W Sopocie zagra przyszły lider rankingu?

Szymon Frąckiewicz, foto: AFP

Szymon Frąckiewicz

Dziką kartę do turnieju singla podczas challengera w Sopocie otrzymał Tseng Chun-hsin z Tajwanu. Dla kibiców może to być niesamowita okazja do obserwowania narodzin gwiazdy. Choć to nie pierwsza taka sytuacja w historii sopockich kortów, to od ostatniej minęło kilkanaście lat.

Choć challenger Sopot Open ma dopiero dwa lata, to rozwija się prężnie. Dość powiedzieć, że już w zeszłym roku w finale singla wystąpili tam tenisiści dobrze znani sympatykom tenisa. Po tytuł sięgnął Paolo Lorenzi, który w trzech ciężkich setach pokonał Daniela Gimeno Travera. Dyrektor turnieju Mariusz Fyrstenberg zadbał nie tylko o to, aby w tym roku pojawiły się obok obrońcy tytułu kolejne gwiazdy jak Stefano Travaglia czy Kamil Majchrzak. Karierę zakończy natomiast Michał Przysiężny. Byłemu debliście nie umknęło też to, co dzieje się w rozgrywkach juniorskich, dlatego jedną z „dzikich kart” do rozpoczynającego się 29 lipca turnieju przyznał jednemu z najbardziej obiecujących juniorów świata – Tsengowi Chun-hsinowi z Tajwanu.

Kończący 8 sierpnia 18 lat Tseng dał się poznać szerszej publiczności w ubiegłym roku, kiedy to rewelacyjnie spisywał się w juniorskich rozgrywkach wielkoszlemowych. Już w styczniu dotarł do finału w Australian Open. Tam musiał jeszcze uznać wyższość Sebastiana Kordy ze Stanów Zjednoczonych, ale tanio skóry nie sprzedał. Przegrał 6:7, 4:6. Porażkę powetował sobie już na paryskich kortach. W finale Roland Garros pokonał Argentyńczyka Sebastiana Baeza 7:6, 6:2. Tym samym sięgnął po swój pierwszy juniorski wielkoszlemowy tytuł. Po tym zwycięstwie został też liderem rankingu juniorów ITF. Jeszcze jako szesnastolatek.

Na drugi wielki triumf nie czekał długo. Wywalczył go już podczas Wimbledonu, pokazując jednocześnie, że jest wszechstronnym tenisistą. Odnalazł się świetnie i na paryskiej mączce i na londyńskiej trawie, gdzie w finale wygrał 6:1, 6:7, 6:4 z Brytyjczykiem Jackiem Draperem. Do finału nie zdołał dotrzeć tylko podczas US Open. W półfinale Brazylijczyk Thiago Seyboth Wild, późniejszy mistrz nowojorskiej imprezy, dość niespodziewanie rozbił go aż 6:2, 6:4. Zawiódł nieco tylko podczas Młodzieżowych Igrzysk Olimpijskich w Buenos Aires. Tam odpadł już w ćwierćfinale przegrywając 2:6, 4:6 z Argentyńczykiem Facundo Diazem Acostą. Za późniejszym srebrnym medalistą stała jednak lokalna publiczność i znajomość tamtejszych warunków. To niepowodzenie z pewnością nie przyćmiło jednak tego co w ubiegłym roku Tseng osiągnął. Przeciwnie, to triumfy w innych miejscach pozostały w pamięci kibiców bardziej, niż brak medalu w stolicy Argentyny. W ciągu kilku miesięcy Tseng dał się poznać jako jeden z najbardziej utalentowanych tenisistów świata.

W tym sezonie Tseng powoli wchodzi w zawodowe rozgrywki. Wystąpił już w paru challengerach, choć jeszcze nigdzie nie przebrnął drugiej rundy. Ma za sobą również debiut w turnieju ATP Tour. Jeszcze w ubiegłym roku dostał „dziką kartę” do turnieju w Chengdu. W debiucie przeciwko Taylorowi Fritzowi zdołał nawet wygrać seta. Mecz zakończył się ostatecznie wynikiem 6:3, 3:6, 4:6. W tym sezonie Tseng pojawił się nawet w turnieju rangi Masters 1000. Zaprosili go organizatorzy imprezy w Miami, gdzie w pierwszej rundzie przegrał 4:6, 5:7 z Joao Sousą. Wystąpił również w kwalifikacjach Wimbledonu, gdzie zgodnie z tradycją otrzymał dziką kartę jako mistrz zmagań juniorskich. Odpadł jednak już w pierwszej rundzie, ulegając 3:6, 3:6 Tommy’emu Paulowi z USA. Chińczyk z Tajwanu wszędzie zbiera jednak cenne doświadczenia, które mogą mu pomóc w osiągnięciu przyszłych sukcesów. Po nieudanych kwalifikacjach w Londynie, tenisista znany zachodniej publiczności także jako Jason Tseng, szybko zdołał poprawić sobie nastrój. Zdobył złoty medal na zakończonej właśnie uniwersjadzie w Neapolu.

Już jako najlepszy student świata wystartuje w Sopocie. Zapewne 433. aktualnie w rankingu ATP tenisista będzie chciał tam osiągnąć najlepszy w karierze wynik w turnieju tej rangi. Ciężko sobie wyobrazić lepsze miejsce na osiąganie pierwszych zawodowych sukcesów niż Sopot. Polski kurort ma bogatą tradycję w byciu pierwszym „skalpem” gwiazd tenisa.

Ta sięga oczywiście czasów, kiedy odbywał się tam turniej ATP i WTA Tour. I to już od początków funkcjonowania jako taki. Bowiem w pierwszej edycji męskich zmagań, czyli w 2001 roku, zwycięzcą został Tommy Robredo. Dla późniejszego 5. tenisisty świata puchar zdobyty po zwycięstwie nad Albertem Porasem był pierwszym w najważniejszym męskim cyklu. Później Robredo wygrał także ostatni turniej ATP Tour w Sopocie. W 2007 roku pokonał w finale Jose Acasuso. Argentyńczyk zresztą uwielbiał zawody w Sopocie. Też odniósł tam swoje pierwsze zwycięstwo w 2002 roku, a w finale grał także w 2004. A o tym, co się stało w 2004 roku pamiętają chyba wszyscy polscy kibice tenisa. To w Sopocie pierwszy triumf odniósł sam Rafael Nadal. W finale legendarny już Hiszpan pokonał Acasuso 6:3, 6:4. Na tym lista wielkich tenisistów zaczynających kolekcjonowanie trofeów od Sopotu się jednak nie kończy. W 2005 roku zwyciężył tam Gael Monfils. Także u kobiet utytułowane zawodniczki rozpoczynały zwyciężanie w tym miejscu. W 2002 roku świętowała Dinara Safina, a w 2004 Flavia Pennetta.

Czy Tseng podtrzyma tę chwalebną tradycję w „nowym” Sopocie? Wydaje się, że mimo wszystko jeszcze na to za wcześnie, choć z drugiej strony wydaje się, że jego talent może „eksplodować” w każdej chwili. Z pewnością jest to zawodnik z potencjałem na zostanie w przyszłości jedną z największych gwiazd tenisa. I nawet dlatego warto skorzystać z okazji, że pojawi się on w Polsce i wybrać się na jego mecz. Zapewne wielu kibiców tenisa żałuje, że nie widziało Nadala czy Federera w akcji, kiedy byli oni jeszcze tylko „nieopierzonymi”, wchodzącymi do touru talentami. Mając Tsenga w Polsce, możemy temu tym razem zapobiec, by móc się za 15 lat chwalić, że oglądaliśmy mistrza Wimbledonu, gdy stawiał pierwsze kroki w zawodowym tenisie u Mariusza Fyrstenberga na Sopot Open.