Moim zdaniem: w dzikie karty zaplątani

Michał Jaśniewicz , foto: AFP

Michał Jaśniewicz

Po dwóch latach nieobecności, Polska powróciła na mapę rozgrywek WTA, co oczywiście dla rozwoju tenisa w naszym kraju jest wielką sprawą. Otwartym pozostaje jednak pytanie czy w pełni wykorzystaliśmy szansę jaką daje nam impreza tej rangi.

Turniej BNP Paribas Katowice Open można analizować na wielu płaszczyznach (sposób promocji, wybór miejsca rozgrywania, dobór nawierzchni, obsada itp.). W tym miejscu chciałbym jednak przeanalizować to co dał on polskim tenisistkom. Zawody rangi WTA otwierają organizatorom możliwość przyznawania przepustek („dzikich kart”) zawodniczkom, które na podstawie rankingu nie miałyby szansy występu w tak prestiżowej imprezie (czy też eliminacjach do niej).

Jeżeli chodzi o polskie tenisistki to „dzikie karty” otrzymały dwie zawodniczki do turnieju głównego, trzy do eliminacji, a także dwie pary deblowe. Już po trzecim dniu turnieju można było podsumować te występy.

Niestety rachunek jest wyjątkowo prosty – jeden wygrany mecz. Mowa o Katarzynie Kawie, która w pierwszej rundzie eliminacji wygrała ze znacznie wyżej notowaną Corinną Dentoni 6:3, 6:0, jednak już drugim meczu nie sprostała rozstawionej z numerem dwa Alexandrze Cadantu (2:6, 3:6). W przypadku 20-latki można mówić o słusznym uhonorowaniu „dziką kartą”. Halowej mistrzyni Polski na pewno należy stwarzać takie okazje.

Dalsza wyliczanka wypada już jednak dramatycznie źle. Jako pierwsza ze wszystkich „dziką kartę” do eliminacji otrzymała Katarzyna Pyka. Czołowa polska juniorka (aktualnie w rankingu PZT do lat osiemnastu zajmuje trzecie miejsce) może pochwalić się treningami w słynnej katalońskiej akademii tenisowej Sanchez-Casal, ale także niezłymi wynikami w rozgrywkach Juniors ITF (głównie w deblu). Przed turniejem w Katowicach nie miała jednak na swoim koncie ani jednego wygranego seta w rozgrywkach seniorskich (przegrała trzy mecze w eliminacjach do niskiej rangi turniejów).

Już to zestawienie klarownie pokazuje, iż nie było żadnych podstaw do optymizmu. Nie trzeba być wielkim znawcą tenisa, aby zawyrokować, że 17-letnia Pyka nie jest jeszcze gotowa do rozgrywek seniorskich (oby to się w niedalekiej przyszłości zmieniło). Dosadnie zweryfikował to kort, gdyż w pierwszej rundzie eliminacji przegrała z 301. w rankingu Iriną Buriaczok 0:6, 0:6. Raczej wątpliwe, by te 44 minuty rywalizacji było przełomem w karierze Katarzyny Pyki.

Mniej jednoznaczny w ocenie jest występ Magdaleny Fręch. 15-letnia łodzianka może pochwalić się już dwunastoma wygranymi spotkaniami w rozgrywkach seniorskich (głównie w eliminacjach turniejów niższej rangi), a także szeregiem sukcesów w rozgrywkach juniorskich (w marcu wygrała zawody Juniors ITF na Słowacji), no i pierwszą pozycją w rankingu PZT do latu osiemnastu. Jej wynik w Katowicach z pewnością nie rzuca na kolana, gdyż przegrała w pierwszej rundzie eliminacji z 215. w rankingu Ralucą Olaru 0:6, 3:6. Należy przy tym podkreślić, że w poszczególnych gemach było naprawdę dużo walki i często decydowała rywalizacja na przewagi.

Na „dziką kartę” niestety nie mogła liczyć Zuzanna Maciejewska, która dwanaście miesięcy temu była jedenastą juniorką świata, a od ubiegłego sezonu regularnie punktuje w turniejach seniorskich (ma już na koncie jeden półfinał i trzy ćwierćfinały w „futuresach”). Jej osiągnięcia sportowe niepodważalnie przewyższają te Katarzyny Pyki.

Do turnieju głównego „dzikimi kartami” obdarowane zostały Marta Domachowska i Sandra Zaniewska. Pierwsza z nich wygrała w tym roku łącznie dwa spotkania (oczywiście w turniejach niższej rangi). Na korcie w Spodku było widać u Domachowskiej ogromny stres i brak pomysłu na grę. Chociaż prowadziła w drugim secie z 19-letnią Anniką Beck 5:3, przegrała cały meczu 3:6, 5:7.

Sandra Zaniewska to rodowita katowiczanka i ma za sobą znakomitą pierwszą cześć ubiegłorocznego sezonu (m.in. awans do turnieju głównego Wimbledonu), ale od sierpnia zmagała się z kontuzją stawu krzyżowo-biodrowego. W tym roku wystąpiła tylko w jednym turnieju. Bezpośrednio przed BNP Paribas Katowice Open zagrała w zawodach ITF o najniższej puli nagród (10 tys. dol.), przegrywając w drugiej rundzie z 684. w rankingu reprezentantką Ukrainy (4:6, 0:6).

Pojedynek z Kanepi, przegrany 1:6, 1:6, jasno pokazał, że przed Sandrą jeszcze wiele pracy, by wrócić do formy i kontynuować rozwój kariery. Jest to na pewno tenisistka z potencjałem na Top 100, a może jeszcze wyżej, ale po prostu po tak poważnych problemach zdrowotnych potrzeba czasu. Wydaje się, że dla katowiczanki najlepszym wyjściem było spróbowanie sił w eliminacjach do turnieju w Spodku. Zagrałaby bez takiej presji, a także nie potrzebowałaby do tego „dzikiej karty”. Co więcej za wygrany przynajmniej jeden mecz w eliminacjach, dostałaby więcej punktów do rankingu niż za porażkę z Estonką.

W kolejce po „dzikie karty” do turnieju głównego stały m.in. Paula Kania, Magda Linette i Katarzyna Piter. Cała trójka ambitnie walczyła w eliminacjach. Dwie pierwsze wygrały po jednym spotkaniu, zaś Piter poległa dopiero w decydującej fazie, po drodze eliminując m.in. 102. w rankingu Koehler.

Nikt rzecz jasna nie da gwarancji, że któraś z tej trójki tenisistek byłaby w stanie wygrać mecz w turnieju głównym, ale w mojej ocenie wszystkie one bardziej zasługiwały na „dzikie karty” od Domachowskiej czy Zaniewskiej. Szczególnie zastanawia pominięcie Kani, która po siostrach Radwańskich jest obecnie najwyżej sklasyfikowaną polską tenisistką w rankingu WTA, reprezentowała nasz kraj w turnieju Fed Cup w Ejlat, a ponadto pochodzi i mieszka na Śląsku. Zresztą sama tenisistka nie ukrywała, iż mocno liczyła na przepustkę od organizatorów.

Dla porządku dodajmy, że dwie polskie pary deblowe z „dzikimi kartami” odpadły w pierwszej rundzie (Kania i Zaniewska po bardzo zaciętej batalii, zaś Fręch i Pyka w ogóle nie wyszły na kort, ze względu na chorobę tej pierwszej).

Przyznawanie przepustek do występu czy to w eliminacjach czy w turnieju głównym jest złożoną materią i wpływ ma na to wiele różnych czynników. Niestety w przypadku BNP Paribas Katowice Open czynnik sportowy nie był na pierwszym miejscu (może z wyjątkiem Fręch i Kawy). Dlatego już teraz z całą pewnością można ocenić, że pierwszy turnieju w Spodku nie będzie przełomowym dla żadnej polskiej tenisistki. Pozostaje mieć nadzieję, że organizatorzy wyciągną z tego wnioski i w przyszłych latach zawody w Katowicach będą stanowiły trampolinę sukcesów naszych reprezentantek. Gorąco w to wierzę!