Wimbledon. Juniorzy wkroczyli do gry

/ Lena Hodorowicz , źródło: własne, foto: Agencja Pressaro

Olivia Lincer i Martyn Pawelski awansowali w sobotę do drugiej rundy juniorskiego Wimbledonu. Z turniejem pożegnał się Olaf Pieczkowski.

Twórz z nami najlepszy magazyn tenisowy, zostań patronem Tenisklubu: https://patronite.pl/Tenisklub!

Mecz Martyna Pawelskiego z Patrickiem Bradym tylko na początku miał wyrównany przebieg. Polak szybko zdobył przewagę przełamania i objął prowadzenie 3:1. Rywal miał wprawdzie aż trzy szanse, aby zdobyć przełamanie powrotne na 3:3, lecz nasz tenisista wyszedł z trudnej sytuacji przy własnym serwisie i utrzymał przewagę. Chwilę później Brady wygrał własne podanie, a jest to warte podkreślenia dlatego, że był to ostatni wygrany przez niego gem w całym spotkaniu. Pod koniec pierwszej odsłony półfinalista tegorocznej edycji juniorskiego Rolanda Garrosa ponownie odebrał serwis rywalowi, a drugi set był już całkowicie pod kontrolą naszego reprezentanta. Sam z łatwością wygrywał gemy przy własnym podaniu i równie dobrze radził sobie na returnie. Polak bez większych problemów zameldował się w konsekwencji w następnej rundzie.

Martyn Pawelski będzie jedynym reprezentantem Polski w drugiej rundzie singla chłopców. Olaf Pieczkowski został wyeliminowany przez Amerykanina Ozana Colaka. Zarówno Olaf Pieczkowski, jak i Borys Zgoła, który odpadł w kwalifikacjach, nie zakończyli jednak jeszcze swojej tegorocznej przygody z Wimbledonem. Wszyscy Polacy zgłosili się bowiem do turnieju deblowego.

W rywalizacji dziewcząt również mamy już jedną reprezentantkę w drugiej rundzie. Olivia Lincer, która od marca tego roku gra dla Polski, pokonała w dwóch setach Japonkę Sarę Saito. W niedzielę zmagania w turnieju głównym rozpocznie natomiast Weronika Ewald. Jej przeciwniczką będzie Brytyjka Hephzibah Oluwadare. To spotkanie zostanie rozegrane jako trzecie od godziny 12 polskiego czasu.


Wyniki

Pierwsza runda singla dziewcząt

Olivia Lincer (Polska) – Sara Saito (Japonia) 6:3, 6:4

Pierwsza runda singla chłopców

Martyn Pawelski (Polska, 15) – Patrick Brady (Wielka Brytania) 6:3, 6:0

Olaf Pieczkowski (Polska) – Ozan Colak (USA) 5:7, 1:6

Wimbledon. Czułam się bezradna

/ Adam Romer , źródło: Korespondencja z Wimbledonu, foto: Andrzej Szkocki

Iga Świątek przegrywa w trzeciej rundzie Wimbledonu 4:6, 2:6 z Alize Cornet. Polka pokonała się sama, przy sporej pomocy doświadczonej Francuzki. W całym meczu zrobiła 33 niewymuszone błędy. Na pomeczowej konferencji przyznała, że na trawie ciągle czuje się niezbyt pewnie.

Twórz z nami najlepszy magazyn tenisowy, zostań patronem Tenisklubu: https://patronite.pl/Tenisklub!

O tym, że Iga Świątek nie jest faworytką do wygranie Wimbledonu można było już się domyślać po poprzednim meczu, gdy męczyła się z mało znaną Holenderką. Tamto spotkanie udało się wygrać. W sobotę szczęście i umiejętności gry na trawie były po stronie doświadczonej Alize Cornet.

Francuzka, która w poprzednich latach pokonywała już tu m.in. Serenę Williams, zagrała dziś bardzo dobry pojedynek. W obronie nie oddała żadnego „głupiego” punktu, skracała wymiany bardzo dobrymi skrótami, a biegając niemal do każdej piłki zmuszała Igę do coraz większego ryzyka, które kończyło się w większości przypadków błędem Polki.

33 niewymuszone błędy popełnione przez Igę, 17 w pierwszym i 16 w drugim secie, to jak na mecz trwający 94 minuty i obejmujący 120 rozegranych punktów, kolosalna liczba. Większego prezentu nie mogła liderka światowego rankingu dać Cornet.

Co gorsza w przeciwną stronę, Polka już tylko „prezentów” nie dostała, bo Francuzka popełniła takich błędów zaledwie siedem (!).

 

Słabo wyglądał początek pojedynku, gdy Iga szybko przegrała dwa swoje gemy serwisowe i przegrywała 0:3, ale jeszcze gorzej wyglądała końcowa faza meczu. Gdy po przegranym secie, Iga zdawało się mozolnie odbudowuje się i wraca do walki – prowadziła 2:0 i 40-15 – zamiast kolejnego gema przyszła fala piłek wyrzuconych po za kort. Polka przegrała kolejnych 11 punktów i nagle zrobiło się 2:4. Jakby tego było mało, fatalna skuteczność Igi trwała dalej osiągając swoje apogeum w momencie, gdy Polka przestrzeliła, zdawałoby się łatwego smecza z prostej pozycji. Nerwy wyraźnie w jej grze wzięły górę i po kilku minutach to doświadczona Francuzka schodziła z kortu z podniesionymi w geście radości rękoma. Z ostatnich 27 punktów Iga wygrała zaledwie trzy.

Polka wyraźnie bezradna i podirytowana swoją postawą szybko spakowała swoje rzeczy i zniknęła z kortu pozostawiając go Francuzce. Na odchodne dostała jednak sporą dawkę braw od londyńskiej publiczności, liczącej zapewne, że jeszcze nie raz Igę na Wimbledonie zobaczą.

– Czułam się bezradna. Nie czułam się dobrze tenisowo już wcześniej, a dziś tym bardziej nie byłam w stanie znaleźć recepty na właściwą grę na trawie – mówiła Polka podczas pomeczowej konferencji.

Iga była wyraźnie zmartwiona i choć niekiedy uśmiechała się podczas odpowiedzi, to był to raczej smutny uśmiech dziewczyny, która czuła dziś bezradność na korcie.

– To był dopiero mój trzeci sezon na kortach trawiastych. Może za rok lub dwa uda mi się dojść dalej i awansować do ćwierćfinału, półfinału… zobaczymy – mówiła liderka światowego rankingu.

 

Po sobotniej porażce Polka pozostanie jeszcze na długo liderką światowego rankingu i jeszcze w lipcu wróci na swoje ulubione korty ziemne podczas turnieju WTA w Warszawie oraz na korty twarde w cyklu turniejów w Ameryce.

Partnerem relacji medialnych „Tenisklubu” jest PZU, oficjalny sponsor Igi Świątek.


Wyniki

Wynik trzeciej rundy turnieju kobiet: Alize Cornet (Francja) – Iga Światek (1) 6:4, 6:2.

Wimbledon: A dla Fręch tylko brawa

/ Artur Rolak , źródło: Korespondencja z Londynu, foto: Andrzej Szkocki

Magdalena Fręch tylko pod koniec pierwszego i na początku drugiego seta weszła na poziom narzucony przez Simonę Halep, mistrzynię Wimbledonu z 2019 roku i wciąż niepokonaną w tym turnieju. Można przyjąć, że wyższa pozycja rankingowa rywalki i niepodlegająca dyskusji przewaga doświadczenia w grze o taką stawkę zdefiniowały wynik. 6:4, 6:1 dla Rumunki, dla Polki tylko brawa.

Korespondencja z Londynu

Twórz z nami najlepszy magazyn tenisowy, zostań patronem Tenisklubu: https://patronite.pl/Tenisklub!

Popołudnie było senne, czas płynął wręcz leniwe, a wieczór zbliżał się niechętnie. Ci kibice, którzy zarwali noc, aby kupić bilety na szósty dzień turnieju, a potem zasiedli na niezacienionej części trybun, mogli to odczuć jeszcze bardziej. Na Korcie Numer 2 wrażenie nieśpieszności pogłębiła Magdalena Fręch, wchodząc w mecz z Simoną Halep dopiero po kwadransie gry.

Po pierwszym w karierze awansie do trzeciej rundy turnieju Wielkiego Szlema miała powody do radości, ale głos rozsądku kazał jej zachować umiar i powstrzymać się od euforii. Pomóc w tym miał także występ w deblu, bo pozwalał skupić się na następnym zadaniu, a myśli o pojutrze odsunąć na drugi plan.

Gdy Polka odrobiła stratę przełamania – jednego z dwóch w pierwszym secie – mecz gwałtownie zyskał na jakości. Czas przestał się dłużyć kibicom, za to tenisistkom coraz bardziej dłużyły się wymiany. Coraz częściej Fręch pozwalała sobie na gesty zasłużonego zadowolenia, a Halep wprost przeciwnie – mowa jej ciała zdradzała jeszcze nie frustrację, ale pierwsze ślady niezadowolenia, że być może trzeba będzie spędzić na korcie nieco więcej czasu.

Tego animuszu wystarczyło Polce w sumie tylko na jedną partię – drugą połowę pierwszej i pierwszą drugiej. Rumunka jest zawodniczką zbyt doświadczoną, żeby w takich okolicznościach pozwolić rywalce odnaleźć pewność siebie, i zbyt cierpliwą, żeby w miarę spokojnie nie przeczekać jej zrywu.

– Próbowałam grać bardziej ofensywnie niż zwykle, więc moim zdaniem był to dobry mecz – wyjaśniła mistrzyni Wimbledonu sprzed trzech lat. Najbardziej zadowolona była z odradzającej się pewności siebie, którą zgubiła po ubiegłorocznym sezonie, straconym z powodu kontuzji.

– Simona „wsiadła” na mnie od pierwszej piłki. Gdyby popełniła choć dwa błędy, to być może gra potoczyłaby się inaczej. Na dodatek jest styl wyjątkowo mi nie pasuje, więc tego meczu naprawdę nie dało się wygrać – przyznała Magdalena Fręch. Punktów od WTA nie dostanie, ale na brawa od nas niewątpliwie zasłużyła.

Partnerem relacji medialnych „Tenisklubu” jest PZU, oficjalny sponsor Igi Świątek.

Wrocław. Kaśnikowski zagra o swój pierwszy tytuł!

/ Szymon Frąckiewicz , źródło: własne, foto: LOTOS PZT Polish Tour

Maks Kaśnikowski powalczy we Wrocławiu o swój pierwszy seniorski tytuł. Utalentowany Polak w półfinale we Wrocławiu pokonał innego z naszych reprezentantów – Macieja Rajskiego. W drugim półfinale mierzyło się dwóch Czechów, a lepszy okazał się Petr Nouza.

Twórz z nami najlepszy magazyn tenisowy, zostań patronem Tenisklubu: https://patronite.pl/Tenisklub!

Dla osiemnastoletniego Maksa Kaśnikowskiego trwający turniej ITF rangi 15k we Wrocławiu jest bardzo udany. Co ciekawe jak dotąd mierzył się tylko z innymi reprezentantami Polski. Rozpoczął od dwóch zwycięstw po trzysetowych bojach z Michałem Mikułą i Jerzym Janowiczem. Znacznie sprawniej poszło mu w kolejnych rundach. W ćwierćfinale nie dał szans Yannowi Wójcikowi i w sobotnim półfinale Maciejowi Rajskiemu.

Mecz z 31-latkiem nie od początku układał się po myśli młodszego z Polaków. W piątym gemie przewagę przełamania zdobył Rajski. Jak się jednak okazało, to był ostatni pozytywny akcent z jego strony w tym secie. Później gemy wygrywał już tylko Kaśnikowski. Swoją serię kontynuował na początku drugiej części spotkania, rozpoczynając od prowadzenia 2:0. Tym razem miał przebieg gry pod zupełną kontrolą i oddał starszemu rodakowi zaledwie dwa gemy.

To pierwszy finał młodego Polaka, a zmierzy się w nim z Czechem Petrem Nouzą. Dla 23-latka również będzie to pierwsza okazja do turniejowego triumfu. W półfinale pokonał swojego rodaka Vaclava Safranka 6:4, 1:6, 6:1.


Wyniki

Półfinały singla

Maks Kaśnikowski (Polska, 6) – Maciej Rajski (Polska, 4) 6:3, 6:2

Petr Nouza (Czechy, 3) – Vaclav Safranek (Czechy) 6:4, 1:6, 6:1