Rouen. Marta Kostiuk triumfuje w historycznym finale

/ Jakub Karbownik , źródło: własne/www.wtatour.com, foto: Eastnews

Marta Kostiuk pokonała Weronikę Podrez w finale turnieju WTA 250 we francuskim Rouen. Dla podopiecznej Sandry Zaniewskiej zwycięstwo nad rodaczką oznacza drugi tytuł mistrzowski w karierze.

Za nami kolejny tydzień na europejskich kortach ziemnych. Podczas turnieju WTA 500 w Stuttgarcie po tytuł sięgnęła Elina Svitolina. Z kolei we Francji w turnieju rangi poziom niżej doszło do historycznego wydarzenia. Pierwszy raz w historii meczów finałowych imprez głównego cyklu sprawę zwycięstwa rozstrzygnęły między siebie dwie reprezentantki Ukrainy.

Rozstawiona z numerem pierwszym zawodniczka wywiązała się z roli faworytki i pokonała w dwóch setach niżej notowaną rodaczkę. W pierwszym secie zawodniczka z Kijowa straciła serwis już w gemie otwarcia, aby wygrać kolejne trzy gemy. Co prawda Podrez doprowadziła do wyrównania, aby od stanu 3:3 nie wygrać już gema w tej części spotkania. W drugiej partii turniejowa „jedynka” trzykrotnie wychodziła na prowadzenie z przewagą serwisu i dopiero to trzecie przełamanie w drugiej odsłonie okazało sie decydującym i doprowadził Martę Kostiuk do historycznego zwycięstwa.

– Dzisiejszy pojedynek był nie tylko meczem. To był historyczny moment dla Ukrainy. Pierwszy raz dwie Ukrainki wystąpiły w meczu finałowym. Wiem ile pracy, poświęcenia oraz łez kosztuje dotarcie tu, gdzie teraz obie z Weroniką się znajdujemy. Dlatego jestem niezwykle dumna z Ukrainy – podsumowała to co wydarzyło się w Rouen Marta Kostiuk dla której jest to drugi tytuł mistrzowski w karierze.

Poprzednio zawodniczka z Kijowa świętowała w marcu 2023 na kortach twardych w Austin. W kolejnych trzech finałach, w tym przed dwoma laty podczas WTA 500 w Stuttgarcie, Ukrainka musiała uznać wyższość rywalek po drugiej stronie siatki.


Wyniki

Finał:

Marta Kostiuk (Ukraina, 1) – Weronika Podrez (Ukraina) 6:3, 6:4

Madryt. Polskie trio poznało rywalki podczas tegorocznej rywalizacji

/ Jakub Karbownik , źródło: własne/www.wtatour.com, foto: Eastnews

Iga Świątek, Magdalena Fręch oraz Magda Linette znalazły się w drabince turnieju głównego turnieju WTA 1000 w Madrycie. Polskie tenisistki poznały rywalki z którymi przyjdzie im się zmierzyć podczas tegorocznej edycji turnieju w stolicy Hiszpanii.

Po Linzu oraz Stuttgarcie, gdzie panie rywalizowały na kortach ziemnych w turniejach WTA 500 przyszła pora na pierwszą tej wiosny imprezę rangi WTA 1000 na kortach ziemnych. Od wtorku 21 kwietnia najlepsze tenisistki świata będą rywalizować w madryckiej Caja Magica, a tytułu mistrzowskiego bronić będzie Aryna Sabalenka. Do turnieju głównego przystąpią również trzy polskie zawodniczki.

Od pierwszej rundy zmagania rozpoczną Magdalena Fręch oraz Magda Linette. Łodzianka po raz piąty wystąpi w Madrycie. Najlepszy wynik uzyskała przed rokiem, gdy była rozstawiona z numerem „27” i zmagania zainaugurowała od drugiej rundy i zdołała wygrać jedno spotkanie. Ze względu na niższą pozycję rankingową druga rakieta naszego kraju tegoroczny występ zacznie od pierwszej rundy, gdzie jej rywalką będzie Katerina Siniakova. Z kolei tenisistka z Poznania, która w zeszłym roku również była wśród rozstawionych, a w tym roku rozpocznie zmagania od rundy otwarcia, w swym pierwszym meczu tegorocznej edycji Mutua Madrid Open zagra z Robin Montgomery.

Najlepszy wynik spośród polskich zawodniczek przed rokiem w Madrycie uzyskała Iga Świątek. Była liderka rankingu dotarła do 1/2 finału, gdzie musiała uznać wyższość Coco Gauff. By dotrzeć do półfinału tegorocznych zmagań turniejowa „czwórka” musi wygrać cztery pojedynki. Pierwszą rywalką mistrzyni z 2024 roku będzie zwyciężczyni pojedynku między Darią Kasatkiną i zawodniczką z kwalifikacji. W trzeciej rundzie na Polkę mogą czekać Ann Li, Elisabetta Cocciaretto lub zawodniczka z eliminacji. Wygranie dwóch spotkań to szansa dla Polki spotkania się z Leylah Fernandez, a nawet Magdą Linette.

Jeżeli sześciokrotna mistrzyni wielkoszlemowa wywiąże się z roli faworytki w swojej ćwiartce turniejowej drabinki, w meczu ćwierćfinałowym może na nią czekać Elina Svitolina lub Mirra Andriejewa. Obie panie przed przybyciem do Madrytu, docierając do półfinału Porsche Tennis Grand Prix pokazały, że są dobrej formie. Obie wymienione panie w Caja Magica w poprzedni startach już pokazały się z dobrej strony. Ukrainka to półfinalistka sprzed dwunastu miesięcy. Z kolei podopieczna Conchity Martinez dwie ostatnie edycje Mutua Madrid Open kończyła na 1/4 finału.

Barcelona. Arthur Fils triumfuje po zaciętym finale

/ Ksawery Styka , źródło: , foto: East News

Po dokładnie stu jeden minutach poznaliśmy mistrza tegorocznego turnieju w Barcelonie. Został nim Arthur Fils, który po fenomenalnym występie mógł cieszyć się z pierwszego trofeum w tym sezonie.

Zaczęło się jednak od prowadzenia Andrieja Rubliowa, który już w gemie otwarcia przełamał Francuza. Następnie potwierdził przewagę breaka, wygrywając swoje podanie do zera i po kilku minutach prowadził już 2:0. I od tego momentu właśnie wszystko się zmieniło. Nagle to Fils przejął kontrolę nad wydarzeniami na korcie i po pokazie kapitalnej, agresywnej i co najważniejsze – skutecznej gry, zapisał pierwszego seta na swoje konto, przybliżając się do barcelońskiego trofeum.

Nie można przyczepić się chyba do niczego w grze zawodnika “trójkolorowych”. Rozgrywał punkty mądrze, odważnie i nie dawał Rubliwowi przejmować inicjatywy, a co za tym idzie: doprowadzać do sytuacji, w których Rosjanin ma szansę do skończenia piłki forhendem. Nie od dziś wiadomo bowiem, że największą bronią Andrieja jest właśnie potężne przyspieszenie z prawej strony, dlatego niedoprowadzanie do tego typu okazji było Francuzowi bardzo na rękę.

W drugiej partii natomiast rozpoczęła się wyrównana gra. Obaj panowie w końcu rywalizowali ze sobą jak równy z równym i trudno było odnieść wrażenie, że chwilę wcześniej Fils tak bezwzględnie zdominował wydarzenia na korcie. Rublow zdołał wreszcie opanować emocje, poprawił celność pierwszego podania i zaczął przypominać zawodnika z samego początku spotkania.

Już w pierwszym gemie Rosjanin miał trzy szanse na przełamanie, jednak od stanu 0:40 rywal wzniósł się na wyżyny swoich tenisowych umiejętności popisując się serią fantastycznych zagrań: forhendy po linii, bekhendy po linii, to wszystko przyszło Arthurowi z pomocą, kiedy najbardziej tego potrzebował.

Od tego momentu przez kilka gemów obaj utrzymywali swoje serwisy i szli gem za gem, chociaż warto tutaj wspomnieć o gemie numer cztery, który trwał kilkanaście minut, a w jego trakcie panowie doprowadzali do aż dziesięciu równowag. Ostatecznie gema na swoim koncie zapisał jednak Rubliow, doprowadzając do remisu 2:2.

Chwilę później natomiast i tak przegrał swoje podanie. Fils przełamał go do trzydziestu i już tylko dwa gemy dzieliły go od zwycięstwa. Przy stanie 5:4 Francuz serwował nawet na mecz (nowymi piłkami), ale kompletnie nie poradził sobie wtedy z presją, oddając Rosjaninowi gema “za darmo”.

Pierwsze piłki mistrzowskie z kolei pojawiły się w następnym gemie: przy podaniu Rubliowa. Wtedy zaś pokazał on prawdziwą klasę serwisową i tak naprawdę samym podaniem wyszedł z opresji, doprowadzając tym samym do 5:5.

Po dwóch kolejnych breakach o wszystkim musiał zadecydować tie-break, w którym to już bezdyskusyjnie lepszy okazał się Arthur Fils, wygrywając od stanu 0:2 siedem punktów z rzędu.

Po godzinie i czterdziestu jeden minutach mógł zatem cieszyć się z pierwszego w tym roku tytułu i wzniesienia w górę upragnionego trofeum. Po serii świetnych występów (Doha-finał, Indian Wells-ćwierćfinał, Miami-półfinał) w końcu stanął na najwyższym stopniu podium udowadniając, że nic nie jest niemożliwe.

Triumf w stolicy Katalonii jest dla niego czwartym tytułem w zawodowej karierze, ale i chyba najcenniejszym. W przeszłości triumfował jeszcze w Lyonie, Hamburgu i Tokio, ale teraz – po powrocie z kontuzji udowodnił sobie i całemu tenisowemu światu, że potrafi wracać z najtrudniejszych momentów jeszcze silniejszy.

Ten sukces smakuje wyjątkowo i jest jasnym sygnałem dla rywali: Arthur Fils na dobre wrócił do gry o najwyższe stawki, a z taką formą na mączce może być niezwykle groźny w zbliżającym się wielkimi krokami Roland Garros.


Wyniki

ATP 500 Barcelona, finał: 

Arthur Fils (Francja, 9) – Andriej Rubliow (5) – 6:2, 7:6(2) 

Monachium. Wyczekany triumf Bena Sheltona

/ Hanna Pałuska , źródło: własne/atptour.com/X, foto: East News

Do dwóch razy sztuka. Po przegranym finale z Alexandrem Zverevem rok temu, Ben Shelton w końcu mógł cieszyć się z triumfu podczas turnieju ATP 500 w Monachium. W meczu o tytuł pokonał Flavio Cobolliego 6:2, 7:5. 

Pierwszy set zakończył się wynikiem 6:2 dla Sheltona, chociaż tak naprawdę miał nieco bardziej wyrównany przebieg. Amerykanin przełamał podanie Włocha już w gemie otwarcia. Chwilę później miał sześć break pointów powrotnych, jednak nie wykorzystał żadnego z nich. Shelton wygrał cztery gemy z rzędu i był na dobrej drodze do triumfu w pierwszej partii. Pomimo dużej przewagi, miał trudności z domknięciem seta. Udało mu się to dopiero za dziewiątą piłką setową.

W drugiej partii zarówno Shelton, jak i Cobolli skupili się na utrzymaniu swoich podań. Ich gemy serwisowe były szybkie i bez żadnych szans na break pointy. Mogło się wydawać, że o losach seta zadecyduje tie-break, ale drugi najwyżej rozstawiony zawodnik wziął sprawy w swoje ręce. Przełamał podanie Cobolliego w jedenastym gemie, a następnie nie miał problemu z serwowaniem na wygranie partii. Tym razem wykorzystał już pierwszą piłkę meczową i po godzinie i 30 minutach stał się triumfatorem imprezy w Monachium, pokonując Włocha czwarty raz z rzędu.

Shelton zdobył drugi tytuł w sezonie i piąty w karierze. Wcześniej w lutym triumfował w Dallas. Został również pierwszym Amerykaninem od 2002 roku, który wygrał turniej powyżej rangi ATP 250 na kortach ziemnych. To pokazuje jak wielkie jest jego zwycięstwo. Tenisista z Atlanty pozostanie na szóstym miejscu w rankingu ATP, dalej będąc najlepszym tenisistą USA. Tuż za nim plasuje się drugi najlepszy Amerykanin Taylor Fritz.


Wyniki

Finał:

Ben Shelton (USA, 2) – Flavio Cobolli (Włochy, 4) – 6:2, 7:5

Stuttgart. Pierwszy taki triumf Jeleny Rybakiny

/ Jakub Karbownik , źródło: Wlasnie , foto: Eastnews

Jelena Rybakina pokonała Karolinę Muchova w finale turnieju WTA 500 w Stuttgarcie. Dla Kazaszki to drugi tytuł mistrzowski Porsche Tennis Grand Prix.

Obecna wiceliderka rankingu WTA po zeszłorocznej nieobecności w tym sezonie do Porsche Areny, gdzie w 2024 roku sięgnęła po tytuł mistrzowski. Tegoroczna droga do tytułu była mniej wyboista od tej sprzed dwóch lat.

Po pierwszy tytuł Porsche Tennis Grand Prix Jelena Rybakina sięgnęła rozgrywając po drodze trzy pojedynki na pełnym dystansie. W tym roku tylko Leylah Fernandez wygrała seta z turniejową „jedynką”. Kanadyjka miała nawet dwie piłki meczowe, ale ostatecznie to Kazaszka zameldowała się w półfinale. W meczu o finał druga rakieta świata zakończyła serię wygranych spotkań Mirry Andriejewej. Z kolei w ostatnim pojedynku tegorocznej edycji Porsche Tennis Grand Prix sposobu na mistrzynię sprzed dwóch lat nie znalazła Karolina Muchova.

W pierwszej odsłonie Jelena Rybakina prowadziła już 4:1 by przegrać cztery z kolejnych pięciu gemów. Końcówka tej partii ponownie należała do Kazaszki. Drugi set przebiegł pod dyktando zawodniczki pochodzącej z Moskwy, która prowadziła już 5:0, aby mecz zakończyć wynikiem 7:5, 6:1.

Triumf w Stuttgarcie jest trzynastym wygranym turniejem w karierze Jeleny Rybakina, ale pierwszy raz Kazaszka odniosła zwycięstwo w imprezie, która wcześniej już wygrała.


Wyniki

Finał:

Jelena Rybakina (Kazachstan, 1) – Karolina Muchova (Czechy, 7) 7:5, 6:1

Oeiras. Wielki sukces Mai Chwalińskiej i pogrom w finale

/ Hanna Pałuska , źródło: własne, foto: Kamil Szpilski

Maja Chwalińska okazała się bezkonkurencyjna w Oeiras. W finale turnieju w Portugalii pokonała Sinję Kraus 6:1, 6:3 i zdobyła pierwszy tytuł w tym sezonie i trzeci w karierze. 

Do finału w Oeiras awansowały dwie nierozstawione zawodniczki. Maja Chwalińska pokonała po drodze takie tenisistki jak Beatriz Haddad Maia czy Simona Waltert. W ostatnich trzech spotkaniach Polka straciła łącznie siedem gemów. To pokazuje w jak dobrej dyspozycji jest zawodniczka z Dąbrowy Górniczej. Droga do finału Sinji Kraus również nie była łatwa. Tenisistka z Wiednia pokonała po drodze cenione rywalki, np. Oksanę Selekhmetevą, Darję Semenistają czy Petrę Marcinko.

Chwalińska i Kraus zmierzyły się ze sobą dwukrotnie. Oba pojedynki miały miejsce w 2024 roku. Pierwszy z nich wygrała Polka w trzech setach. W drugim doszło do rewanżu i to Austriaczka triumfowała nad Chwalińską.

Pierwszy set od początku był pod dyktando reprezentantki Polski. Już w gemie otwarcia przełamała podanie Kraus. Łącznie wygrała pięć gemów z rzędu i była blisko triumfu 6:0 w pierwszej partii. Miała już dwie piłki setowe, jednak niespodziewanie straciła serwis. Austriaczka odrobiła jedną stratę przełamania, ale to było za mało, aby powalczyć z Polką. W następnym gemie ponownie straciła podanie i tym samym Chwalińska zbliżyła się do zwycięstwa w Portugalii.

W drugiej partii to Kraus pierwsza przełamała serwis Polki. Szybko jednak straciła to prowadzenie. Chwilę później obie zawodniczki przełamały swoje podania do zera, ale to Chwalińskiej udała się ta sztuka dwa razy. Tym samym zdobyła cenną przewagę i serwowała na wygranie meczu. Wykorzystała pierwszą piłkę meczową i mogła cieszyć się z triumfu.

Tym samym Chwalińska zrewanżowała się Kraus za ostatnią porażkę i zdobyła trzeci tytuł w karierze. W najnowszym rankingu awansuje na 118. pozycję. Tak wysoko Polka jeszcze nie była.


Wyniki

Finał:

Maja Chwalińska (Polska) – Sinja Kraus (Austria) – 6:1, 6:3

ITF. Porażka Filipa Peliwy w finale

/ Kamil Karczmarek , źródło: , foto: East News

Filip Peliwo jeszcze musi poczekać na swój pierwszy tytuł na kortach ziemnych. W finale w chińskim Anningu polski tenisista łatwo przegrał z Colinem Sinclairem.

Filip Peliwo po raz pierwszy w tym sezonie dotarł do finału turnieju ITF. Na końcowy tytuł czeka od sierpnia 2022 roku, a jeszcze nigdy nie triumfował na nawierzchni ziemnej. Dzisiaj mogło się to zmienić w Anningu. Sklasyfikowany na 486. miejscu w rankingu Polak był rozstawiony z numerem czwartym i w finale zmierzył się z rywalem z numerem piątym. Colin Sinclair z Marianów Północnych to zawodnik plasujący się o 97 pozycje niżej w rankingu ATP.

Mecz finałowy był jednostronny i zakończył się w niecałą godzinę gry. Colin Sinclair całkowicie zdominował rywalizację na korcie. Na początku objął prowadzenie 3:0. Dalsza część pierwszego seta przeszła bez większej historii. Zawodnicy wygrywali swoje gemy serwisowe. Tym samym tenisista rozstawiony z piątką wygrał otwierającą partię 6:3.

Niestety, w drugiej partii Filip Peliwo nie miał żadnych szans w starciu z Sinclairem. Polski tenisista nie wygrał nawet gema. Trzykrotnie został przełamany, z czego dwukrotnie po gemach granych na przewagi. Finał zakończył się więc pewnym zwycięstwem Colina Sinclaira 6:3, 6:0. Sięgnął on po piąty tytuł w randze ITF, ale dopiero pierwszy w M25.


Wyniki

ITF M25 w Anning – finał:

Colin Sinclair (Mariany Północne, 5) – Filip Peliwo (Polska, 4) 6:3, 6:0