Żelazna Martina

, foto: AFP

Adam Romer, tekst ukazał się w Gazecie Wyborczej w czerwcu 2004 roku

Urodzona na czeskiej prowincji, została obywatelką świata. Jako kilkuletnia dziewczynka bała się, że nie spodoba się chłopcom z sąsiedztwa, by kilkanaście lat później interesować się już tylko kobietami. Uzależniona od fast food, dla tenisa stworzyła najdoskonalszy system przygotowań ogólnorozwojowych i wytrzymując ten reżim stała się atletką z perfekcyjnie funkcjonującym ciałem.

Żegnając się 10 lat temu z zawodowym tenisem i ukochanym Wimbledonem nie przypuszczała zapewne, że na początku XXI wieku znów powróci.

Jedyny mężczyzna jej życia

Martina Subertova, bo tak nazywała się przez pierwsze cztery lata swojego życia Navratilova, w niewielkich Revnicach pod Pragą nie pasowała do małomiasteczkowego obrazka grzecznej dziewczynki: krótkie włosy, muskularna sylwetka. Jej życie pochłonął sport.
Najpierw były narty. Jej matka Jana była instruktorką narciarstwa a pierwsze zimy życia mała Martina spędzała w Karkonoszach. Miłość do zimy i desek pod nogami została jej do dziś. Na co dzień Navratilova mieszka w najsłynniejszym narciarskim kurorcie Ameryki, w Aspen, jednak ukochanym sportem został tenis.

– Od zawsze mówiłam, że chcę zostać najlepszą tenisistką na świecie – pisze Navratilova w swojej biografii. Zawdzięcza to jedynemu mężczyźnie, którego jak twierdzi, mocno kochała – Mirkovi Navratilovi. Jej ojczym, był zapaleńcem tenisa i całą miłość do tego sportu przelał na córkę żony.

Z biologicznym ojcem Martiny związana była rodzinna tragedia, którą przyszła mistrzyni tenisowa poznała dopiero wiele lat później. Jej matce Janie nie układało się z Subertem i gdy córka miała niecałe trzy lata rozwiedli się. Dwa lata później ojciec popełnił samobójstwo. Według oficjalnej wersji przedstawionej w autobiografii Navratilovej nie był w stanie pogodzić się z samotnością. Niedługo potem matka ponownie wyszła za mąż – właśnie za trenera Navratila.

Pierwsze treningi, w wieku kilku lat Martina odbyła na nierównym korcie w miejskim lasku w rodzinnych Revnicach. Pierwszą rakietę – drewnianą, zbyt ciężką i za dużą dla dziecka odziedziczyła po babci – Agnes Semanskiej, która sama grała wyczynowo w tenisa. Jednak to właśnie kontakt z ojczymem był decydujący dla jej tenisowego rozwoju.

– Pamiętam do dziś emocje, jakie mną wstrząsały, gdy pierwszy raz wyszłam grać na prawdziwym korcie. Gdy po moim uderzeniu piłka przelatywała nad siatką, to było niesamowite przeżycie – pisała w autobiografii, którą wydała w 1985 roku wspólnie ze znanym amerykańskim dziennikarzem Georgiem Vecsey’em.

– Kiedyś zostaniesz mistrzynią Wimbledonu – powtarzał córce Navratil i uczył jak chodzić do siatki, grać woleje i skróty. Jego słowa ziściły się początkiem lipca 1978 roku, ale wtedy jego Martinka nie grała już dla swojej socjalistycznej ojczyzny.

Bad girl from the East

Navratilova w swojej biografii opisuje, że głównym powodem emigracji były wydarzenia w 1968 roku. – Widziałam jak mój kraj tracił duszę i myślałam tylko: muszę się stąd wydostać – pisała już po wyjeździe. Ile w rzeczywistości widziała i rozumiała 12-letnia Marina z wydarzeń „Praskiej Wiosny” pozostaje do dziś jej tajemnicą.

– Jedyną osobą, z którą rozmawiałam o ucieczce, był mój ojciec. Powiedział tylko: „jeśli uważasz, to za słuszne, to jedź. Zrób to dla tenisa!”. Po wyjeździe nie widziałam się z rodzicami przez kilka lat – opowiada Navratilova. Odwiedziła ich dopiero, gdy w połowie 1981 roku, po sześciu latach starań dostała amerykańskie obywatelstwo.

O Stanach marzyła od lat. Po raz pierwszy była tam w 1973 roku. W nagrodę, że jako 17-latka została najlepszą tenisistką w Czechosłowacji pozwolono jej wyjechać na turniej w Akron w stanie Ohio. Tam po raz pierwszy przegrała ze swoją późniejszą wieloletnią rywalką, Chris Evert. I tam po raz pierwszy zachłysnęła się Ameryką.

– Ciągle mówiła o panującej tam wolności, której nie miała w Czechosłowacji – opowiada Wojciech Fibak, który Navratilovą po raz pierwszy spotkał na początku lat 70-tych na juniorskim turnieju w Soczi. Z biegiem lat widywali się regularnie, często grali te same turnieje.

– W tym czasie Czesi, podobnie jak Rumuni, mogli jeździć po turniejach po całym świecie. Martina jednak chyba zawsze chciała być Amerykanką – zastanawia się Fibak.

Mając niespełna 19 lat pojechała na US Open i już nie wróciła.

– Dla mnie wolność okazała się bliźniaczką samotności – powiedziała po latach w jednym z wywiadów. Ze swoimi poglądami i upodobaniami trafiła najgorzej jak mogła. Purytańska Ameryka połowy lat 70-tych, tylko z daleka wydawała się taka przyjazna. Na miejscu niewiele zostało z wizerunku ukształtowanego przez festiwal Woodstock. Ponieważ Martina nigdy nie umiała trzymać języka za zębami, a na dodatek otwarcie przyznawała się do swoich preferencji seksualnych, to na lata stała się „bad girl form the East”.

Dla amerykańskich mediów była prawdziwym darem niebios. Dziennikarze wykreowali mocno zbudowaną, atletyczną Martinę na główną przeciwniczkę gwiazdy tenisa lat 70. i 80-tych, atrakcyjnej i niezwykle kobiecej Chris Evert. Przedstawiali z jednej strony uśmiechniętą, szczebioczącą i udzielającą na lewo i prawo wywiadów Evert a z drugiej zamkniętą w sobie, trochę gburowatą Navratilovą. Nie trzeba pytać po czyjej stronie była sympatia amerykańskich kibiców tenisa.

– Swego czasu tak zdominowałyśmy tenis kobiecy, że musiałyśmy uzgadniać terminy startów, by nie grać za często z sobą – wspomina Navratilova. Przez 16 lat (w latach 1973-89) stoczyły na korcie 80 pojedynków. Nieznacznie lepsza (43:37) w tym wyścigu okazała się Martina a samą rywalizację pozasportową umiała wykorzystać jako dodatkową motywację do treningów. Z upływem kolejnych lat kariery Amerykanie zaczęli doceniać wyniki Czeszki a Chris Evert, rywalka na korcie stała się dobrą przyjaciółką.

Hamburgery i fitness

W pamięci kibiców pozostała atletyczną „maszyną do wygrywania”. Nie zawsze tak było. – Po przyjeździe do Ameryki pochłaniałam hamburgery w tempie i ilościach tak niesamowitych, że aż nie chcę o tym myśleć – opowiadała Navratilova po latach. Znany tenisowy komentator Bud Collins nadał jej nawet przezwisko „Great Wide Hope” (Wielka Obszerna Nadzieja). Kłopoty spoza kortu przeniosły się bardzo szybko na sport. Na kilku turniejach pod koniec lat 70-tych widzowie mogli zobaczyć nerwowo reagującą a niekiedy wręcz awanturującą się tenisistkę – widok wcześniej niespotykany.

Jednak dzięki pomocy przyjaciół została pierwszą tenisistka na świecie konsekwentnie dbającą o swoje przygotowanie fizyczne. Dopracowała się specjalnego programu treningowego, który stosowała przez prawie 20 lat z doskonałym skutkiem. – Martina była pierwsza, która profesjonalnie dbała o przygotowanie fizyczne na niespotykanym wcześniej poziomie – opowiada Chris Evert. Navratilova stosowała dietę, regularnie ćwiczyła w siłowni, biegała w terenie a dodatkowo grywała w koszykówkę. Przez trzy lata współpracowała z byłą gwiazdą amerykańskiej koszykówki kobiecej – Nancy Lieberman. Do wszystkiego starała się podejść naukowo. Dokonać analizy, wyciągnąć wnioski i zastosować najlepszy dla siebie wariant. Dzięki ciężkiej pracy udało jej się obniżyć zawartość tłuszczu w organizmie do poziomu 8,8 proc. (u przeciętnego człowieka waha się w okolicach 15-20 proc.).

Martina Navratilova

– W pewnym momencie zaczęłyśmy ją naśladować i to pozwoliło mi zostać lepszą zawodniczką – przyznaje dziś bez ogródek Evert.
Nie było rywalki, która była w stanie zmęczyć i zabiegać Martinę. To jeszcze bardziej umocniło jej wizerunek jako twardej, bezwzględnej w dążeniu do celu atletki. Przeciwniczki nie mogąc sobie z nią poradzić na korcie atakowały ją, że bardziej nadaje się do startów z mężczyznami.

– To zupełna brednia. Tenis kobiecy i męski różnią się od siebie jak dwa światy – protestuje Wojciech Fibak i jako przykład podaje słynną w połowie lat 70-tych pokazówkę z udziałem Navratilovej i Jimmy Connorsa. Mimo, że pole gry po stronie Amerykanina było powiększone o kilkanaście centymetrów w każdą stronę, bez kłopotów pokonał 7:5, 6:2 najlepszą na świecie kobietę. Wtedy po raz pierwszy okazało się, że nawet takiej sportsmence jak Navratilova, która uważana była za wzór zawodniczki grającej siłowo i agresywnie, niezwykle daleko do siły i agresywności męskiego tenisa.

– Od czasu, gdy zrezygnowałam z zawodowego tenisa traktuję się nieco bardziej ulgowo – żartowała pod koniec lat 90-tych. Jednak po powrocie trzy lata temu, do świata tenisa Amerykanka znów wróciła do sprawdzonych metod budowy kondycji. Efekt? W wieku 46 lat zaczęła wygrywać kolejne zawodowe turnieje.

Tak, jestem lesbijką!

Martina od najmłodszych lat była „inna”. Gdy w wieku dziewięciu lat ojciec zabrał ją na spotkanie z ówczesną legendą czechosłowackiego tenisa – Jirim Parmą, mistrz na widok krótko ostrzyżonego dziecka w krótkich spodenkach uderzającego z dużą siłą piłki spytał: „Ile ten chłopak ma lat?”.

Bomba wybuchła w 1979 roku. Wprawdzie już wcześniej tu i ów przebąkiwano o jej preferencjach, ale nikt nie odważył się głośno o tym napisać lub powiedzieć. Dopiero w roku jej drugiego zwycięstwa na Wimbledonie amerykańska prasa zaczęła spekulować na temat „niezwykle zażyłej przyjaźni łączącej Navratilovą ze znaną autorką bestsellerów Ritą Mae Brown”. Martina zachowała się jak przystało na prawdziwą „silną kobietę”. Od początku lat 80-tych zaczęła otwarcie mówić, także w wywiadach i wystąpieniach publicznych o swoich preferencjach seksualnych. otwarcie przyznała się do biseksualizmu. – W moim życiu kochałam i byłam z kobietami i mężczyznami – przyznawała się także regularnie w swoich książkach.

Za szczerość musiała zapłacić. Była najlepszą tenisistką na świecie, a największe firmy zamiast bić się o kontrakty reklamowe z nią, odwracały się plecami. Niektórzy sponsorzy po deklaracji Navratilovej uznali to za powód do zerwania łączących ich umów. – To był kolejny ciężki okres i gdyby nie tenis nie wiem czy bym go przetrwała bez szwanku – mówiła po latach.

– Otwarte przyznawanie się do bycia lesbijką kosztowało ją wiele pieniędzy, ale z drugiej strony zdobyła wiele sympatii pokazując, że w tym zwariowanym, pełnym dolarów świecie tenisa liczą się też inne wartości– komentował po jej ostatnim występie singlowym na Wimbledonie angielski dziennikarz Adam Sweeting.

Z czasem sprawa jej skłonności do kobiet spowszedniała. Z roku na rok zmieniała się Ameryka i coraz więcej ludzi akceptowało „inność” Martiny. Sprawa jej orientacji powracała jedynie w kontekście zmiany kolejnych narzeczonych. Największy skandal wybuch jeszcze na przełomie lat 80. i 90-tych. Wieloletnia przyjaciółka Navratilovej, była miss Teksasu, Judy Nelson znudzona projektowaniem strojów tenisowych i sukienek dla Martiny („O Boże, jakie to były okropne stroje” – Navratilova 10 lat po rozstaniu) zdecydowała się odejść i wniosła sprawę do sądu o… alimenty. Historia skończyła się polubownie, ale kosztowała tenisistkę sporo nerwów i pieniędzy.
Dziś homoseksualizm Navratilovej jest czymś powszechnie akceptowanym. A sama Martina regularnie występuje w różnych akcjach i reklamach promujących tolerancję i propagujących organizacje gejowskie.

Tenisistka musi się jednak liczyć, że zawsze nie wszyscy są tak otwarci. Gdy dwa lata temu zaczęła występować w turniejach deblowych w parze z młodziutką, wtedy 17-letnią, Rosjanką Swietłaną Kuzniecową w kilku gazetach pojawiły się dwuznaczne komentarze. Zapytana o to na jednym z turniejów Martina w odpowiedzi popukała się tylko w czoło.

Marzenie o igrzyskach

Dlaczego trzy lata temu zdecydowała się wrócić do zawodowej rywalizacji w turniejach deblowych i mikstowych? Dlaczego teraz w wieku 47 lat chce wystąpić w grze pojedynczej na Wimbledonie? Na pewno nie dla pieniędzy i rekordów. Na korcie zarobiła ponad 20 mln dolarów (kończąc karierę 10 lat temu, gdy nagrody były znacznie mniejsze niż teraz) a w tenisowej historii zapisała kilka wyczynów (najwięcej w historii wygranych turniejów w singlu – 167 i deblu – 174), których prawdopodobnie nikt już nigdy nie pobije.

Jej ambicji najwyraźniej nie zadowalały praca jako prezydent WTA (Woman’s Tennis Association – organizacja rządząca kobiecym tenisem), trenowanie innych i pisanie książek. Tego, czego najbardziej brakowało wielkiej Martinie przez ostatnie 10 lat życia były zapewne sukcesy w świetle jupiterów.

– Tenis jest nauką pokory. Gdy w sierpniu 1987 roku po sześciu latach straciłam pozycję liderki rankingu czułam, że tracę część siebie. Pozbierałam się jednak do kupy. Tak samo teraz, może nie jestem już najlepsza, ale tu i ów mogę jeszcze coś wygrać – żartuje Amerykanka.

Na początku tego sezonu jej głównym celem była kwalifikacja olimpijska do turnieju deblowego. Navratilova bowiem nigdy nie wystąpiła na igrzyskach olimpijskich i medal jest jej wielkim marzeniem. W parze z Lisą Raymond uważana jest za jedną z głównych faworytek do złota w Atenach.

Gdy 47-letnia mistrzyni ogłosiła, że z tym sezonem ostatecznie i definitywnie żegna się z zawodowym tenisem (to samo mówiła 10 lat temu) pospieszył do niej tłum sponsorów i organizatorów zawodowych turniejów z ofertami występów w ich imprezach.
– Jeśli zagram w singla, to tylko dla dobra mojej gry deblowej – zapewniała trzy miesiące temu i niemal natychmiast przyjęła zaproszenie z Amelia Island, Charleston i Paryża. Wprawdzie trzykrotnie przegrała w pierwszej rundzie, ale wszyscy byli zadowoleni.

Moja miłość Wimbledon

To, że Navratilova wróci na trawiaste korty Wimbledonu po 10 latach przerwy stało się jasne w chwili, gdy ktoś z All England Lawn Tennis and Croquet Club zaproponował jej „dziką kartę”. Starsi panowie z najbardziej ekskluzywnego klubu tenisowego świata zawsze mieli słabość do Amerykanki, która grała u nich w singlowym turnieju nieprzerwanie przez 22 lata (1973-94).

– Pamiętam mój ostatni występ i porażkę w finale – wzdycha Navratilova na samo wspomnienie z 1994 roku, gdy po raz 10 miała sięgnąć po zwycięstwo na wimbledońskiej trawie. Przeszkodziła jej w tym Hiszpanka Conchita Martinez. Martinie została tylko nagroda pocieszenia, brawa 16 tys. publiczności i kilka źdźbeł trawy wyrwanej z kortu centralnego. – To takie sentymentalne, ale wzięłam je na pamiątkę – tłumaczy się.

Teraz na pewno nie pojedzie do Londynu tylko po kolejną kępkę trawy. – Ona jest fenomenem, a z jej predyspozycjami do gry na trawie, może nawet wygrać jeden, dwa mecze – zapewnia Fibak, który obiecuje, że będzie jej kibicował. Podobnie jak większość tenisowych kibiców, bo kto by nie chciał zobaczyć jak wielka Martina znów wygrywa…

Adam Romer

*****

TUTAJ możecie odsłuchać audycji Tenisklub w WeszłoFM poświęconej Martinie Navratilovej.

*****

Martina Navratilova
ur. 18 października 1956 roku w Revnicach koło Pragi
zawodowa tenisistka od 1975 r.
na korcie zarobiła 21 mln dolarów
wygrała 167 turniejów singlowych (w tym 18 wielkoszlemowych) i 174 deblowe
przez 332 tygodnie była liderką rankingu WTA (w latach 1978-87)
rozegrała 1659 meczów singlowych (1440 zw., 214 por.) i 774 deblowych (671-103)

*****

Suplement

Tekst powstał w czerwcu 2004 roku, gdy Martina Navratilova, w wieku 47 lat, szykowała się do występu na turnieju wimbledońskim. Zamierzała bronić wywalczonego rok wcześniej, w parze z Leanderem Paesem, pucharu w grze mieszanej. Nie udało się. Amerykanka przegrała w 3 rundzie. W turnieju deblowym poszło jej nieco lepiej, przegrała dopiero w półfinale. Pobiła także inny rekord. Wygrywając mecz w turnieju singlowym została najstarszą zawodniczką (47 lat i 6 miesięcy), która wygrała mecz w singlu na Wimbledonie.
Martina nie byłaby jednak sobą, gdyby nie próbowała dalej. Zagrała jeszcze osiem razy w wielkoszlemowych turniejach (w deblu i mikście), by w swoim ostatnim starcie, we wrześniu 2006 roku (miała wtedy niemal 50 lat!) wygrać turniej US Open. Wraz z Bobem Bryanem pokonała w finale czeską parę Kveta Peschke/Martin Damm.

Nigdy oficjalnie nie zakończyła kariery. Dziś chętnie występuje w turniejach legend rozgrywanych przy okazji zawodów w Melbourne, Paryżu, Londynie i Nowym Jorku. Odniosła już 16 zwycięstw w takich turniejach.

Pracuje również jako komentatorka tenisa dla największych stacji, w tym brytyjskiej BBC. Próbowała również swoich sił jako trenerka. W grudniu 2014 roku dołączyła do sztabu szkoleniowego Agnieszki Radwańskiej. Współpraca nie przyniosła jednak satysfakcjonujących efektów dla obu stron, a Polka i Amerykanka rozstały się po niespełna pięciu miesiącach.