Charleston. Sakkari wyeliminowała ubiegłoroczną mistrzynię

/ Anna Niemiec, źródło: wtatennis.com, foto: AFP

Kiki Bertens nie obroni tytułu zdobytego przed rokiem w Volvo Car Open. Holenderka już w trzeciej rundzie przegrała z Marią Sakkari. Z turniejem szybko pożegnała się również Aryna Sabałenka.

Ubiegłoroczna mistrzyni dobrze rozpoczęła spotkanie przeciwko Greczynce i w pierwszej partii odskoczyła na 4:1 z podwójnym przełamaniem. 23-latka urodzona w Atenach nie zamierzała się jednak poddawać, odrobiła straty i do rozstrzygnięcia konieczny okazał się tie-break. W tej dodatkowej rozgrywce Bertens prowadziła już 5:1, ale i tym razem nie była w stanie utrzymać wypracowanej przewagi i pierwszą partię zapisała na swoim koncie Sakkari. Rodaczka Stefanosa Tsitsipasa poszła za ciosem również w drugiej odsłonie pojedynku i zwyciężyła 6:3.

Myślę, że walczyłam bardzo mocno i przebijałam na drugą stronę naprawdę dużo piłek – wyjaśniła po meczu zawodniczka rozstawiona z numerem 15. – Rozegrałyśmy sporo bardzo długich wymian i musiałam się solidnie nabiegać, ale nie miałam z tym problemu. Ani przez chwilę nie przestałam wierzyć, że mogę dzisiaj wygrać.

W czwartek z zawodami pożegnała się także turniejowa „trójka”, Aryna Sabałenka. Białorusinka w dwóch setach przegrała z Monicą Puig.

O miejsce w półfinale zmierzą się Belinda Bencic i Petra Martić. Szwajcarka poradziła sobie z Taylor Townsend, a Chorwatka przegrała pierwszą partię z Jessicą Pegulą, ale w dwóch kolejnych była już lepsza od reprezentantki gospodarzy.
 


Wyniki

Trzecia runda singla
Maria Sakkari (Grecja, 15) – Kiki Bertens (Holandia, 2) 7:6(8) 6:3
Monica Puig (Portoryko) – Aryna Sabałenka (Białoruś, 3) 6:2 7:5
Belinda Bencic (Szwajcaria, 9) – Taylor Townsend (USA) 6:2 7:5
Petra Martić (Chorwacja, 16) – Jessica Pegula (USA) 2:6 6:3 6:3
 

Świątek wkracza na mączkę

/ Kacper Kaczmarek, źródło: własne, foto: Warsaw Sports Group / Dorota Świątek

Już w najbliższy weekend Iga Świątek powróci do rywalizacji w cyklu WTA i powalczy o główną drabinkę turnieju w Lugano. Startem w Szwajcarii, 17-letnia Polka zainauguruje tegoroczne starty na mączce. Warszawianka ma o co grać, ponieważ wciąż istnieje możliwość występu w Roland Garros bez konieczności startu w eliminacjach.

Dla sklasyfikowanej na 118. miejscu w rankingu WTA Polki, start w Szwajcarii będzie bardzo istotny ze względu na liczbę punktów, które dzielą ją od głównej drabinki wielkoszlemowego Roland Garros. Aby w Paryżu nie musieć przebijać się przez 3-stopniowe kwalifikacje, Świątek musiałaby po turnieju Lugano jak najbardziej zbliżyć się do czołowej “100” rankingu.

Później druga rakieta Polski ma jeszcze w planach start w Pradze (turniej rangi International – podobnie jak w Szwajcarii), a także występ w Madrycie. Ewentualny start w stolicy Hiszpanii byłby trzecim występem warszawianki w turnieju rangi Premier Mandatory w tym sezonie, po turniejach w Indian Wells i Miami. W żadnym z nich Polka nie przebrnęła jednak dwustopniowych kwalifikacji. Aby zagrać w głównej drabince w Madrycie, Świątek podobnie jak w Lugano i Pradze będzie musiała wziąć udział w eliminacjach.

 

Podsumowanie Tenisklubu. Przełomowe miesiące singlistów

/ Maciej Pietrasik, źródło: własne, foto: AFP

Za nami pierwsze trzy miesiące 2019 roku. Chyba niewielu spodziewało się, że będą one aż tak udane dla polskich tenisistów. Hubert Hurkacz, Kamil Majchrzak oraz Kacper Żuk z pewnością mogą uznać ostatnie wyniki za przełomowe. Łukasz Kubot nadal udowadnia natomiast, że należy do ścisłej światowej czołówki.

Przed rozpoczęciem tegorocznych rozgrywek Hubert Hurkacz zapowiadał, że jego celem na ten sezon jest awans do czołowej 50 rankingu ATP. Wygląda na to, że na początku sezonu na kortach ziemnych wrocławianin dopnie swego, a teraz może celować jeszcze wyżej. Pierwsza część sezonu była bowiem lepsza, niż można było się spodziewać.

Styczeń dla Hurkacza był słodko-gorzki, bo w Canberze sięgnął co prawda po triumf w challengerze, ale w Pune i Australian Open odpadał już w pierwszych rundach. Na pierwsze zwycięstwo w zawodach głównego cyklu nasz tenisista czekał do zawodów w Marsylii, a potem było już tylko lepiej.

Przełamanie niespodziewanie przyszło podczas zawodów ATP 500 w Dubaju. Hurkacz w ostatniej chwili dostał się tam do głównej drabinki, ale potem awansował do ćwierćfinału. Po raz pierwszy pokonał tenisistę z czołowej dziesiątki rankingu ATP, ogrywając Keia Nishikoriego, potem sprawił też problemy Stefanosowi Tsitsipasowi. Dzięki temu nabrał pewności siebie przed zawodami w Indian Wells oraz Miami.

A tam Hurkacz zadziwił już cały tenisowy świat. W Indian Wells znów ograł Nishikoriego, do tego dołożył zwycięstwa nad Denisem Shapovalovem i półfinalistą Australian Open, Lucasem Pouille’em. W efekcie jako drugi Polak w singlu zagrał w seniorskich rozgrywkach z Rogerem Federerem. Nie urwał słynnemu Szwajcarowi seta, lecz pokazał się z bardzo dobrej strony i zebrał sporo pochwał. W Miami ograł mistrza z Indian Wells, Dominica Thiema. Później lepszy okazał się Felix Auger Aliassime, lecz wrocławianin wywiózł z USA masę doświadczenia i sporo cennych punktów.

Dzięki temu awansował na najwyższe w karierze, 54. miejsce w rankingu ATP i prawdopodobnie zagra w głównej drabince kolejnego turnieju ATP Masters 1000 – w Monte Carlo. Nowy trener Hurkacza, Craig Boynton, chwalił ostatnio swojego podopiecznego w materiale dla oficjalnej strony ATP. Polak nazwany został tam "cichym zabójcą". Mamy nadzieję, że równie duże wrażenie zrobi na wszystkich także na kortach ziemnych.

Powody do radości ma nie tylko Hurkacz, lecz także jego kolega z reprezentacji, Kamil Majchrzak. Przez długi czas to właśnie piotrkowianin typowany był na następcę Jerzego Janowicza, ale nie mógł przebić się przez poziom challengerów. Teraz to się zmieniło – Majchrzak zadebiutował w Wielkim Szlemie, w Australii urywając dwa sety Nishikoriemu.

Potem piotrkowianin potwierdzał dobrą dyspozycję w challengerach – doszedł do półfinału w Burnie, silnie obsadzone zawody w Indian Wells oraz Phoenix kończył na trzecich rundach. W międzyczasie miał spore problemy ze zdrowiem, lecz nie przeszkodziło mu to w sięgnięciu po największy sukces w karierze, jakim był triumf w challengerze w Siant Brieuc. Spora liczba punktów dała Majchrzakowi awans na najwyższe, 130. miejsce w światowym rankingu. Upragniona setka jest więc coraz bliżej.

Skoro wspomnieliśmy już wcześniej o Jerzym Janowiczu, to łodzianin także przekazał ostatnio dobre wieści – po kolejnej operacji wrócił już do treningów na korcie i zapowiedział kolejną próbę powrotu do zawodowego touru. Czy tym razem był półfinalista Wimbledonu na stałe upora się z problemami z kolanem i wróci do dobrej dyspozycji? Bardzo byśmy tego chcieli!

Po reformie ITF niezbyt dobrze działo się we Futuresach, bo nsi tenisiści najczęściej nie mieli gwarancji miejsca w głównych drabinkach – karierę zawiesił przez to choćby aktualny mistrz Polski, Maciej Rajski. Ostatnio dobre wieści dobiegły jednak z egipskiego Sharm El Sheikh, gdzie pierwszy zawodowy tytuł w singlu zdobył Kacper Żuk. Polak poszedł za ciosem i w kolejnym turnieju doszedł do półfinału singla i finału debla. Mamy nadzieję, że w kolejnych tygodniach warszawianin pójdzie za ciosem. i będziemy mogli informować o kolejnych jego sukcesach.

Jeśli chodzi o polskich deblistów, to z sukcesami w grze podwójnej rywalizuje oczywiście Łukasz Kubot. 36-latek na początku sezonu musiał na chwilę zmienić partnera, bo z kontuzją zmagał się Marcelo Melo. Nasz tenisista w Auckland oraz Australian Open grał więc z Horacio Zeballosem, zaliczając wielkoszlemowy ćwierćfinał.

Powrót do gry z Melo nie był dla "naszej" pary łatwy – w Rotterdamie i Acapulco polsko-brazylijski duet szybko odpadał, ale w USA przyszło przełamanie. Najpierw Kubot i Melo awansowali do finału Indian Wells, ogrywając w półfinale Novaka Dżokovicia oraz Fabio Fogniniego, a potem omal nie powtórzyli tego wyniku w Miami. W półfinale z braćmi Bryanami nie wykorzystali jednak czterech piłek meczowych. Mimo tego powrót do bardzo dobrej formy stał się niewątpliwie faktem, dzięki czemu także tutaj z optymizmem możemy spoglądać w kolejne miesiące.

W ostatnich tygodniach w polskim tenisie wśród mężczyzn powiało niewątpliwie optymizmem, i to większym niż mogliśmy się spodziewać. Pozostaje więc liczyć na to, że w kolejnych miesiącach będzie równie dobrze – o poczynaniach biało-czerwonych przeczytacie oczywiście na łamach Tenisklubu!

Bolton. Chwalińska pokonała uczestniczkę Australian Open

/ Szymon Adamski, źródło: własne, foto:

Maja Chwalińska walczy o rankingowe punkty w angielskim Boltonie. Po zwycięstwie 7:6(4), 6:0 nad rozstawioną z numerem pięć Jessiką Ponchet jest w ćwierćfinale. Francuzka nie jest może gwiazdą światowego formatu, ale trzykrotnie brała już udział w imprezach wielkoszlemowych.

Chwalińska zajmuje obecnie 326. miejsce w rankingu WTA. Biorąc pod uwagę, że zawodniczka z Dąbrowy Górniczej ma dopiero 17 lat, jest to bardzo dobry rezultat. Z drugiej strony pozycja w czwartej setce rankingu nie pozwala na udział w eliminacjach imprez wielkoszlemowych. Szkoda, bo nasza reprezentantka udowadnia, że mogłaby sobie w nich poradzić. W 2. rundzie turnieju w Boltonie (ITF, pula nagród 25 tys. dolarów) pokonała Jessikę Ponchet. 22-letnia Francuzka niespełna trzy miesiące temu przebrnęła przez eliminacje Australian Open. Był to jej trzeci wielkoszlemowy występ w turnieju głównym, ponieważ występowała też w zeszłorocznych edycjach imprez w Melbourne i Paryżu. 

17-letniej Polce nie dała jednak rady. W drugim secie była dla niej tylko tłem i zakończyła tę część gry z zaledwie dwunastoma punktami na koncie. Chwalińska może już myśleć o ćwierćfinale, a w nim spotka się albo z rozstawioną z numerem jeden Witalią Diaczenko, albo z reprezenantką gospodarzy Victorią Allen.

Za awans do ćwierćfinału Chwalińska otrzyma 9 rankingowych punktów. Jeśli wygra jeszcze jeden mecz, nagroda będzie dwa razy większa. Z kolei awans do finału pozwoliłby Polce awansować do grona 300 najlepszych tenisistek rankingu WTA.


Wyniki

2. runda singla:
Maja Chwalińska (Polska) – Jessika Ponchet (Francja, 5) 7:6(4), 6:0

Charleston. Udane otwarcie Wozniacki, Ostapenko też z awansem

/ Jakub Karbownik, źródło: własne, foto: AFP

Caroline Wozniacki i Jelena Ostapenko zapewniły sobie w środę awans do trzeciej rundy Volvo Car Open 2019. Była liderka rankingu WTA w dwóch krótkich setach odprawiła Laurę Siegemund, z kolei finalistka imprezy z 2017 roku w decydującym secie wróciła z dalekiej podróży.

Wozniacki, która po roku przerwy powróciła na amerykańską mączkę jako rozstawiona z numerem pięć, w pierwszej rundzie miała ,,wolny los". Rywaliazję rozpoczęła od 2. rundy i pojedynku z Laurą Siegemund. Dunka i Niemka spotkały się drugi raz w tym roku i po raz kolejny spotkanie padło łupem bardziej utytułowanej z tenisistek.

Moja rywalka uwielbia grę na mączce, dlatego spotkanie było bardzo ciężkie. Mimo że z boku mogło nie wyglądać na takie. Laura to typ zawodniczki, która umie zagrać zarówno skrót, jak i długą piłkę pod nogi. Jest to bardzo niebezpiecznie i ciężko się gra z takimi rywalkami – podsumowała środowy mecz Wozniacki, która o ćwierćfinał powalczy z Mihaelą Buzarnescu. Rumunka, która w pierwszej rundzie wygrała z Magdaleną Fręch, w środę oddała tylko pięć gemów Lauren Davis.

Drogę z piekła do nieba przeszła Jelena Ostapenko. Finalistka imprezy sprzed dwóch lat w decydującej partii przegrywała już 1:5, a dziewiątym gemie Rogers miała piłkę meczową. Rozstawiona z numerem dziesięć Łotyszka zdołała jednak doprowadzić do tie-breaka, w którym wykorzystując drugą szansę, zakończyła spotkanie.

Wiedziałam, że tenis to taka dyscyplina sportu, w której do ostatniej piłki wszystko może się wydarzyć. W to wierzyłam i walczyłam. Dzisiaj starałam się nie uderzać z całej siły. Wydłużałam wymiany i to przynosiło efekt – przyznała na pomeczowej konferencji Ostapenko, której kolejną rywalką będzie Madison Keys. Amerykanka, również w trzech setach, w ostatnim spotkaniu 2. rundy pokonała Tatjanę Marię.


Wyniki

Druga runda singla:
Aryna Sabałenka (Białoruś, 3) – Kateryna Kozłowa (Ukraina) 3:6, 6:3, 6:3
Jessica Pegula (USA) – Anastasija Sevastova (Łotwa, 4) 6:4, 6:2
Caroline Wozniacki (Dania, 5) – Laura Siegemund (Niemcy) 6:2, 6:2
Kaia Kanepi (Estonia) – Elise Mertens (Belgia, 6) 0:6, 6:0, 7:5
Taylor Townsend (USA) – Julia Goerges (Niemcy, 7) 6:4, 7:6(0)
Madison Keys (USA, 8) – Tatjana Maria (Niemcy) 7:6(5), 4:6, 6:4
Belinda Bencic (Szwajcaria, 9) – Allie Kiick (USA) 6:0, 6:3
Jelena Ostapenko (Łotwa, 10) – Shelby Rogers (USA) 4:6, 6:3, 7:6(4)
Danielle Collins (USA, 11) – Aliona Bolsova (Hiszpania) 6:3, 7:6(2)
Mihaela Buzarnescu (Rumunia, 12) – Lauren Davis (USA) 6:3, 6:2
Monica Puig (Portoryko) – Sofia Kenin (USA, 13) 6:4, 6:4
Ajla Tomljanovic (Australia, 14) – Tamara Zidanszek (Słowenia) 7:5, 6:2
Maria Sakkari (Grecja, 15) – Andrea Petkovic (Niemcy) 6:3, 6:0
Petra Martić (Chorwacja, 16) – Mandy Minella (Luksemburg) 6:3, 6:3

Monterrey. Półfinał nie dla Kani

/ Anna Niemiec, źródło: własne, foto: AFP

Paula Kania i Jana Sizikowa nie zdołały awansować do półfinału Abierto GNP Seguros. W środę zdecydowanie lepsze okazały się Giuliana Olmos i Luisa Stefani.

Sosnowiczanka i jej partnerka słabo rozpoczęły spotkanie i przeciwniczki szybko odskoczyły na 5:0. W szóstym gemie para polsko-rosyjska zdołała po raz pierwszy utrzymać serwis, ake Włoszka i Brazylijka na więcej już im nie pozwoliły.

Druga partia miała podobny przebieg. Olmos i Stefani ani razu nie musiały bronić się przed przełamaniem, a same odebrały podanie rywalkom dwukrotnie i po 57 minutach gry mogły cieszyć się z awansu do półfinału.
 


Wyniki

Ćwierćfinał debla
G. Olmos, L. Stefani (Włochy, Brazylia) – P. Kania, J, Sizikowa (Polska, Rosja) 6:1 6:2