Roland Garros. Zverev i Cobolli zabrali głos po finale
Finał Roland Garros to już historia, ale emocje po epickim, pięciosetowym boju wciąż nie opadły. Na pomeczowej konferencji prasowej nowy mistrz – Alexander Zverev, opowiedział o walce z własną głową i gigantycznej uldze po osiągnięciu życiowego celu. Z kolei debiutujący na tym etapie Flavio Cobolli zachwycił dziennikarzy niesamowitą klasą i szczerością.
Alexander Zverev po wielu latach wreszcie dopiął swego. Niemiec nie ukrywał, że pod koniec czwartego seta jego ciało zaczęło odmawiać posłuszeństwa, ale problem leżał zupełnie gdzie indziej niż w braku kondycji. To właśnie potężny stres i nerwy dały o sobie znać w decydującym momencie.
– Miałem skurcze, zmagałem się z tym na korcie, ale nie sądzę, by miały one podłoże fizyczne. Myślę, że to było w 100% mentalne. Byłem niesamowicie spięty i bardzo rozchwiany emocjonalnie – przyznał otwarcie Zverev. – Ale paradoksalnie uważam, że te skurcze mi pomogły. Dzięki nim puściła mi blokada. Musiałem odpuścić to napięcie, zacząłem uderzać piłkę luźniej i mocniej.
Niemiec został zapytany o moment tuż po wykorzystaniu piłki meczowej, kiedy upadł na paryską mączkę. Jak sam zdradził, na początku w ogóle nie docierało do niego to, co właśnie osiągnął.
– Najpierw w ogóle nie wierzyłem, że wygrałem. Dopiero gdy spojrzałem na mój box i zobaczyłem tatę, który podniósł ręce w geście triumfu, dotarło do mnie: okej, udało się. A potem, gdy leżałem na korcie, zeszły ze mnie wszystkie emocje. Ten kort jest dla mnie miejscem szczególnym. To tu leżałem z kontuzją, po której nie wiedziałem, czy w ogóle wrócę do tenisa. Tu przegrałem finał wielkiego szlema. Te wspomnienia ze mną zostaną, ale to dzisiejsze pokona wszystkie pozostałe.
29-latek odniósł się również do gigantycznej presji, jaka ciążyła na nim od lat w związku z brakiem najważniejszego trofeum. Wygrana w Paryżu to dla niego ostateczne przełamanie i odzyskanie pewności siebie.
– Bez względu na to, co się teraz wydarzy, już zawsze będę mistrzem wielkoszlemowym. Nikt mi tego nie zabierze i to daje mi ogromną wolność. Myślę, że dzięki temu mój umysł będzie trochę spokojniejszy, gdy będę grał w kolejnych finałach. To trofeum jest dla mnie bardzo ważne. Gdybym ten mecz przegrał, moja wiara w siebie mocno by spadła. Ale teraz, gdy wreszcie to wygrałem, czuję, że mogę to zrobić znowu – podsumował Niemiec.
Niesamowita klasa i dramat Włocha
Flavio Cobolli opuszczał Paryż jako przegrany, ale z ogromnym szacunkiem całego tenisowego środowiska. 24-latek nie szukał wymówek po porażce i z ogromną klasą wypowiedział się o swoim starszym koledze.
– Na koniec to on wygrał, więc zasłużył na ten tytuł bardziej. Ale zasłużył na niego z jeszcze jednego powodu. Sasha jest w tourze od 10 lat, osiągnął wspaniałe wyniki i zwyczajnie zasłużył na wielkiego szlema za to, co zrobił w swojej całej karierze. Ja jestem po prostu dumny z tego, co osiągnąłem przez te dwa tygodnie. Nigdy w życiu nie spodziewałem się takiego rezultatu – podkreślił Włoch.
Cobolli opowiedział również o kluczowych momentach meczu. Zapytany przez dziennikarzy o niewiarygodne uderzenie z forhendu w tie-breaku czwartego seta, które pozwoliło mu przedłużyć mecz, odpowiedział rozbrajająco szczerze.
– Po prostu zamknąłem oczy! Powiedziałem sobie: zaryzykuj, wejdź w to, a potem zobaczymy, co się wydarzy w piątym secie.
Na decydującą partię zabrakło mu już jednak zdrowia. Młody zawodnik zdradził, z jak potężnym kryzysem fizycznym musiał się mierzyć w samej końcówce spotkania.
– W tie-breaku czwartego seta złapały mnie mocne skurcze łydki. Wykorzystałem przerwę między setami, zrobiłem co w mojej mocy, ale łydka po prostu przestała działać. Po drugim gemie piątego seta dołączył do tego mięsień czworogłowy. Byłem całkowicie wyczerpany, a moje ciało po prostu odmówiło mi posłuszeństwa na korcie – zakończył 24-latek.