Wierzę, że to będzie mój rok – rozmowa z Coco Vandeweghe

Antoni Cichy , foto: AFP

Antoni Cichy

Amerykanka Coco Vandeweghe do sezonu na kortach ziemnych przygotowywała się we Wrocławiu. Zadowolona z treningów, zapowiedziała, że do Stolicy Dolnego Śląska przyjedzie jeszcze raz, tuż przed Rolandem Garrosem.

Wszystko w dużej mierze za sprawą nowego trenera, Macieja Synówki, który – jak przyznała 22-latka – daje jej stabilizację i nadzieję na awans do grona 40 najlepszych tenisistek świata.

Zz Coco Vandeweghe rozmawiał we Wrocławiu Antoni Cichy

Tenisklub: Co sprawiło, że trenowała pani w Polsce, we Wrocławiu?
Coco Vandeweghe: Mój trener, Maciej Synówka, uznał, że dobrze byłoby przyjechać do Europy tydzień wcześniej, niż zakładaliśmy, i przygotować się do sezonu na nawierzchni ziemnej. To mój pierwszy pobyt w Polsce. Braliśmy pod uwagę jeszcze Francję i Hiszpanię, Maciek upewnił się, że treningi we Wrocławiu są możliwe. Klub oferuje mi świetne warunki – posiłki, hotel, korty. Cieszę się, że tu przyjechałam.

Jest pani usatysfakcjonowana tymi kilkoma dniami w Polsce?
To były niesamowite przygotowania. Przyjechaliśmy tutaj, żeby potrenować na mączce, ponieważ w Stanach nie dysponujemy wieloma kortami z tą nawierzchnią. Miałam znakomitego sparingpartnera, Szymona Walkowa. Jest świetny i bardzo ciężko pracuje.

Czy traktuje pani okres spędzony we Wrocławiu jako sposób na aklimatyzację w Europie, przystosowywanie się do strefy czasowej?
Mam takie plany. Wrócę do Wrocławia na dwa tygodnie przed Rolandem Garrosem. Wcześniej spędzę trochę czasu w domu, żeby naładować baterie i pobyć z rodziną. Następnie Wrocław, jeden turniej i wyjazd na Rolanda Garrosa.

Wrocław teraz, Wrocław przed Rolandem Garrosem. Jeżeli zda egzamin w tym sezonie, wizyta we Wrocławiu wejdzie na stałe do grafiku pani przygotowań?
Całkiem możliwe, że tak – przed europejską częścią sezonu. Mój dom to jednak Kalifornia. Jeśli mogę odpoczywać i trenować przez dłuższy okres czasu, wybieram Kalifornię. Przygotowania do turniejów w Europie wymagają jednak wcześniejszego przyjazdu, przystosowania się do strefy czasowej czy nawierzchni.

Roland Garros to pewnie dla pani, podobnie jak dla innych zawodniczek, główna impreza drugiej części sezonu.
Niewątpliwie.

Jaki wynik stawia sobie pani za cel?
Nigdy nie wygrałam jeszcze rundy na Rolandzie Garrosie. Byłoby świetnie dokonać tego po raz pierwszy. Później zobaczymy, co się stanie. Trzeba grać z meczu na mecz. W poprzednich latach nie miałam okazji do wielu treningów na mączce. Po prostu przyjeżdżałam na Rolanda Garrosa, grałam i szybko przechodziłam na trawę. Wierzę, że teraz Roland Garros będzie dla mnie udany.

""

Na razie może pani uznać za udany początek obecnego sezonu. Bardzo dobrze grała pani Miami. Zmiana trenera przyniosła pożądany efekt?
Nie ma co do tego wątpliwości. Myślę, że Maciek ma na mniej naprawdę dobry wpływ. Zamieszkał u nas w domu, widzimy się przez cały czas. To mazarówno swoje dobre, jak i złe strony. Po udanym treningu nie ma problemu, ale po gorszym nie chcę na niego patrzeć. (śmiech) Tak naprawdę uważam, że te ostatnie miesiące były dla mnie bardzo dobre.

Polska musi się pani rzeczywiście dobrze kojarzyć. Na drodze do zwycięstwa w juniorskim US Open 2008 pokonała pani Katarzynę Piter, a w 2012 roku – zanim dotarła do finału w Stanford – wyeliminowała w ćwierćfinale Urszulę Radwańską.
Rzeczywiście, mam dobry bilans w meczach z Polkami. Pamiętam, że tydzień przed Miami trenowałam razem z Kasią Piter i powiedziałam Maćkowi „pokonałam ją, kiedy zwyciężałam w juniorskim US Open”, a on odpowiedział „wiem, mówiła mi, że jeszcze pamięta tamten mecz i to, jak wysoko z nią wygrałaś”. (śmiech) Wyjaśniłam mu, że na tamtym turnieju wszystkich pokonywałam z łatwością. To były dla mnie niesamowite rozgrywki. Wracając do tych treningów, żartowaliśmy z Maćkiem, że w 50% procentach jest przeciwko mnie – raz mnie pokonał, a raz – w Stanford – to ja byłam górą.

Patrząc na pani ranking, widać tendencję zwyżkową. W poprzednich latach zdarzały się lepsze i gorsze chwile, teraz wygląda to stabilniej.

Tak, a do tego pokonywałam ostatnio dużo lepsze zawodniczki. Minione lata rzeczywiście upłynęły pod znakiem wzlotów i upadków. Wpływ miały na to różne zmiany – zmiana trenera, jeszcze zanim spotkałam się z Maćkiem, czy rezygnacja z pracy dla Związku Tenisa Stanów Zjednoczonych. Uważam, że stabilizacja, którą daje trenowanie z Maćkiem, korzystnie wpływa ma moją grę.

Trener Synówka zawsze podkreśla, jak ważna jest dla niego psychika, gra mentalna. Wykonuje pani jakieś specjalne ćwiczenia ukierunkowane na poprawę koncentracji, opanowanie stresu podczas spotkania?
To zabawne, ponieważ na treningu Maciek zdaje się wkradać w mentalną stronę każdego ćwiczenia. Nie odczuwam tego tak bardzo podczas prostych ćwiczeń, ale kiedy gram treningowe mecze przeciwko zawodnikom z różnym stylem, naprawdę dostrzegam, że pracuje nad mentalną stroną mojego tenisa. Chyba nigdy wcześniej nie doświadczyłam czegoś takiego. To niewątpliwie bardzo pozytywne.

W przeszłości zdarzały się pani znakomite pojedyncze spotkania, ale rzadko kiedy jeden dobry mecz poprzedzał drugi jeszcze lepszy. Turniej w Miami pokazał, że zaczyna pani powoli składać wszystkie elementy w jedną całość.
Wydaje mi się, że rozgrywałam jeden nieprawdopodobny turniej w sezonie, na przykład Stanford w 2012, a przez resztą roku kompletna pustka. Przed Miami zaliczyłam serię udanych turniejów, może jeden poszedł mi nieco gorzej. To dowodzi, że obecny system treningowy funkcjonuje.

""

Dysponuje pani znakomitymi warunkami fizycznymi. To największy atut? Czy może raczej stara się pani zbalansować swoją grę i koncentruje obecnie na rozwoju pozostałych elementów?
Siła fizyczna raczej zawsze stała u mnie na pierwszym miejscu. Niewątpliwie Maciek wzbogacił to różnymi elementami. Moje rywalki nie będą już uważały, że bazuję tylko na sile fizycznej. Siła to bezsprzecznie mój numer jeden, ale będę teraz w stanie zaskoczyć przeciwniczki wszechstronną grą.

Nie da się ukryć, że przechodzi pani pewną transformację. Czuć, że nadchodzą lepsze czasy i wkrótce może pani osiągać takie wyniki, jak w wieku juniorskim?
Mam taką nadzieję. Początek tego sezonu wiązał się z wieloma wyrzeczeniami. Zanim zaczęliśmy współpracę z Maćkiem, przeprowadziliśmy konwersację przez telefon. Wytłumaczył mi, jakie czekają mnie poświęcenia, jeśli chcę zrealizować swoje cele. Ciężko trenuję i zgodziłam się na te wyrzeczenia z wiarą, że to będzie mój rok.

Jak udało się skontaktować i nawiązać współpracę z Maciejem Synówką?
Doszło do tego za pośrednictwem mojej agencji menedżerskiej. Szukałam trenera, a on zadzwonił do mnie na cztery dni przed planowanym startem przygotowań do Australian Open. To świetny facet. Po dwóch telefonach zapytałam go, czy naprawdę zamierza przyjechać do Los Angeles. Wszystko trwało trzy-cztery dni. To było rzeczywiście szalone! (śmiech)

Trener Synówka doprowadził Ulę Radwańską do Top 30. Wierzy pani, że uda jej się osiągnąć podobny rezultat?
Przed sezonem uznaliśmy awans do Top 40 za mój główny cel. Nigdy nie znalazłam się tak wysoko w rankingu. Bywałam już w Top 60, Top 70, ale nie w „czterdziestce”. Mam nadzieję, że wciąż będę poprawiać swój ranking.

***
Coco Vandeweghe urodziła się 6 grudnia 1991 roku w Nowym Jorku. Sport – i to ten na najwyższym poziomie – ma we krwi. Jej matka dwukrotnie uczestniczyła w letnich igrzyskach olimpijskich (1976 w pływaniu oraz 1984 w siatkówce), a dziadek z wujkiem grali w najlepszej koszykarskiej lidze świata – NBA.

Na międzynarodowej arenie Coco zadebiutowała w 2006 roku podczas turnieju WTA w San Diego. W 2008 roku, grając z dziką kartą, zwyciężyła w juniorskim US Open. Jej największym sukcesem w seniorskim tenisie jest finał turnieju w Stanford w sezonie 2012. Uległa wtedy tylko Serenie Williams. Od kilku miesięcy Vandeweghe prowadzi polski trener, Maciej Synówka.