Mamy głodną i zdeterminowaną młodzież – rozmowa z Maciejem Synówką

Antoni Cichy , foto: Tomasz Wiktorowski

Antoni Cichy

Doprowadził Urszulę Radwańską do 29. miejsca na świecie, a przed tym sezonem podjął kolejne wyzwanie – ma doprowadzić Amerykankę Coco Vandeweghe do pozycji numer 40. Trener Maciej Synówka analizuje, co różni polskiego tenisa od amerykańskiego, i podkreśla, jak ważną rolę w dzisiejszym sporcie odgrywa psychika.

Z Maciejem Synówką we Wrocławiu rozmawiał Antoni Cichy

Co skłoniło pana do wyboru Wrocławia na ośrodek przygotowawczy Coco?
Mieliśmy kilka opcji. Myśleliśmy o Hiszpanii, o Francji, natomiast we Wrocławiu były najlepsze warunki do przygotowań. Gospodarze z Olimpijski Club przedstawili nam korzystną ofertę – mogliśmy grać na zewnątrz, korzystać z restauracji – a także zapewnili nam hotel, masaże, fizjoterapeutę czy sparingpartnerów.

Zależało mi, aby Coco zobaczyła, że ludzie podchodzą do niej z dużym szacunkiem. Dla niej miano 84. rakiety świata nic nie oznacza, a dla miejscowych osób, które tak rzadko mają kontakt z zawodnikami tego kalibru, to coś wielkiego. Szacunek, którym ludzie obdarzyli Coco we Wrocławiu, uświadamia jej, że to, co robi, ma ogromną wartość. Sama zaczyna to doceniać.

To buduje jej pewność siebie?
Tak, ale też motywuje do dalszej pracy.

Coco mówiła, że planuje przyjechać do Wrocławia jeszcze raz, przed Rolandem Garrosem. Czy zmiana strefy czasowej, w jej przypadku również nawierzchni i brak pewnej ciągłości sprawiają trudności, przekładają się na rezultaty?
Amerykanie, kiedy przylatują na okres europejski, spędzają tu właściwie pełne dwanaście tygodni. W wyniku tego w ostatnich tygodniach, w czasie Wimbledonu, nie mają siły i ochoty do gry. Są mentalnie wyjałowieni. Pomysł na taki okres treningowy, który właśnie wdrożyliśmy, pojawił się po Miami. Coco zagrała tam bardzo dobrze i w związku z tym nie musieliśmy później jechać na inne turnieje. Postanowiliśmy nieco wcześniej przygotować się na nawierzchnię ziemną.

Dlaczego? Coco uważała dotychczas, iż nie potrafi grać na ziemi. Chcę sprawić, aby uwierzyła, że jednak potrafi. Bo tak jest. To tylko kwestia amerykańskiej szkoły. Tamtejsi tenisiści są nauczeni gry i poruszania na twardym korcie. Ziemia jest dla nich nienaturalna, a dla mnie wręcz przeciwnie – jest naturalna, więc przekazuję Coco swoją wiedzę.

Jakie cele stawiacie sobie na pierwszy sezon wspólnej pracy?
Główny cel to możliwie najlepsza gra na Wimbledonie, generalnie na trawie. Coco to zawodniczka typowo meczowa. Jest przygotowana na to, żeby rozgrywać wielkie turnieje, wielkie mecze. Na małych turniejach nie potrafi się skoncentrować, nie jest do końca zmotywowana.

Wielokrotnie podkreślał pan, jak ważną rolę odgrywa psychika. Kładzie pan na to spory nacisk. Czy Coco potrafi zachować zimną krew i wytrzymać presję w decydujących momentach?
Tak, myślę, że jest stworzona do takich momentów. Rozwój jej kariery hamowały natomiast inne rzeczy. To trochę rozpieszczona zawodniczka. W wieku 16 lat wygrała juniorski US Open. Jest niezwykle utalentowana i dzięki temu wszystko przychodzi jej o wiele łatwiej niż innym. W wieku dorastania pozostałe tenisistki trenowały po 5 godzin dziennie, a ona osiągała takie same wyniki, trenując półtorej godziny.

Z tym podejściem Coco wchodziła do zawodowego tenisa i czasami się to sprawdzało. Dwa lata temu w Stanford zagrała w turnieju głównym jako lucky looser i od razu osiągnęła finał, przegrywając tylko z Sereną Williams. Takie wyniki przychodziły jej z ogromną łatwością, natomiast nie potrafiła ich utrzymać przez cały rok. Gra przez dwanaście miesięcy na równym poziomie to jeden z naszych głównych celów.

Może czasami zawodzi koncentracja? Na pierwszy rzut oka wygląda, że na warunki fizyczne Coco nie może narzekać.
Pod względem siłowym jest bardzo dobrze przygotowana. Mogę nawet powiedzieć, że najlepiej w całym tourze. Z kolei pod względem kondycyjnym nie wypada już tak dobrze. Kij ma dwa końce – coś kosztem czegoś. Niektórzy zawodnicy mają pewne cechy lepiej rozwinięte, a nad pozostałymi muszą ciężko pracować. Ale rzeczywiście, to kwestia koncentracji, zrozumienia pewnych spraw.

Cel na ten sezon to czołowa „czterdziestka”. Jeżeli Coco chce go zrealizować, musi zagrać przynajmniej 20 równych tygodni w sezonie. Dotychczas miała trzy-cztery przebłyski w roku i na tej podstawie budowała cały swój ranking. Pozostałe turnieje nie były dla niej ważne lub się nie liczyły. Budujemy atmosferę, w której wszystkie turnieje są ważne.

Jakie różnice dostrzega pan pomiędzy pracą z Urszulą Radwańską a teraz z Coco?
To dwie zupełnie inne zawodniczki, wychowane w zupełnie innej kulturze pracy, z inną determinacją. Ulę mógłbym nazwać typowym pracoholikiem. Uwielbiała spędzać dużo czasu na korcie i musiała spędzać dużo czasu na korcie, żeby dobrze grać. Coco z kolei jest obdarzona naturalnymi predyspozycjami, może przebywać na korcie przez 45 minut i będzie prezentowała wysoki poziom. Czasem nawet lepiej, jeśli poświęca mniej czasu na grę, bo jest wtedy świeższa.

Jeśli chodzi o sam styl, Ula to pasywna zawodniczka, a Coco atakująca, powiedziałbym nawet hiperofensywna. Tych różnic jest naprawdę bardzo, bardzo dużo.

Praca z dwoma tak różnymi zawodniczkami to chyba również szansa do rozwoju dla pana – trenera. Dwie kultury tenisowe, dwa kraje – całkiem inne realia.
Po części tak, ale podchodzę do tego profesjonalnie. Jestem trenerem tenisa i mam poprowadzić zawodnika od punktu A do punktu B. Spotykamy się, rozmawiamy, dowiaduję się, jakie są jej cele i później ustalamy plan, który ma pomóc w ich realizacji. Tak było z Ulą. Przedstawiała mi swoje cele i powiedziała, o czym marzy. Wspólnie doszliśmy do tego, co wcześniej ją stopowało i później zbudowaliśmy na tym plan, który był skutecznie realizowany.

Tak samo wyglądają sprawy z Coco. Zabawne, że znalazła mnie, chcąc teraz osiągnąć to, co wcześniej udało się Uli. Kiedy zacząłem pracę z Ulą, była 97., po roku miała ranking 29., a w drugim sezonie 40. Coco w momencie naszego pierwszego spotkania była 108., a chciałaby zakończyć sezon na 40. miejscu. Mój warsztat i charakterystyka dokładnie odpowiadają temu, co chce osiągnąć.

Coco systematycznie pnie się w górę rankingu. Z tygodnia na tydzień jest wyżej, zbliża się do realizacji celu.
Ogólnie rzecz biorąc, sezon nie rozpoczął się dla niej najlepiej. Zanotowała długą serię porażek w pierwszych rundach. Właśnie tu daje o sobie znać inna kultura pracy. Kiedy przyjechałem do Stanów, całe środowisko otaczające Coco – jej mama, która jest jej mentorem sportowym i pełni najważniejszą rolę w jej życiu; trenerzy od przygotowania fizycznego czy sponsor – nie oczekiwali, że od razu przyjdą wyniki. Wiedzieliśmy, że bardzo dobrze pracujemy i to, kiedy potencjał i talent Coco eksplodują, pozostaje tylko kwestią czasu. Te porażki, które się przytrafiły, po prostu musiały się wydarzyć, żeby później mogła zagrać tak dobrze w Miami.

Wspomniał pan o kulturze sportu w Stanach oraz warunkach do treningu. To ostatnio gorący temat w kraju. Jakie różnice dostrzega pan pomiędzy USA a Polską?
Jeżeli popatrzymy na to ze strony infrastruktury sportowej, to Stany prezentują się wręcz nieprawdopodobnie. Mają też dużo pieniędzy i zawodników – w USA w tenisa gra o wiele więcej osób niż w Polsce. My mamy natomiast jedną rzecz, o której jeszcze nikt nie powiedział – niesamowicie głodną i zdeterminowaną młodzież. Coco trenowała we Wrocławiu m.in. z Szymonem Walkowem, 19-letnim chłopakiem, jednym z czołowych polskich juniorów w zeszłym roku. Powiedziała, że w Stanach żaden 19-latek nie grałby z nią z takim zaangażowaniem.

Szymon przyszedł 30 minut wcześniej, rozgrzał się i przy każdej piłce, mówiąc kolokwialnie, gryzł kort. W USA takie coś nie ma miejsca, tam zawodnicy są rozpuszczeni, brakuje im determinacji, a wygrana w tenisie nie jest dla nich sprawą życia i śmierci. Za przykład może tutaj posłużyć Coco. Czasami plaża czy jakiś dobry film w kinie są dla niej ważniejsze od tenisa. Nie do końca rozumie, co to znaczy przyjść na godzinę i dać z siebie wszystko. Pokazał to Szymon Walków oraz kilku innych zawodników, z którymi grała we Wrocławiu. Zobaczyła, jak bardzo można być zaangażowanym na korcie.

Nie bez znaczenia jest też chyba droga do sukcesu, jaką musi pokonać w Polsce młody zawodnik. Można się nieźle zahartować.
Dokładnie tak. Wydaje mi się, że generalnie w sporcie trzeba być optymistą, a w tenisie po prostu super optymistą. Z moich dotychczasowych obserwacji wynika, że różnica w pracy pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Polską polega na rozłożeniu gry na czynniki proste.

W naszym kraju trener podczas godzinnych zajęć pokazuje zawodnikowi 25 rzeczy, które źle robi. Jeśli pójdziemy na trening na obiekcie X czy Y, trener zagra forhend cross i cały czas krzyczy podopiecznemu: ugnij nogi, szybciej ręka, zamknij nadgarstek, wyprostuj plecy, zejdź niżej, szybciej, wolniej, więcej rotacji, mniej rotacji. Ciągle ma jakieś uwagi. W Stanach zawodnik może mieć 99 wad, ale jeśli ktoś znajdzie jeden atut – zbuduje na tym sukces.

Dużą wagę przykłada pan do gry mentalnej. Praca nad psychiką zawodnika ogranicza się do budowaniu jego pewności siebie czy może poszerza pan ją o inne elementy, specjalne techniki?
Myślę, że na pewnym poziomie tak naprawdę wszyscy zawodnicy podobnie trenują, mają pewien potencjał. Na kort wychodzi tenisistka X pod tytułem „Coco” i tenisistka Y – ktoś musi ten mecz wygrać. W tenisie nie ma remisów.

Bardzo mnie fascynuje i prowokuje do rozmyślania, co powoduje, że kiedy spotyka się dwóch zawodników na podobnym poziomie, danego dnia jedna z tych osób schodzi z kortu ze zwycięstwem; co powoduje, że na przykład Serena Williams nagle staje się wybitną zawodniczką. Równie dobrze mogłaby wygrać pięć szlemów, jednak coś „przeskoczyło” w jej głowie i sprawiło, że zechciała czy uwierzyła, iż może zostać najlepszą tenisistką wszechczasów i odnieść siedemnaście zwycięstw w Wielkim Szlemie. Cały czas mnie to nurtuje.

Wracając do treningu mentalnego, spędziłem sporo czasu z zawodnikami na różnym poziomie i ta praca mentalna nie polega wyłącznie na spotkaniu z psychologiem, rozwijaniu pewnych cech. Czasami trzeba porozmawiać o ósmej rano przy śniadaniu o nastawieniu sportowca, o jego podejściu do sytuacji trudnych, o tym, jak reaguje, gdy jest skoncentrowany albo wtedy, kiedy włącza się szósty zmysł i robi coś ponadprzeciętnego. Powstaje na przykład pytanie, dlaczego wynik Coco przyszedł właśnie w tym momencie, a nie innym? To wszystko składa się na pewien zestaw cech, nad którymi pracujemy.

W takich sytuacjach pewnie pomaga pańska obecność w Kalifornii. Chyba łatwiej rozwiązać pewien problem, będąc na miejscu, niż kontaktując się przez telefon.
Dokładnie tak. Odpowiadając w pełni na to pytanie, muszę przybliżyć wcześniejszy sposób funkcjonowania Coco. To Amerykanka, kalifornijska dziewczyna. Jest nauczona ciężkiej pracy, ale w jej rozumieniu nie ma to nic wspólnego z tym, co ja rozumiem przez ciężką pracę. Dotychczas wstawała rano i jak zobaczyła, że świeci słońce, pierwsze, co robiła, to szła na plażę. W tenisa grała dopiero wtedy, kiedy się wyleżała, trochę poopalała, posurfowała i po prostu się tym znudziła. Tak nie funkcjonują zawodowcy.

Chcąc zmienić nastawienie Coco, z wyboru zamieszkałem u niej w domu, razem z jej rodzicami i dziadkiem, który był wybitnym koszykarzem NBA. Mogę ją teraz kontrolować. Wstajemy o 6 rano, idziemy spać o 21:30, a cały dzień jest wypełniony treningami. Czasami pojawiają się takie dni, w których siada i mówi, że nie ma ochoty grać w tenisa. Staramy się przynajmniej wycisnąć 45 minut na korcie, a resztę dnia rzeczywiście spędzamy na plaży. Zdarzają się też takie dni, kiedy Coco ma ochotę pójść na plażę, a ja jej mówię, że musimy trenować 5 godzin i spędzamy 5 godzin na korcie.

Musiała obdarzyć pana sporym zaufaniem. Tyle wyrzeczeń, zmiana sposobu funkcjonowania, a gwarancji sukcesu nigdy nie ma.
Na pewno musiała podjąć jakieś ryzyko. Od razu uświadomiłem sobie, że Coco bardzo chce być zawodniczką z czołówki. Skoro pojawia się chęć, moje zadanie polega na stworzeniu pewnego programu i wskazaniu właściwej drogi.

Czy proces transformacji Coco w zawodniczkę profesjonalną – nie stricte w rozumieniu statusu WTA, a bardziej pod względem mentalnym – dobiegł już końca?
Nie, jeszcze nie. Myślę, że ten proces cały czas trwa. Coco jest obecnie 84. w rankingu, a chce być 40. Pojawia się pytanie, czy może być pierwsza? A może piąta albo dziesiąta? Czy może wygrać szlema, dwa albo nawet pięć? Na początku, kiedy się spotkaliśmy, nie do końca wierzyła, że stać ją na czołową „40”. Zmieniło się to po sukcesie w Miami.

Każdy zawodnik chce być coraz lepszy. W momencie, kiedy Coco wejdzie do czołowej „40”, pojawi się marzenie o „20”. Zaczniemy wtedy proces, który będzie miał ją do tego doprowadzić i wykorzystamy doświadczenie, które zdobywa właśnie teraz. Powiem jej, że skoro osiągnęła Top 40, na pewno osiągnie też Top 20. To również składa się na cały proces przygotowania mentalnego, budowania pewności siebie i wiary.

Coco w bardzo młodym wieku wygrała US Open. Nie poszła jednak za przysłowiowym ciosem. Spoczęła na laurach?
Myślę, że tak. Przyszło jej to łatwo i chyba troszeczkę ją rozpuściło. Wiedziała, że cokolwiek by nie zrobiła i tak „spadnie na cztery łapy”.

Podobnej historii, może na nieco większą skalę, doświadczyła Alize Cornet. Jako nastolatka znalazła się na jedenastym miejscu w rankingu, później spadła do drugiej „100” i dopiero teraz wraca do dobrego tenisa. Taka sama droga czeka Coco?

Miałem przyjemność rozmawiać z trenerem Alize podczas Indian Wells, kiedy dziewczyny grały ze sobą sparing. Powiedział mi, że Alize w wieku osiemnastu lat osiągnęła swój życiowy wynik – była jedenasta na świecie. Nie miała pojęcia, jak do tego doszło. Dokonała głodna gry i zdeterminowana. Potem przyszedł moment stagnacji wyników i zaczęła się zastanawiać, w jaki sposób to wszystko osiągnęła. Musiała dojrzeć i sama zacząć sobie odpowiadać na pytanie „co sprawia, że jest tak dobrą tenisistką?”. Wydaje mi się, że teraz przychodzi ten moment, kiedy dojrzała, szczególnie po zwycięstwie nad Sereną Williams.

Kariera sportowca dzieli się chyba na dwa etapy – w rozumieniu mentalnym. Po juniorskim, kiedy po prostu się gra, przy chodzi czas seniorski, w którym każdy zaczyna sobie uzmysławiać, co tak naprawdę robi, i bierze za siebie większą odpowiedzialność.
Myślę, że tak samo w sporcie, jak i w każdej innej dziedzinie życia, nasze cele i marzenia zmieniają się wraz z doświadczeniem, którego nabieramy. W wieku piętnastu lat mogłeś marzyć o szybkim samochodzie i ładnej dziewczynie, a jak masz 25 lat chcesz być zdrowy, szczęśliwy i poznać kobietę, którą będziesz kochał. Tak to mniej więcej funkcjonuje, także w sporcie.

Nie sposób nie zapytać, jak żyje się na obczyźnie? Chyba inaczej nie da się tego określić, w końcu przeprowadził się pan na stałe do Stanów Zjednoczonych.
Właściwie to całe swoje życie spędzam w podróży. W wieku 8 lat razem z rodzicami wyjechałem do RPA. Spędziłem tam 6 lat i ukończyłem pierwszą szkołę. Później wróciłem do Polski, a od 15. roku życia prawie co trzy lata zmieniam miejsce zamieszkania. Najpierw kończyłem liceum w Sopocie, potem przeprowadziłem się na studia do Wrocławia, później znowu wróciłem do Sopotu, a następne 3 lata mieszkałem w Warszawie. W między czasie podróżowałem po juniorskich ITF-ach bądź po turniejach WTA, co zajmowało mi 250 dni w roku. Jestem do tego przyzwyczajony, zahartowany i nie mam nic przeciwko mieszkaniu za granicą.

Nie żal świąt spędzanych poza domem?

Dla mnie nie ma żadnego problemu, ale dla mojej Mamy to ogromny problem.

*Maciej Synówka swoją przygodę z tenisem rozpoczął w wieku 7 lat. Pierwsze kroki na korcie stawiał w RPA, gdzie mieszkał przez sześć lat. Po powrocie do ojczyzny odniósł kilka sukcesów jako zawodnik, m.in. został drużynowym wicemistrzem Polski.

Przez ponad półtora roku, od pierwszych dni kwietnia 2012 roku, Synówka był trenerem Urszuli Radwańskiej. Pod jego okiem krakowianka osiągnęła najlepszy rezultat w karierze – awansowała na 29. miejsce w rankingu WTA. Od początku tego sezonu młody szkoleniowiec prowadzi Amerykankę Coco Vandeweghe.