewności siebie i uświadomiłam sobie, że naprawdę należę do tego grona i jak dalej będę ciężko pracować, to mogę rywalizować na równi nawet z takimi zawodniczkami jak Karolina Woźniacka czy Naomi Osaka.

Pamiętasz ten moment, kiedy wchodziłaś na kort Philippe’a Chatriera w Paryżu? Co wtedy czułaś?

– Szczerze mówiąc, byłam na tyle zestresowana, że miałam wrażenie, jakby w ogóle mnie tam nie było i jakbym patrzyła na wszystko z góry. Mecz przeleciał mi przez palce. To nie jest moje najmilsze wspomnienie, a szkoda bo mogło być, ale niestety, nie pokazałam nic dobrego pod względem tenisowym i mentalnym.

Ale w całym turnieju dotarłaś do czwartej rundy!

– Tak, jasne, całe zawody były ogromnym sukcesem, ale oczekiwałam, że w tym meczu pokażę coś więcej.

A jak wspominasz pierwszy finał w Lugano?

– Myślałam sobie, że fajnie by było go wygrać, ale wiedziałam, że nic nie muszę. Polona zagrała świetny mecz. Ja przez cały turniej utrzymywałam równy poziom i z tego byłam bardzo dumna. Z drugiej strony nie myślałam do końca o tym, jaką wagę ma tytuł WTA, więc jak przegrałam, to się nie przejmowałam. Chodziło mi o to, żeby po prostu dobrze zagrać i dalej tak chcę podchodzić do startów – na pierwszym miejscu gra, a nie cele wynikowe.

Mnie w pamięci zapadł jeszcze jeden mecz. Z Monicą Puig w trzeciej rundzie Rolanda Garrosa. Dziewczyno, jak ty go wygrałaś?! [0:6 w 1. secie – przyp. red.]

– Zaczęłam trafiać w kort (śmiech). A tak poważnie, to dzień wcześniej nabawiłam się kontuzji pleców, a ja mam jakiś wyjątkowy strach przed tego typu urazami. Mecz zaczęłam z plastrami przeciwbólowymi i mi to przeszkadzało, bo cały czas przypominały mi one o tym, że coś jest nie tak. Po pierwszym secie to zdjęłam i sytuacja całkowicie się zmieniła. Czułam, że plecy mnie nie bolą i że mogę pozwolić sobie na normalną grę, więc weszłam na wyższe obroty.

Jesteś już tak rozpoznawalna, że z każdą chwilą będzie Cię także coraz więcej w Internecie. Tak dużo dzisiaj mówi się o konieczności zwalcznania hejtu, który opanowuje nie tylko sport ale i inne sfery. Ja, szczerze mówiąc, na szczęście, nie widziałem przykładów takich zachowań skierowanych w Twoją stronę. Jak to wygląda z Twojej perspektywy?

– Dalej staram się omijać wszelkie komentarze na swój temat. Niemniej jednak, mam świadomość, że hejt jest dziś czymś powszechnym. Ja, na szczęście, też nie spotkałam się z takimi zachowaniami w stosunku do mojej osoby. Może jedynie w Indian Wells i Miami zdarzyły się nieprzyjemne komentarze, ale nie przejmowałam się tym i w dodatku nie pochodziły od Polaków, dlatego jestem ludziom wdzięczna za to, że mnie nie hejtują. Z drugiej strony, to powinna być norma. O tym też często mówi Daria. Opowiada o hejcie w sporcie i o tym, jaki ma wpływ na zawodników. My tego z zazwyczaj nie widzimy, ale jak już widzimy, to z całą pewnością nam to nie pomaga. Myślę, że trzeba cały czas zwiększać świadomość ludzi w tym temacie.

Hej, za rok matura! I Igrzyska

Widziałaś losowanie Fed Cupu? [losowanie odbyło się dzień przed wywiadem – przyp. red.]

– Tak, cieszę się, że jesteśmy ze Słowenią. Nie wiem, czy będziemy w jednej grupie, ale i tak fajnie, bo będziemy mogły spędzić cały tydzień z Kają Juvan.

Domyślam się, że gdybyście musiały zagrać przeciwko sobie, nie miałybyście z tym problemu, ale pewnie nie byłoby to najszczęśliwsze losowanie, biorąc pod uwagę, jak dobrymi przyjaciółkami jesteście?

– Na pewno byśmy wyszły na kort i zrobiły swoje. Grałyśmy razem, już jak się przyjaźniłyśmy, i nie miałam wtedy problemów z koncentracją. Ja też mam pewne doświadczenie z meczów z Mają Chwalińską. W młodszych kategoriach wiekowych obie byłyśmy w czołówce i często na siebie trafiałyśmy. Pamiętam zabawną sytuację, chyba z Opalenicy, jak podczas zmiany stron, usiadłyśmy na jednej ławce i Maja rzuciła do mnie: „Świątek, przestań, ty, grać po linii cały czas”!

Przed Tobą wyjątkowy sezon z dwóch powodów: matury i igrzysk olimpijskich. Czy te wydarzenia wpłyną jakoś na Twój tok przygotowań lub kalendarz startów?

– Wydaje mi się, że nie zmienimy nic w planie w porównaniu z tym sezonem. Gdyby nie było Igrzysk, pewnie Indian Wells i Miami stanęłyby pod znakiem zapytania, ale muszę zbierać punkty. Uczyć się będę na wyjazdach, nie ma innego wyjścia.

Co zdajesz na maturze?

– Poza obowiązkowymi podstawowymi przedmiotami, rozszerzony angielski oraz matematykę.

Myślałaś o kontynuowaniu nauki, czy na razie skupiasz się całkowicie na tenisie?

– Na razie chcę się skoncentrować w stu procentach na tenisie i zobaczę, jak to wszystko się ułoży za kilka lat. Obecnie jest duża dostępność uczelni oferujących kursy online. WTA podpisało też umowy z kilkoma uniwersytetami w Stanach Zjednoczonych, co otwiera wiele dróg, jeśli chodzi o dalszą naukę.

Stawiasz sobie jakieś cele?

– Jedynym celem sportowym jest start olimpijski. A oprócz tego chciałabym dobrze napisać maturę.

Czego ci życzyć?

– Zdrowia. I właściwie tylko tego. Wszystko inne mam albo osiągnę, a bez zdrowia nic bym nie mogła zrobić.