Tenisowy klasyk na horyzoncie

/ Jakub Karbownik, źródło: Własne, foto: AFP

Roger Federer pokonał Keia Nishikoriego i spotka się z Rafaelem Nadalem w piątkowym półfinale Wimbledonu. W środę Szwajcar wygrał setne spotkanie na londyńskich kortach.

Rozstawiony z numerem dwa w tegorocznej edycji trzeciej lewy Wielkiego Szlema Szwajcar, wygrywając spotkanie trzeciej rundy przeciwko Lucasowi Pouille’owi odniósł rekordowe 350. zwycięstwo w meczu głównej drabinki turnieju wielkoszlemowego. W środę tenisista z Bazylei dołożył do kolekcji kolejne rekordy. Pokonując w czterech setach Keia Nishikoriego, wygrał setne spotkanie na kortach Wimbledonu. Podobnym wynikiem nie może się pochwalić żaden inny tenisista. Wygrana przeciwko Japończykowi jest 186. na kortach trawiastych, co też stanowi rekord.

W środowym pojedynku Federer kłopoty miał tylko w pierwszym secie. Japończyk przełamał podanie rywala już w pierwszym gemie i nie oddał do końca przewagi. W kolejnych odsłonach, stojących na bardzo wysokim poziomie, obaj tenisiści prezentowali odważny, ofensywny tenis. Jednak w miarę upływu czasu inicjatywę przejmował Federer. Co prawda miał problemy z wykorzystywaniem okazji na przełamanie podania rywala, ale ostatecznie stawiał kropkę nad „i” w każdym z setów. W trzynastym londyńskim półfinale ośmiokrotny mistrz zmierzy się z Rafaelem Nadalem.

Rywalem Hiszpana w ostatnim z tegorocznych londyńskich ćwierćfinałów był Sam Querrey, Obaj zawodnicy dotychczas spotykali się pięciokrotnie i cztery z tych spotkań wygrał Hiszpan. Nie inaczej było w środowe popołudnie. Tenisista z Manacor nie stracił nawet seta i zapewnił sobie awans do siódmego londyńskiego półfinału. Ponadto były lider rankingu ATP jako pierwszy jest już pewny udziału w kończącym sezon turnieju Nitto ATP Finals.


Wyniki

Wyniki:

Ćwierćfinały singla:

Roger Federer (Szwajcaria, 2) – Kei Nishikori (Japonia, 8) 4:6, 6:1, 6:4, 6:4

Rafael Nadal (Hiszpania, 3) – Sam Querrey (USA) 7:5, 6:2, 6:2

Roberto Bautista Agut (Hiszpania, 23) – Guido Pella (Argentyna, 26) 7:5, 6:4, 3:6, 6:3

Tenisowy pępek świata – „Skazany na Wimbledon” już w sprzedaży

/ Tenisklub, źródło: własne, foto: Artur Rolak

Mało kto wie o wimbledońskim turnieju tyle, co Artur Rolak. Od 1992 roku nieprzerwanie towarzyszy on najlepszym tenisistom na kortach All England Lawn Tennis and Croquet Club. Przez ten czas zebrał mnóstwo anegdot, wspomnień i informacji zza kulis, do których dostęp mieli do tej pory tylko nieliczni, a teraz każdy może o nich przeczytać w książce „Skazany na Wimbledon”, która trafiła już do dobrych księgarni w całej Polsce.

Zamów książkę na: www.idz.do/tenisklub-wimbledon

Fragment książki:

Kiedy do gry o półfinał Wimbledonu (cztery próby udane, cztery nie) włączył się Tim Henman, w mediach i kantorach bukmacherskich skończyły się żarty, bo zaczął się poważny biznes. Reklamy z Henmanem były wszędzie – na lotnisku, w metrze, na autobusach, billboardach, we wszystkich gazetach. Jeszcze trochę, a Henman wyskakiwałby z lodówki. Nie było w kiosku dziennika, który przed turniejem nie stawiałby pytania: „Czy tym razem Tim może to wygrać?”.

Mógł wygrać, ale tylko w 2001 roku (o porażce z Goranem Ivaniseviciem szczegółowo pisałem w pierwszym rozdziale). W pozostałych trzech półfinałach Henman miał niewiele do powiedzenia – 3:6, 6:4, 5:7, 3:6 z Pete’em Samprasem w 1998 roku, 6:3, 4:6, 3:6, 4:6 rok później z tym samym rywalem i 5:7, 1:6, 5:7 w 2002 z Lleytonem Hewittem. Na pocieszenie, jeśli w ogóle można go pocieszyć, za każdym razem przegrywał ze zdobywcą tytułu.

„Henmania” była niemal religią państwową. Amerykańscy tenisiści skarżyli się wówczas, że podczas US Open nie mogli liczyć na bezwarunkowe wsparcie kibiców, ponieważ publiczność stała się międzynarodowa i dopingowała swoich ulubieńców niezależnie od narodowości. Za to na Wimbledonie nawet Patrick Rafter, Pete Sampras czy Roger Federer byli oklaskiwani na stojąco, ale tylko pod warunkiem, że nie grali przeciwko Henmanowi. Zdarzało się, że sędzia – wręcz krzycząc do mikrofonu i prosząc o ciszę – nie mógł sobie poradzić z trybunami skandującymi: „Hen-man! Hen-man!”.

„A kilka lat temu dziennikarze pisali o Timie, że jest nudny… Prosili go o wywiady i spodziewali się nie wiadomo czego. A to jest tylko chłopak, który chce być najlepszy na świecie i ma warunki, aby tak się stało. Lubi napić się wina, ale nie chodzi na balangi; zarobił sporo pieniędzy, ale nie kupił sobie ferrari”, żalił się w wywiadzie trener David Felgate. I trudno nie przyznać mu racji, bo Henman dał się zapamiętać jako człowiek cichy i skromny. Z punktu widzenia dziennikarzy i czytelników brukowców – faktycznie nudziarz.

W 2005 roku w buty Henmana wszedł Andy Murray. Znowu przed turniejem były reklamy i bicie piany w mediach, a po zawodach stwierdzenia, że wszystko było przecież do przewidzenia. Murray poprawiał się jednak z sezonu na sezon – w debiucie zaczął od trzeciej rundy, a gdy wreszcie osiem lat później został zwycięzcą The Championships, Anglicy wybaczyli mu szkocką narodowość. Tak Wimbledon na nowo zjednoczył królestwo.

W wielu krajach, także w Polsce, o tenisistach pisze się, że ten jest numerem 1 w rankingu ATP, tamten numerem 2, a inny numerem 10. Nie w Wielkiej Brytanii. Do tej pory w każdej gazecie czytamy, a w każdym programie telewizyjnym słyszymy, że Kyle Edmund to „British Number One”. Henmana ani Murraya, niezależnie od pozycji w rankingu, nie przedstawiano inaczej. Dla Brytyjczyków ich wyspa nadal jest pępkiem świata, a Wimbledon – pępkiem tenisa. Świat jest skłonny zgodzić się tylko z tym drugim twierdzeniem.

Do tej pory praktycznie nie ma chyba dnia, aby z trybun Kortu Centralnego – bez znaczenia, kto z kim gra; nawet obecność Brytyjczyka nie jest konieczna – ktoś nie krzyknął: „C’mon Tim!”. Na pewno nie jest to echo.

O książce:

Prestiż, pot i łzy. Wimbledon od kuchni

Każdy fan tenisa marzy, by choć raz zobaczyć Wimbledon na żywo. Artur Rolak śledzi rywalizację na kortach najstarszego turnieju tenisowego świata nieprzerwanie od 1992 roku. Rozmawiał z najlepszymi zawodnikami, bywał w miejscach dostępnych dla niewielu i zna opowieści, które nigdy nie ujrzały światła dziennego. Do teraz.

Historia ręcznika pewnej tenisistki, który wylądował na głowie autora. Dziennikarz udający ochroniarza, by dostać się na teren turnieju. „Strzelanina” pomiędzy Radwańską a Kuzniecową.

Tej książki nie można postawić na półce wśród encyklopedii. Nie jest to po prostu historia Wimbledonu. To historia turnieju według Artura Rolaka – człowieka, który został skazany na Wimbledon. Mimo że wcale się o to nie prosił.


„Skazany na Wimbledon”
Autor: Artur Rolak
Data wydania: 3 lipca 2019 r.
Cena okładkowa: 39,99 zł
Liczba stron: 272

Sto

/ Artur Rolak, źródło: własne, foto: AFP

Był poniedziałek, 25 czerwca 2001 roku (wtedy jeszcze The Championships zaczynały się wedle starej formuły „sześć tygodni przed pierwszym poniedziałkiem sierpnia”). Na Korcie Numer 13 – fakt, że już go nie ma, jeszcze mocniej podkreśla „historyczność” wydarzenia – 19-letni chłopak, który dopiero co awansował do czołowej „15” rankingu ATP, wygrał pierwszy w karierze mecz na Wimbledonie.

W poprzednich dwóch startach odpadał w pierwszej rundzie za sprawą Jirziego Vanka i Jewgienija Kafielnikowa, na co nikt nie zwrócił większej uwagi, natomiast w tenże poniedziałek młodzieniec zostawił po sobie niezapomniane wrażenie. Christophe Rochus, który przegrał z nim 2:6, 3:6, 2:6, zapowiedział: – To geniusz.

Belg nie miał wielkiego porównania, bo sam wcześniej rozegrał na Wimbledonie zaledwie dwa mecze: pokonał Mikaela Tillstroema i uległ Sjengowi Schalkenowi. W sumie nic niezwykłego, ale jego przepowiednia rychło zaczęła się sprawdzać. Równo tydzień później, czyli już w czwartej rundzie turnieju, tenisista dopiero co okrzyknięty geniuszem, pokonał Pete’a Samprasa. Czy trzeba przypominać, że siedmiokrotnego mistrza Wimbledonu, a na dodatek obrońcę tytułu?

Sampras tytułu nie obronił, natomiast Rochus już nigdy nie musiał zabierać głosu w obronie swojej opinii. Opinia broniła się sama. XXI wiek trwał dopiero od dwóch lat z kawałkiem, gdy zaczęła się nowa era w historii nie tylko Wimbledonu, ale tenisa w ogóle. Mag, cudowne dziecko, fenomen, mistrz (co tam mistrz: arcymistrz!), tuz – niech każdy go zwie, jak chce – po raz pierwszy wygrał The Championships.

Pucharów za zwycięstwo przybywało – chociaż ostatnio trochę wolniej niż na początku – a statystycy zaczęli liczyć nie tylko tytuły mistrzowskie, na które jeszcze wystarcza palców obu rąk. Porachowali także wygrane mecze i wyszło im, że z czwartą rundą 2019 włącznie jest ich 99. Żaden mężczyzna nie odniósł tylu zwycięstw w jednym turnieju wielkoszlemowym – nawet Rafael Nadal ma na paryskim liczniku dopiero 93. Setka może wskoczyć najwcześniej w przyszłym roku.

A Rogerowi Federerowi – bo to nazwisko musi wreszcie paść – setka wybiła właśnie dzisiaj. Jego fani z całego świata nie żałowali grosza na okolicznościowe koszulki i inne pamiątki. Bo Szwajcar, miejmy świadomość, to nie tylko arcymistrz rakiety. Talent do monetyzacji sukcesu również ma ponadprzeciętny.

Martina Navratilova ze 120 meczami singlowymi wygranymi na Wimbledonie jeszcze długo będzie mogła spać spokojnie. Taki geniusz chyba się jeszcze nie urodził. Chyba że Christophe Rochus znowu wie więcej…

Top 3 bez zmian po Wimbledonie

/ Dominika Opala, źródło: własne , foto: AFP

Przed startem tegorocznego Wimbledonu podium rankingu WTA należało do Ashleigh Barty, Naomi Osaki i Karoliny Pliszkovej. Wiadomo już, że po trzecim turnieju wielkoszlemowym w tym sezonie najlepsza „trójka” zestawienia tenisistek nie ulegnie zmianie.

Po dwóch pierwszych szlemach w roku w rankingu WTA następowała zmiana liderki. Po triumfie w Australian Open na czele zestawienia znalazła się Naomi Osaka, natomiast po zwycięstwie w Roland Garros najlepszą tenisistką została Ashleigh Barty.

Rozstrzygnięcia na Wimbledonie nie spowodują natomiast zmiany na pierwszym miejscu, tak więc liderką nadal pozostanie Australijka. Co więcej, przebudowie nie ulegną także dwa kolejne miejsca. Fotel wiceliderki zajmować będzie Naomi Osaka, a na trzeciej lokacie plasować się będzie Karolina Pliszkova.

Po tym, jak Barty przegrała w czwartej rundzie Wimbledonu, Czeszka miała szanse na objęcie pierwszego miejsca. Nie trwało to jednak długo, gdyż triumfatorka z Eastbourne także pożegnała się z turniejem na tym samym etapie.

Wciąż trwa walka o czwartą pozycję w zestawieniu. Aktualnie miejsce to zajmuje Kiki Bertens, jednak po piętach depczą jej Simona Halep i Elina Switolina. Rumunka i Ukrainka zmierzą się w półfinale Wimbledonu i ta, która wyjdzie zwycięsko z tego starcia, będzie plasować się tuż za podium po londyńskim szlemie.

Majchrzak odpadł mimo prowadzenia

/ Szymon Frąckiewicz, źródło: Własne, foto: AFP

Kamil Majchrzak nie wystąpi w ćwierćfinale challengera w Brunszwiku. Reprezentant Polski przegrał w 1/8 finału z Czechem Lukasem Rosolem. Piotrkowianin uległ w trzech setach – 6:4, 4:6, 1:6.

Po zwycięstwie nad Hiszpanem Carlosem Tabernerem 7:6, 6:3 w poprzedniej rundzie, w walce o ćwierćfinał Kamila Majchrzaka czekało trudniejsze zadanie. Rywalem rozstawionego z „5” Polaka był rozstawiony z „9” Czech Lukas Rosol. Doświadczony reprezentant naszych południowych sąsiadów wcześniej wyeliminował Tallona Griekspoora z Holandii, wygrywając 7:5, 2:6, 6:3. Biorąc pod uwagę dyspozycję Majchrzaka i Rosola w ostatnim czasie, za faworyta należało uznać Polaka. Z pewnością jednak rywala nie należało lekceważyć.

Spotkanie było wyrównane. W pierwszej partii obydwaj, choć nie bez trudu, wygrywali swoje serwisy. Brakowało gemów wygranych do zera, ale serwujący nie byli raczej zagrożeni stratą podania. „Raczej”, bo w siódmym gemie był jeden break-point przy podaniu Rosola. Majchrzak zdołał go wykorzystać i utrzymał przewagę, wygrywając pierwszego seta 6:4.

W drugiej części meczu bardzo dobrze prezentował się Czech. Niedługo po jego rozpoczęciu prowadził już 3:0. Co prawda Majchrzak zdołał doprowadzić do wyrównania, jednak ta partia i tak należała do Rosola. Przy serwisie Polaka Czech wywalczył piłkę setową na 6:4, którą wykorzystał.

Wyrównanie stanu spotkania natchnęło Rosola do jeszcze lepszej gry. W decydującym secie zupełnie zdominował Polaka. Majchrzak zdołał wygrać tylko jednego gema i niestety musiał pożegnać się z turniejem w Brunszwiku.


Wyniki

Lukas Rosol (Czechy, 9) – Kamil Majchrzak (Polska, 5) 4:6, 6:4, 6:1

Dżoković coraz bliżej obrony tytułu. Nie dał szans Goffinowi

/ Szymon Adamski, źródło: własne, foto: AFP

Novak Dżoković został pierwszym półfinalistą Wimbledonu. Jak na razie stracił w turnieju tylko jednego seta, którego skradł mu Hubert Hurkacz. W ćwierćfinale obrońca tytułu bez większych problemów pokonał natomiast 6:4, 6:0, 6:2 Davida Goffina.

Patrząc na końcowy rezultat trudno w to uwierzyć, ale to Belg był lepszym zawodnikiem na początku spotkania. Popełniał bardzo mało błędów i zwłaszcza ze strony forhendowej potrafił zaskoczyć przeciwnika. Objął nawet prowadzenie 4:3 z przewagą przełamania. Wydawało się, że stać go na wygranie seta, a tymczasem… do końca pojedynku powiększył swój dorobek o zaledwie dwa gemy.

Lepsza dyspozycja lidera rankingu ATP nałożyła się na słabszą postawę Belga. W konsekwencji Goffin był zupełnie bezradny, a na korcie centralnym wiało nudą. Mecz stał się wyjątkowo jednostronny. Najlepiej świadczy o tym seria 12(!) wygranych punktów z rzędu przez Dżokovicia w połowie drugiego seta. Równie imponująca była seria wygranych gemów. Jak ,,Nole” zaczął zwycięską passę przy stanie 3:4 w pierwszym secie, tak na chwilę przystopował dopiero przy prowadzeniu 1:0 w trzecim.

Hubert Hurkacz pozostaje zatem jedynym zawodnikiem w tegorocznej edycji Wimbledonu, który ugrał seta w starciu przeciwko obrońcy tytułu. Polak też najdłużej stawiał mu opór – równo trzy godziny. Dla porównania spotkanie Serba z Davidem Goffinem trwało niespełna dwie godziny.

Półfinałowym przeciwnikiem lidera rankingu ATP będzie lepszy z pary Roberto Bautista Agut – Guido Pella.


Wyniki

Wynik pierwszego ćwierćfinału:

Novak Dżoković (Serbia, 1) – David Goffin (Belgia, 21) 6:4, 6:0, 6:2

Koniec ognistej współpracy

/ Anna Niemiec, źródło: Twitter/własne, foto: AFP

Garbine Muguruza, która odpadła już w pierwszej rundzie Wimbledonu, po czterech latach postanowiła zakończyć współpracę z Samem Sumykiem. Hiszpanka poinformowała o decyzji za pomocą mediów społecznościowych.

Chcę powiedzieć kilka słów na zakończenie tej niesamowite przygody – napisała Twitterze Muguruza. – Dwa tytuły wielkoszlemowe i pierwsze miejsce na świecie. Jestem więcej niż wdzięczna za ostatnie cztery lata. Dziękuję Sam.

Współpraca 25-latki urodzonej w Caracas i Sumyka nigdy nie należała do łatwych. Kibice często byli świadkami kłótni trenera i zawodniczki podczas dozwolonego „coachingu”. Francuz kilka razy opuścił nawet lożę podopiecznej w trakcie meczu.

Pomimo częstych spięć, początek współpracy tego duetu był niezwykle udany. Pod opieką francuskiego szkoleniowca tenisistka z Półwyspu Iberyjskiego triumfowała w Roland Garros w 2016 roku i Wimbledonie rok później. Przez kilka tygodni zasiadała również na fotelu liderki światowego rankingu. Ostatnie dwa lata nie były jednak równie udane. Muguruza, która zajmuje obecnie 27. miejsce na liście najlepszych zawodniczek globu, wygrała co prawda dwukrotnie zawody rangi International Monterrey oraz w zeszłym sezonie dotarła do najlepszej czwórki na paryskich kortach, ale przez większość czasu prezentowała się znacznie poniżej poziomu własnych możliwości.

Kawa sprawiła niespodziankę i jest w ćwierćfinale!

/ Maciej Pietrasik, źródło: własne, foto: Bella Cup

Katarzyna Kawa znakomicie radzi sobie w challengerze WTA w szwedzkim Bastad. Polka sprawiła już dwie spore niespodzianki i po wyeliminowaniu dwóch wyżej notowanych rywalek awansowała do ćwierćfinału!

W Bastad Katarzyna Kawa po raz pierwszy w karierze występuje w turnieju zaliczanym do głównego cyklu. Mowa tu co prawda o najniższej możliwej randze – WTA Challenger, ale na starcie zawodów w Szwecji są też zawodniczki z pierwszej setki światowego rankingu i sporo znanych nazwisk.

Polka nie należy do faworytek, lecz na razie radzi sobie w tym turnieju znakomicie, choć w pierwszej rundzie była już jedną nogą poza turniejem. W drugim secie meczu ze Słowaczką Janą Cepelovą musiała bowiem bronić dwóch piłek meczowych, w tym jednej przy serwisie rywalki. Odwróciła jednak losy pojedynku i zwyciężyła w trzech partiach.

W drugiej rundzie nasza tenisistka mierzyła się z Anheliną Kalininą z Ukrainy, która wcześniej wyeliminowała rozstawioną z numerem dwa Jil Teichmann. Spotkanie lepiej rozpoczęła Ukrainka, która od razu przełamała Kawę i wyszła na prowadzenie 2:0. Polka zdołała doprowadzić do remisu, lecz później przegrała cztery kolejne gemy i całą partię.

W drugim secie było już dużo lepiej. Kalinina znów zaczęła co prawda od breaka, ale tym razem Kawa nie tylko natychmiast odpowiedziała, lecz raz jeszcze przełamała rywalkę i zyskała przewagę. Utrzymała ją do końca, na stratę serwisu reagując kolejnym breakiem, i wygrała 6:3.

Trzeci set był prawdziwym festiwalem przełamań. Z dziewięciu gemów aż osiem zakończyło się bowiem zwycięstwem odbierającej. Na początku partii Kawie udało się jednak utrzymać podanie i dzięki temu zwyciężyła ona w całym meczu – 2:6, 6:3, 6:3. W ćwierćfinale nasza tenisistka zmierzy się z Fioną Ferro z Francji lub Szwedką Mirjam Bjorklund.


Wyniki

Druga runda singla:
Katarzyna Kawa (Polska) – Anhelina Kalinina (Ukraina) 2:6, 6:3, 6:3

Poznaj moją ćwierćfinalistkę

/ Artur Rolak, źródło: własne, foto: AFP

Widzieliście film „Poznaj mojego tatę”? No to możecie się domyślać, co w młodości przeżywała Alison Riske. Jej tata był agentem Secret Service i FBI, dla niej żywym wcieleniem Jacka Byrnesa, zagranego przez Roberta de Niro. Dla wszystkich komedia, ale niekoniecznie dla Alison.

– Dorastałam w strachu, że mnie czeka to samo – niby żartowała, ale te obawy musiały skądś się wziąć. Jak tu przyprowadzić do domu chłopaka czy tym bardziej już kandydata na męża, gdy własny ojciec może poddać go przesłuchaniu, a potem na każdym kroku i wszelkimi sposobami zniechęcać do kontynuowania związku?

Alison Riske nie jest już nastolatką, która musi o wszystko pytać tatusia. W zeszłym tygodniu skończyła 29 lat. W przeddzień urodzin sprawiła sobie prezent w postaci awansu do drugiej rundy Wimbledonu. Prezent dla innych, choćby Sereny Williams, jej dzisiejszej rywalki, raczej skromny, ale nie dla kogoś, kto tylko raz w życiu wygrał w turnieju Wielkiego Szlema trzy mecze z rzędu.

Nie jest nastolatką, więc chyba nie musiała pytać o zgodę na małżeństwo. Trzy lata temu przyjęła oświadczyny Stephena Amritraja, a datę ślubu wyznaczyli zaraz po tegorocznym Wimbledonie. Narzeczony jest synem Ananda i bratankiem Vijaya, znakomitych tenisistów z czasów Wojciecha Fibaka. Obaj reprezentowali Indie, natomiast Stephen urodził się w Los Angeles, więc ma obywatelstwo USA. Też próbował grać w tenisa, ale jego kariera była krótka i raczej tylko akademicka. Dyplom Duke University zapewnił mu dobrze płatną pracę w biznesie okołotenisowym.

Ćwierćfinał Wimbledonu to największy sukces w karierze Alison. Podekscytowana tenisistka żartowała nawet, że musi częściej wychodzić za mąż, jeśli przygotowania do ślubu mają tak korzystny wpływ na jej formę sportową. Kto wie, być może to pan Riske, jak filmowy Jack Byrnes, użył swoich wpływów w służbach tajnych i specjalnych, aby ułatwić córce kilka zwycięstw i zniechęcić ją do zamążpójścia?

Jasne, że żart. W końcu „Poznaj mojego tatę” to komedia na wskroś amerykańska, więc happy end jest gwarantowany.

Kubot i Melo zatrzymani przez Francuzów

/ Maciej Pietrasik, źródło: własne, foto: AFP

Na ćwierćfinale zakończyła się tegoroczna przygoda Łukasza Kubota oraz Marcelo Melo z deblowym Wimbledonem. Zwycięzcy sprzed dwóch lat nie sprostali parze z Francji – Nicolas Mahut i Edouard Roger-Vasselin zwyciężyli w czterech setach.

Choć Łukasz Kubot i Marcelo Melo zostali najwyżej rozstawieni w tegorocznym Wimbledonie, to ich rywalom bukmacherzy dawali nieco większe szanse na zwycięstwo. Nicolas Mahut to specjalista od gry na trawie, a partnerujący mu Edouard Roger-Vasselin także jest bardzo doświadczonym tenisistą. Francuzi wyeliminowali wcześniej z turnieju braci Bryanów i teraz chcieli pokonać kolejną utytułowaną parę.

W pierwszej partii to właśnie francuski duet jako pierwszy wywalczył przełamanie i prowadził aż 5:2. Kubot i Melo zdołali jednak odrobić straty, choć przy stanie 5:3 rywale mieli piłkę setową. „Nasza” para zdołała ją obronić, zdobyć breaka, lecz w tiebreaku okazała się wyraźnie słabszy od rywali.

Druga partia miała bardzo podobny przebieg. Mahut z Rogerem-Vasellinem pierwsi zdobyli breaka, ale tym razem polsko-brazylijska para od razu odpowiedziała przełamaniem powrotnym. W kolejnych gemach to rywale mieli przewagę. Kubot oraz Melo obronili pięć break pointów i znów konieczny okazał się tiebreak. W nim „nasz” duet był tym razem minimalnie lepszy od rywali i stan spotkania wyrównał się.

To było jednak wszystko, na co tego dnia stać było najwyżej rozstawioną parę – w kolejnych dwóch setach dominacja Francuzów była już wyraźniejsza. W trzeciej odsłonie Mahut i Roger-Vasselin szybko wywalczyli dwa breaki, a Kubot i Melo zdążyli odpowiedzieć tylko jednym. W czwartej partii rywale zaczęli od przełamania „na sucho”, a potem zamknęli mecz przy serwisie Kubota, zwyciężając 7:6(3), 6:7(5) 6:3, 6:3.


Wyniki

Ćwierćfinał debla:
N. Mahut, E. Roger-Vasselin (Francja, 11) – Ł. Kubot, M. Melo (Polska, Brazylia, 1) 7:6(3), 6:7(5) 6:3, 6:3